Takie pitolonko, bo od dwóch tygodni piszę esej i mi się nie chce wziąć za robotę (muszę go skrócić :/)
UWAGA!!! ostrzeżenie: w tekśce nadużywa się słowa "ładnie" w różnych odmianach.KONIEC UWAGI
- Pankracy Kracy, Komisja do Spraw Przymiotników.
Albumy
Wszystkich albumów z tego roku nie przesłuchałam, ale trochę tak, wyszło mi, że:
(kolejność od najgorszego do najlepszego)
21. Maybeshewill- Sing The Word Hope In Four-Part Harmony
Nie znam zespołu, koncert był, to posłuchałam, na koncert nie poszłam. Post-rock jest zawsze ładny i memu uchu miły, ale istnieje znaczna różnica, morza, góry, oceany, między post-rockowymi
mistrzami mistrzów a milionami milionów post-rockowych epigonów. A jeszcze pomiędzy jednymi i drugimi znajdują się rzeczy całkiem w porządku. Maybeshewill nie zapadło mi w pamięć ani jedną nutą, przy czym niektóre nuty ma przyciężkie, co zakrawa na metal, którego fanem nie jestem. Dlatego jest zdecydowanie na samym spodzie listy.
20. Howling Bells - Radio Wars
Jakby to czytać po polsku, to muzyczka z pociągu :D
Bardzo był ładny album self-titled Australijczyków, po czym pojechali do UK, bo tam "wszyscy się tak muzyką jarają, jakie to piękne, powietrze musi być aż gęste od inspiracji". Nie nawdychali się za dużo, bo wyszło nudno. Może same "
Cities Burning Down" byłyby całkiem niezłe, ale w obliczu faktu, iż wszystkie pozostałe utwory są podobne, a przy tym podobne do czegoś, co już znamy od kogoś innego, nie jest to album zbyt pasjonujący. A szkoda, bo debiut był naprawdę uroczy, i takie klimatyczne gitary były...
19. White Lies - To Lose My Life
Ośmielam się twierdzić, iż zespół ów znałam pierwsza przed wszystkimi. Zanim się zaczęło wielkie halo, usłyszałam "
Unfinished Business" z jakiejś składaneczki, bodajże Rough Trade Shops, i się zachwyciłam ("there's a blood on your hands and I know it's mine" <3). A jeszcze potem "
You Still Love Him" to już w ogóle! Czekałam na ten album z jakiś rok nieomal, a oni mi tu wyłażą z czymś takim -_-
Pan ma piękny głos, zahaczający gdzieśtam nawet o Iana Curtisa, że zbluźnię, no i brzmienie też jakby ejtisowe, ale elegancko, bez rżnięcia, z połyskiem współczesności. Tak było na singlu. Album jest indiowy, nudny i zawiódł mnie bardzo :( Na pocieszenie mogę dodać, że "
Farewell to the Fairground" jest niezłe. Ale stać ich na wiele więcej i u mnie się czymś takim nie wykpią.
18. The Decemberists - The Hazards of Love
Od razu się przyznam, iż nie wczytałam się odpowiednio w teksty, co w przypadku tego poziomu konceptualności albumu jest grzechem. Cóż z tego, skoro muzycznie po przetłuczeniu wielokrotnym ni mnie to zieje, ni grzębi. Złe nie jest, ale w pamięci nie zostaje za bardzo. A przecież "T
he Castaways and Cutouts" jest tak przeurokliwe, że nie sposób się oprzeć nawet z totalną nieznajomością tekstów (a już z nią to w ogóle klękajcie narody). Głupio tak porównywać do wcześniejszych dokonań, no ale skoro kiedyś potrafili, to dlaczegóżby nie wymagać i teraz... ;)
17. Fuck Buttons - Tarot Sport
Zawód miłosny. Nie wiem, może to dlatego, że ileż można tłuc w ten deseń?... Ale bardziej podejrzewam nastrój. Poprzedni album miał taką czarną dziurę gdzieś w sobie, lekko mrocznawy, niepokojący klimat który mnie przyciąga jak żaden magnes. Ten jest taki jakiś too cheerful, i konie biegnące po stepie prosto w stronę tęczny, momentami mnie nawet irytuje. No i jak na moje potrzeby różnorodnościowe zdecydowanie zbyt jedno.
