Share
'An amazing fucking show' czyli 24h pod znakiem Rise Against
19 Aug 2009, 12:32
Mon 17 Aug – Rise Against
Na wstępie chciałabym zaznaczyć, że krytyk ze mnie marny, nie pamiętam każdej nuty koncertu, nie potrafię powiedzieć, co było gorzej a co lepiej bo też nie jestem obiektywna, i nie będę nawet udawać że próbuję taka być. Tak więc moja recenzja będzie w sumie bardziej swobodnym strumieniem świadomości zainspirowanym emocjami które wciąż jeszcze we mnie wirują.
Ale zacznijmy od początku, którym to początkiem była dla mnie pobudka o porannych mgłach (dosłownie) i wschód słońca oglądany z okien pociągu. Mogłabym pisać, że już wtedy wiedziałam, że ten dzień będzie niezwykły, ale tak naprawdę do końca nie docierało do mnie, że zobaczę Rise Against na żywo. W końcu czekałam na ten dzień prawie 4 lata, tego się nie przyjmuje tak po prostu do wiadomości. Tak czy siak, z biletem w plecaku, kilkoma ciekawostkami na temat geografii Polski w głowie i dobrze dobraną ekipą dotarłam do Warszawy, którą odwiedziłam w moim życiu po raz drugi. Za dużo nie zobaczyłam, obowiązkowa fotka pod PKiN, autobus przyspieszony, pizza, kilka toastów piwem (za
Like the Angel) i przeniesliśmy się pod Proximę by tam oczekiwać na godzinę zero. Poziom nakręcenia na koncert w momencie dotarcia pod klub sięgnął stopni najwyższych, kiedy usłyszeliśmy dźwięki tak dobrze nam wszystkim znajome i okazało się że to wcale nie tak, że ktoś puszcza sobie Rise z samochodu, ale to oni sami, żywi i prawdziwi grają tuż za ścianą i to nic innego jak
Dancing For Rain. A i to nie był koniec atrakcji przedkoncertowych, bo po jakimś czasie po kolei pojawiali się na zewnątrz, uśmiechali się, dawali autografy, pozowali do fotek, rozmawiali z lekko oszołomionymi fanami a Zach nawet wziął od nas ciasteczko. Tim za to wyraził swoje ciepłe uczucia do miasta Poznania co daje nadzieję, że następnym razem nie trzeba będzie jeździć na koncert aż do stolicy. No ale pora chyba już przejść do rzeczy, czyli samego koncertu. Jako, że był to mój pierwszy klubowy koncert tak 'dużego' zespołu, nie mogę się za bardzo wypowiedzieć na temat samego klubu, poza tym, że dosyć oczywistym faktem był brak klimatyzacji i porządnej wentylacji. Był za to klimat, widok sali wypełnionej od ściany do ściany zdecydowanie imponujący, mam nadzieję że nikt nigdy nie wpadnie na organizowanie koncertu Rise na stadionie czy w jakiejś wielkiej hali. Support całkiem przyjemny i mój sentyment do tego typu muzyki chyba nie grał tu aż tak wielkiej roli - dali radę, powiedziałabym, że rozgrzali publiczność, ale jak powszechnie wiadomo, o to nie trzeba było się specjalnie starać. A potem przeniosłam się we wcale wygodną wnękę w ścianie ze świetnym widokiem na scenę i dostępem do resztek powietrza i oczekiwałam już tylko na jedno. Kiedy Tim i reszta pojawili się na scenie zapomniałam o wszystkim innym, poziom hormonów szczęścia podskoczył jeszcze trochę i się zaczęło. Mocny początek, ale pierwszy moment ekstazy był, kiedy Tim oznajmił, że teraz będzie
