Share

Długi, osobisty i nieobiektywny żurnal nt. Jarocina

20 Jul 2009, 09:59

Fri 17 Jul – Jarocin Festival 2009

Ze wszystkich festiwali na których byłam Jarocin jest zdecydowanie moim ulubionym. Połączenie specyficznego klimatu, zazwyczaj świetnego line-up'u, sprawnie działającej ochrony i bezpośredniej dostępności najważniejszych artykułów spożywczych tworzy miejsce, gdzie być lubię i chcę i mam nadzieję, że nigdy się to nie zmieni. W tym roku nie było inaczej. No może jedynie pod tym względem, że na festiwal wybrałam się sama, ale założyłam, że 'na miejscu się kogoś na pewno spotka', co oczywiście okazało się prawdą, ale ja nie o tym chciałam. A chciałam o muzyce, która dla mnie na tegorocznym Jarocinie zaczęła się od koncertu grupy Ignite, której twórczość znałam bardzo pobieżnie. Koncert mile mnie zaskoczył, wokalista, jak się okazało ma dużo lepszy głos niż można by się spodziewać po zespole który czasami podpina się pod gatunek hardcore'u. Po tym i wcześniejszym koncercie (Acid Drinkers) trochę dziwnie wypadło wyjście na scenę zespołu happysad, który jednakowoż ma swoją wierną rzeszę fanów i nie został, jak się obawiałam, wygwizdany od samego początku. Ja grupę tę lubię, po części ze względów sentymentalnych a po części ze względu na to, że wokalista to według mnie naprawdę utalentowany człowiek. Poza tym jest to muzyka dla mnie idealna do poskakania sobie jak za starych dobrych licealnych czasów. A koncert jak koncert ('kawa jak kawa'), niczym nie zaskoczył ale też niczego wielkiego się po nim nie spodziewałam. O zespole Bad Brains nie napiszę, ponieważ większość ich koncertu przegapiłam, twórczości nie znam w ogóle, a moje spostrzeżenia składają się z komentarzy na temat imidżu a to już sobie daruję. A potem przyszedł czas na Editors. Koncert na który zdecydowanie czekałam, co do którego zdecydowanie miałam oczekiwania i nadzieje. Udało nam się nawet przepchnąć prawie pod same barierki, co okazało się potem niezbyt dobrym posunięciem (pozdrowienia dla dużego pana który uporczywie wpadał na mnie swoim brzuchem i wymachwał rękami nad głową oraz tajemniczej osoby do której należała ręka z puszka piwa które widowiskowo rozlało się po mej najbliższej okolicy wliczając w to mą koszulkę). Przesunęłam się więc parę rzędów do tyłu i włączyłam w strefę pogo, które odpowiadało mi trochę bardziej. Przestałam myśleć o tym, że śmierdzę piwem i skupiłam na koncercie, który był absolutnie niesamowity, szczególnie, że mam fetysz mężczyzn grających na pianinie/fortepianie. Przy 'PlayAn End Has A Start' jednak zaczęło być jasne, że coś jest nie tak bo Tom nie dośpiewał do końca chyba żadnej zwrotki. Jak się potem okazało nie było to niestety działanie zamierzone i koncert skończył się aż pół godziny przed planowanym zakończeniem. Troszkę zawiedziona, kolejne dwie godziny spędziłam rozmawiając z nieznajomymi i wygrywając od tychże piwo.
Dzień drugi muzycznie rozpoczął się dla mnie bardzo dobrze, bo od Czesława, który Śpiewa, który to całkiem mile mnie zaskoczył. Próbowałam kiedyś słuchać jego płyty, która niezbyt mnie przekonała (głównie ze względu na teksty PS. tak, wiem jak one powstawały), okazało się jednak że Czesław jest osobowością jak najbardziej sceniczną i nadrabia charyzmą oraz urokiem osobistym nie wspominając już o niesamowitej Karen. Jeszcze wtedy nie przeszkadzał mi też deszcz, który spadł już pod koniec koncertu, i, jeszcze wtedy, był miłym odświeżeniem po całodniowym upale. Po zaopatrzeniu się w bluzę i pelerynę wróciłam na koncert The Automatic, którzy jak dla mnie byli kolejnym zdecydowanie jasnym punktem wieczoru. Płytę przesłuchałam parę razy, bez większego entuzjazmu, jednak energia koncertowa chłopców z Walii przeciągnęła mnie całkowicie na ich stronę, do tego stopnia że miałam ochotę fizycznie skrzywdzić niewychowanego pana, który krzyczał w stronę sceny słowa necenzuralne. Ludzie prości, jeśli koncert się nie podoba to się idzie na piwo, względnie zajmuje się ze znajomymi lekką acz uduchowioną konwersacją o sztuce i muzyce nie przynoszącą nikomu wstydu. Mimo tego nieprzyjemnego akcentu koncert podobał mi się bardzo i przyniósł skojarzenie z zeszłorocznym The Subways (chociaż Subwaysi mieli jeszcze więcej energii, trudno chyba byłoby znaleźć zespół, który ich pod tym względem przebija, za to studyjnie w ogóle mnie nie przekonują). Następnym punktem programu była, niestety, straszliwa ulewa która sprawiła, że koncertu Myslovitz słuchałam spod zielonego namiotu Lecha gdzie toczyło się bujne życie towarzyskie a nie zabrakło też i śpiewów. Następnie, po przemoknięciu do suchej nitki spowodowanym kilkoma kursami na pole namiotowe i z powrotem i przemarznięciu spowodowanym przemoknięciem, nadeszła pora na przetransportowanie się pod scenę by zająć sobie miejsce przy barierce i cierpliwie, szczękając zębami, oczekiwać na ostatni koncert wieczoru w międzyczasie zaliczając cały występ New Model Army, który mi się nawet nawet podobał, czego się wcale a wcale nie spodziewałam. To wszystko było jednak przygrywką do tego jednego koncertu, na który czekałam cały dzień, i dla którego mokłam i marzłam. Deszcz przestał padać, a kiedy na scenę wszedł Chris wraz z resztą ekipy z IAMX wiedziałam już na pewno, że warto było, po stokroć warto. Wszystko co kiedykolwiek czytałam o ich koncertach, o niesamowitej energii, o chłonięciu wszystkimi zmysłami, wszystko było prawdą. Występ był niesamowitym widowiskiem, oceanem muzyki która pulsowała w uszach (częściowo przez moje miejsce w bezpośrednim sąsiedztwie kolumn) i jednym z najlepszych koncertów na których byłam w życiu. Chris przypominał mi postać wyciętą z kreskówki, a przez większość czasu nie mogłam do końca uwierzyć, że on jest tam, tak blisko, żywy i prawdziwy. Zaczęli jednym z moich ulubionych utworów 'Bring Me Back A Dog' i utrzymali mnie w nieustannym zachwycie do samego końca. Nawet 'Nightlife', za którym nie przepadam, zagrane na żywo zabrzmiało jakoś zupełnie inaczej i zadziwiająco mi się spodobało. 'Spit It Out' było już dopełnieniem szczęścia absolutnego. Zapomniałam że jestem mokra, że jest mi zimno, że spałam tylko 4 godziny. Na czas koncertu istniał tylko zespół, cudownie chudy Chris, muzyka, energia i falujący tłum. Nie jestem nawet pewna, ile trwał koncert, ze swojej strony mogę tylko powiedzieć - za krótko. Zakończył się 'Think of England' na bis, i trzeba było wracać do szarej i mokrej rzeczywistości oraz, na szczęście suchego, namiotu. Na podsumowanie dodam, że jeśli IAMX przyjedzie jeszcze do Polski, to będę tam na pewno, mając nadzieję, ze zagrają 'Presidenta', którego zabrakło mi na Jarocińskim występie.
Dzień trzeci dla mnie niestety zakończył się na przemoczonych butach, brakiem suchych ubrań i zbyt niską temperaturą, co złożyło się po długich rozważaniach na pociąg do Poznania. Jeśli po godzinie 14 świeciło słońce i nie padało już ani razu to nie chcę o tym wiedzieć, bo nie wybaczę sobie tej decyzji. Chociaż, już dwa pierwsze dni były dla mnie warte dużo więcej niż 89zł wydane na karnet. Cały festiwal podsumowuję więc na ogromny plus, dziękuję serdecznie organizatorom, że dali mi szansę na te dwa dni oraz wszystkim których sptkałam na festiwalowej mej drodze, sąsiadom z namiotów obok którzy poprawili mi humor na samym początku, Mateuszowi i Annie którzy dotrzymali mi towarzystwa, Józefowi który złożył się na jarociński koloryt oraz połamanemu Kamilowi i reszcie grupy z piątkowej nocy którzy też w kolorycie mieli swój udział. Pisałam to już wiele razy, napiszę jeszcze raz - ja kocham takie festiwale. Kocham Jarocin. Wrócę na pewno.