16. Fever Ray - Fever Ray
Że użyję mojego ulubionego określenia bulwersującego zwolenników, takie popłuczyny po
The Knife. I zupełnie się nie zgadzam z twierdzeniem, że jest to nie podobne do jej dokonań zespołowych, wręcz przeciwnie, brzmi jak odrzuty z sesji. Nie jest niemiło tego słuchać, bo pani ładna, wieczór ładny, ja ładny i lubię
The Knife, ale po co psuć taki zespół żeby się wysolawiać w sposób na tyle podobny, że gdyby to wydała pod szyldem nożowym, to nikt by się nie skapł?...
I koncertowo też bez rewelacyj.
15. MUM- Sing Along To Songs you don't Know
Radośniutkie takie. Tytułowa przesłodka. To -
Hullaballabalú mi się nawet na koncercie nie podobało, za to -
KAY-RAY-KU-KU-KO-KEX mocno urokliwe. Klaskania, plumkania, instrumentów co niemiara. Ciężko się było mi przyzwyczaić do nowego stylu bezbliźniaczkowego, a tu widzę jeszcze mocniejsze darcie w te strony słitaśno-przeradosne, acz brzmieniowo jest jak zwykle ciekawie, w sensie instrumentalnie. Dlatego na koncertach jak grają, zauroczony człek patrzy i słucha i w ogóle, ale w domu już mniej.
14. Handsome Furs - Face Control
Bardziej mi przypadł do gustu poprzedni. Aczkolwiek jest to muzyka ciekawa i głos pana lubię, czego chcieć więcej.
Officer of Heartsi
I'm Confused lubię. Ale jakieś to nie wiem, zbyt skoczne? Porządny album i tyle.
13. IAMX- Kingdom of Welcom Addiction
Zdaje się, iż fascynacja Krzysztofem mi przeszła. Nie te czasy, nigdy już nie będzie występu w Hard Rock Cafe T_T prawie już nie gra na koncertach
Kiss + Swallow T_T no i te piętnastolatki przyczepiające ludziom gumy do żucia na włosach -_- "Kiedyś było inaczej, kiedyś było lepiej, przed moją wielką wojną, na której poległem."
Rockowieje Narożnik, odchodzi od surowego uroku połykanych pocałunków, od ich dusznego erotyzmu i przyciągającej transowości. I nawet liryksy nie te :(
Think of Engladjakimś cudem wkręca,
Nature of Inviting jest ładne, po sneakerpimpsowe (
1 Method, anybody? :) całkiem niezłe jest
My secret friend z
Imogen Heap, a najładniejsze
An I For An I z takim industrialowym niemalże rozmachem. Ale tak to spływa, że człowiek nie ma za bardzo ochoty puścić po raz drugi.
12. Bat for Lashes - Two Suns
Jakiś dobry człowiek (podejrzewam Soka ;) ale mam sklerozę) wysłał mi kiedyś
The Wizardi
Horse And I. Że mi zabrało z rok jak nie więcej, żeby się zachwycić
Fur And Gold, blamaż. Może za jakiś rok będę bardziej lubić dwa słońca. Póki co wolę debiut o wiele. Aczkolwiek mglista ejtisowość, która
M83na
Saturdays=Youthuczyniła dla mnie niesłuchalnym, tutaj jest całkiem urokliwa, i taki
Daniel- bardzo fajny chłopak. Pani jest jedną z niewielu docenianych przeze mnie wokalistek, za pewne za swoją nastrojowość, takie bajkowe światy sobie tworzy, piosenki niechętne do wychodzenia z głowy. Miło posłuchać, chociaż stylistyka, jak wspomniałam, nie do końca do mnie trafia.