Paper Wings. Chyba wtedy zaczęłam niekontrolowanie skakać raz po raz uderzając głową o ścianę (bo kto by pamiętał, że ona się tam zaczyna 5cm na lewo) i zdzierać głos wrzeszcząc, że between each smile there's a tear in your eye. A wszyscy naokoło robili to samo, co ja, i miałam takie wrażenie, że większośc osób na tej sali tak jak ja, czekało na ten koncert przez lata. I to było widać, to było czuć w tej niesamowitej energii, w reakcjach na każdy jeden zaczynający się utwór. Potem było moje ukochane
The Good Left Undone, potem było szaleństwo i ręce w górze. I tak przez cały czas. Aż nadszedł ten moment na który czekałam od czasu kiedy zobaczyłam potencjalne setlisty - zestaw
Savior i
Survive. I było to dokładnie takie, jakie być miało, i zaśpiewałam z Timem całe Survive mimo zdartego już gardła, a kiedy do tego dołożyli jeszcze
Prayer of the Refugee, którego refren po prostu eksplodował energią pomyślałam, że tak właśnie wygląda spełnione marzenie. Następne minuty to był ten element koncertu, który zawsze robi na mnie niesamowite wrażenie. Kiedy zespół po raz pierwszy schodzi ze sceny, a wszyscy ludzie na sali myślą w tym momencie dokładnie o tym samym, podnoszą ręce do góry i krzyczą na cały głos. Mogę się tylko domyślać, jak czuje się wtedy zespół za kulisami. Kiedy Tim wyszedł z akustykiem w rękach wszyscy już wiedzieli czego można się spodziewać. I wiem, że jestem w tym szalenie banalna i nieoryginalna, ale w końcu to właśnie od tej piosenki wszystko się zaczęło. Odśpiewanie z całą salą ludzi pierwszej piosenki Rise Against którą kiedykolwiek usłyszałam i pierwszej w której się zakochałam zdecydowanie zapisuje się w najpiękniejszych momentach mojego życia, takich których nie zapomnę nigdy. A intro do
Dancing For Rain zabrzmiało pięknie jak nigdy. A kiedy Tim powiedział, że 'This is your family. This is our family. Everybody here. Warsaw, I am proud, you make me proud to be a part of this family right here, right fucking now.' to też poczułam tę dumę, i tę jedność ze wszystkimi ludźmi na sali. No a potem to już tylko czyste szaleństwo na
Give It All i finałowym
Ready To Fall. I nie pozostaje nam nic innego jak czekać na obiecaną trasę po Polsce i powtórzyć za Timem 'this was an amazing fucking show'. A peron na dworcu centralnym pełen był spoconych i szczęśliwych ludzi, a kiedy dotarłam do domu na Wildzie właśnie gasły latarnie. 24 godziny pod znakiem Rise Against. Nie mogłam sobie tego wymarzyć lepiej. Dziękuję.
Na wstępie chciałabym zaznaczyć, że krytyk ze mnie marny, nie pamiętam każdej nuty koncertu, nie potrafię powiedzieć, co było gorzej a co lepiej bo też nie jestem obiektywna, i nie będę nawet udawać że próbuję taka być. Tak więc moja recenzja będzie w sumie bardziej swobodnym strumieniem świadomości zainspirowanym emocjami które wciąż jeszcze we mnie wirują.
Ale zacznijmy od początku, którym to początkiem była dla mnie pobudka o porannych mgłach (dosłownie) i wschód słońca oglądany z okien pociągu. Mogłabym pisać, że już wtedy wiedziałam, że ten dzień będzie niezwykły, ale tak naprawdę do końca nie docierało do mnie, że zobaczę Rise Against na żywo. W końcu czekałam na ten dzień prawie 4 lata, tego się nie przyjmuje tak po prostu do wiadomości. Tak czy siak, z biletem w plecaku, kilkoma ciekawostkami na temat geografii Polski w głowie i dobrze dobraną ekipą dotarłam do Warszawy, którą odwiedziłam w moim życiu po raz drugi. Za dużo nie zobaczyłam, obowiązkowa fotka pod PKiN, autobus przyspieszony, pizza, kilka toastów piwem (za