Comments

  • LittleMo8MalaMo wrote:
    20 Jul 2009, 20:12
    nie doczytałam do końca, skończyłam na "sprawnie działającej ochronie"
    ochrona na polu namiotowym działała co najmniej niesprawnie
    o ile fakt, że dało się tam wnieść alkohol w ilościach rozbuchanie nieograniczonych, może cieszyć, o tyle to, że namioty są okradane, zapewne dzięki temu, że na pole mógł wejść, kto tylko chciał, nie jest zbyt optymistyczny. Nie wiem, gdzie tu niby sprawność.

    View Profile | Leave LittleMo8MalaMo a shout

  • rossie wrote:
    20 Jul 2009, 20:16
    no cóż, nic zapewne nie jest idealne, ja nie miałam żadnych uwag do panów ochroniarzy, może też i dlatego, że nikt mnie nie okradł a i kartę sprawdzano mi za każdym razem. ale może miałam szczęście po prostu.

    View Profile | Leave rossie a shout

  • ELa_bez_serca wrote:
    20 Jul 2009, 20:20
    też pierwszy raz byłam na Iamx :D i dalej nie potrafię od tak wrócić do rzeczywistości. To było coś niesamowitego... genialnie napisałaś o Chrisie, że jak wyjęty z kreskowki :D najlepszy koncert na jakim byłam w życiu.
    a po której stronie przy głośniku byłaś? ja po prawej ;] więc wiem dokładnie o co Ci chodziło ;]
    dla mnie mogliby grać całą noc :D a mój niedosyt aż trudno ując w jakiekolwiek słowa... uzależniłam się ;)
    pozdrawiam!!!

    View Profile | Leave ELa_bez_serca a shout

  • ania1565 wrote:
    22 Jul 2009, 17:41
    a pole buraczane było? :P ignite!

    View Profile | Leave ania1565 a shout

See all 4 comments
Leave a comment. Log in to Last.fm or sign up (it’s free).