11. Crystal Stilts - Alight of the Night
Rock z wokalem od niechcenia na bardzo przyzwoitym poziomie. Wokal od niechcenia oznacza metodę śpiewania, jakby pan miał już dosyć wszystkiego, co nie jest minusem w moim osobistym mniemaniu. Gitarki bardzo przyjemne. Graveyard Orbit bardzo wciągające. Rytmy chwytliwe. I nieco mglistości takiej. No ładne to bardzo i nie ma co się opierać temu dyskretnemu urokowi, i nie ma co mówić, że to niby mało odkrywcze czy cośtam. Nawet nie bardzo się zlewa, w sensie chociaż utwory podobne, idzie odróżnić. Klasa.
10. Hauschka- Snowflakes & Carwrecks
Właściwie to nie jest jakoś specjalnie wyżej od Crystalsów, oboje mogliby być na równym 10 miejscu. Pan się bardzo ładnie bawi fortepianem, a jeszcze pomagają mu kobiety smyczkowe, co daje ten sam urokliwy efekt co zawsze. I tytuł albo , albo idealnie dopasowany albo sugestywny, bo płatki śniegu padają na rozbite samochody ewidentnie. Nie wiem, czy lepiej słuchać w zimowe wieczory czy w letnie południa, ale oczy zamknąć.
Haubergwybieram. Ale całość czaruje.
9. Moderat- Moderat
Zaskakująco dobre. Bo
Modeselektora widziałam i raczej paskudne to,
Apparatśredniawy.
Moderatbuja :) jest kilka zardzewiałych gwoździ, które wokalem psują muzykę, ale w większości przekonuje do siebie ta elektronika Yorke'a cytująca.
A New Error jest jak rzep. No i nogi moje spokojnie nie wytrzymują, aż się marzy dobry dansflor, w sensie koncert tych panów w jakimś uroczym, niezbyt zatłoczonym klubie. Bo jak setki fanów
Radioheadopierają się na człowieka plecach, to nie ma jak tańczyć :>
8.PJ Harvey & John Parish - A Woman A Man Walked By
Erica is watching, Daniel is hiding. PJ jest wielka jak Słowacki. I agresywna i klnąca i energiczna i lubię ją taką. Bardziej niż kredowobiałą (nie, żebym poprzedniego nie lubiła jakoś strasznie). Pan jej wyraźnie pomógł w powrocie do gitarowości. Nie będę pisać więcej, bo jeszcze kawał żurnala, a esej czeka :P There is no laughter in the garden, pozdrawiam Elżbietę.
7. Do Make Say Think - The Other Truths
Teraz będą trzy z rzędu moje postrocki. Przed podium, bo nie poszaleli. Inne prawdy kanadyjskie nazywają się
do,
Make,
Say,
Think:) wszystkie cztery około dziesięciu minut, wszystkie cztery piękne. Wszystkie cztery typowo domakesaythinkowe. Co jest plusem i minusem równocześnie. Ale ileż tam jest pyszności ukrytych, że nie opiszę teraz porządnie i żal.
Makemi się podoba mniej niż reszta, co nie znaczy, że nie jest ładna ;) Bez wątpienia to jest to, co tygrysy lubią najbardziej.
6. Tortoise- Beacons Of Ancestorship
Klasycy. Tutaj nieco mocniej, ciężej i z większą energią niż zazwyczaj, w takcie 4/4. Takie
Northern Somethingzmusza do ruchu. A
The Fall Of Seven Diamonds Plus One jest urokliwe. I na żywo jak ten album porywa :)
Jeśli ktoś pragnie porządnego opisu zamiast pitolenia, odsyłam do poprzedniego żurnala, gdzie są, mam nadzieję niewygasłe, linki do pisemka, w którym jest recenzja.
5. Mono- Hymn To The Immortal Wind
Kolejny album, który miałam okazję usłyszeć na żywo, i to przed poznaniem materiału :)
Monoto jest zespół magiczny. Nie doceniałam go przed zobaczeniem na żywo i już się jaram tym, że zobaczę go ponownie. Gitarzyści, nie dość, że młócą aż wniebowzięcia można dostać, to jeszcze są wysocy i chudzi <3 :DD Takiego miłośnika post-rocka jakim ja jestem, ten album, ze swoimi rzewnymi melodiami rosnącymi w burze aż do nieba nie może nie zachwycić. Ale podejrzewam, że jak się tego nie przeżyje, to samo w sobie może nie mieć takiej miażdżącej siły. Muyzka na żywo to muzyka na żywo :)
4. Sonic Youth - The Eternal
Oby żyli wiecznie! I zawsze w takiej formie :) Najpiękniejsze małżeństwo świata wymiata gitarami od dwudziestu lat z niemalejącą energią, za co należy im się hołd pruski. Się mi najbardziej podoba pierwszy z brzegu
Anti-Orgasm (jakież to ma gitary *_* i skłania do ruchu:) i ranaldowe
What We Know (bo jest nirvanowe :D) i najdłuższe
Massage the History (które mi nasuwa na myść NYC duchy kwiaty, którego nikt nie lubi, a ja owszem a ja tak; i tak ładnie wyje elektryczek w tle :). Po sensowny opis oceniający odsyłam ponownie do moich Czterech Strun.
3. The Horrors- Primary Colors
A nawet się zastanawiam, czy nie powinni wyprzedzić tych wyżej (choć niżej :D) ale mogliby być nieco mniej monotonni :P Aczkolwiek ta monotonia przyjemna jest, bo nastrojowa. Po pierwsze, mają sto buziaków za bzika dla wszystkich, co w nich widzieli typowy indie-srindi zespolik jednego sezonu :] Ponieważ kocham Farisława, naoglądałam się mnóstwo wywiadów z chłopczętami i świadoma byłam, iż państwo mają potencjał. I za dziesięć lat, niniejszym wszem i obec to wróżę, jeśli się tylko nie rozpadną w drobny mak, będą rządzić :) Słuchają chopaki wszystkiego, co im w łapiszcza wpadnie, łącznie z takimi delicjami jak
Add N to (X),
Suicideczy
Squarepusher. Taka różnorodność upodobań musi prędzej czy później zaowocować piękną kreatywnością. Póki co zabili klina tym, którzy się spodziewali powtórki z debiutu, co jest pięknym i nadobnym, bo większość zespołów grzeszy w ten sposób. Na
Primary Colors słychać zamiłowanie nie tylko do
My Bloody Valentine i
Joy Division ale i uroczych piosenek z lat 60. :) (
Who Can Say, śliczna rzecz :) Się mi najbardziej, obok tejże, podoba
Do You Remember(strasznie czepliwe) i S
carlet Fields. I chociaż całość jest nieco monotonna, przyjemnie wejść w ten trans, w to kółeczko szugejzowo-postpunkowe, a chociaż jest tu trochę skradziionych melodii, przyjemnie posłuchać, jak ktoś uprawia takie kreatywne kradziejstwo :) Ano, i fakt, że pracowali z Geoffem Barrowem też słychać :D Ale lubię
Portishead, więc mi to pobrzmiewanie pasuje ;) Cud, miód malina i to proszę państwa nie koniec a dopiero agaetis byrjun. Ciekawam, czy na żywo to wychodzi ładnie, czy nadal Faris musi nadrabiać krzyczenie zamiast śpiewania wariactwami na scenie :D A się przekonam!
(Faris na żywo <333).
(ich recenzja też jest w pisemku, lubię o nich pisać ;D)
2. Animal Collective - Merriweather Post Pavillion
Nie mogło być inaczej gdyż 1. kocham Noaha Lennoxa 2.
Animal Collective na żywo miażdży!!!!111!!! 3. to są po prostu miszczowie i nikt temu nie zaprzeczy bo to jest fakt niezaprzeczalny w żadnej mierze koniec. I niech się mówi że ludzie ich lubią coby się lansować itd. itp. to jest najwybuchowsza na świecie orgia psychodelicznych kolorów jeszcze bardziej schizująca niż jej okładka, a
My Girlsjest wyjebiste w kosmos. Amen.
P.S.: Przy czym dodać należy, iż nie jest to ich najlepszy album, więc se proszę pomyśleć, jakie są te lepsze! ;]
1. Micachu- Jewellery
A, siurpryza! :) Młoda wyprzedziła Animali, więc proszę się przed nią grzecznie pokłonić :)
Jak słusznie pitolą recenzenci świata, dawno nie było nic tak świeżego, odżywczego i w ogóle supernjusałnd. Mika kombinuje, że aż miło, bawi się dźwiękiem a przy tym jeszcze ma głos a la chłopaczek i to jeszcze z ludnyńskim akcentem!!!1! Brzmienie ma dziwne, połamane, nieco chałupnicze, a przy tym spójne, kręcące i swoiście melodyjne. Wymiotła na wszystkich frontach swoimi piętnastoma klejnocikami (najdłuższy utwór - 3:36). Jedyne, co może przeszkadzać, to niedosyt. Bo po tym albumie człowiek zdecydowanie chce więcej. Młoda jest, to jeszcze potworzy, czego jej życzę obficie.
end of albums.
Czego Katarzyna słuchała w 2009 roku:
Artyści:
1.
Radiohead 1,489 skrobli
To jest nudne, słuchać ich tyle :/ Ale nic nie poradzę na to, że są absolutnymi geniuszami i ich twórczość się nie nudzi nigdy przenigdy i w dodatku jak człowiek dostanie fazy pokoncertowej to już umarł w butach nic innego nie przejdzie.
2.
Paul Mercer 999
Absolutna muzyczna miłość mojego życia <3333. Pan gra tak nieziemsko pięknie, że to jest jeszcze bardziej nie do opisania niż Mono na przykład. Odkryty przeze mię przez tzw. czysty przypadek, tzn. na zajęciach zauroczyła mnie muzyka do jednego z surrealistycznych filmów z lat 20., dziecko sobie zapamiętało nawet imię i nazwisko pod wyrazem music, ale oczywiście nie na długo. Szczęściem postanowiłam sobie obejrzeć więcej Mana Raya; chociaż nie, przepraszam, chodziło o to, ażeby posiadać na własność Entre Acte Rene Claira (cudowna rzecz!) a w paczce był jeszcze Man Ray, a więc dlaczegóżby nie na ulicy. Do filmu Mana Raya Rozgwiazda zrobił muzykę boski Paul. Z rozdziawioną paszczęką zachwycam się więc Manem Rayem, i nachodzi mnie refleksja: "czy to aby ówże film jest tak zjawiskowo piękny, czy muzyka?..." owoż muzyka (aczkolwiek Manowi nie odmawiam, Rozgwiazdę polecam. Zwłaszcza z odpowiednim soundtrackiem -
http://www.youtube.com/watch?v=7DKREHb5QfA :) i tak poznałam Paula, który boleśnie nie jest do ściągnięcia z Internetu. Skutkiem przeboskiego prezentu urodzinowego (pozdrawiam Elżbietę :]) mam go na własność legalnie :]
Aaaaa, do rzeczy: pan gra na skrzypcach i altówkach, starych i jeszcze starszych, wydobywając z nich muzykę zachwycającą posługując się metodą improwizacji. Jest absolutnie namber łan i kocham go.
www.myspace.com/paulmercer
3.
Autechre 918
Po staremu. To jest albowiem najlepszy zespół grający muzykę elektroniczną amen. I nie na jakichś pedalskich laptopiszczach, tylko na porządnie zmontowanej elektrowni! :)
4.
Sonic Youth 838
Na zachodzie bez zmian. Ale ostatnio sami się przyznali, że są The Eternal, więc czemu się dziwić.
Zapewne mocno przyczynił się do tego również fakt, iż ich tracków mam zdecydowanie najwięcej ze wszystkich :)
5. Lady
Diamanda Galás 830
Kobieta z Głosem która zajmuje się Muzyką. Standardy jazzowo-bluesowe i albumy konceptualne na niebłahe tematy. Można se poczytać w moim pismiszczu.
6.
Angelo Badalamenti811
He's a master of soundtracks, a jażem filmoznawiec :) I kocham Twin Peaks. A przecież Miasto dzieci zaginionych czemu zawdzięcza magię? A monseniour Lyncz swoją tajemniczość? A że pan piękny, więcej sountracków słyszałam, niż widziałam filmów :D
7.
Acoustic Ladyland782
Kolejne moje okrycie, absolutli outstanding. Porywający jazz. Ze składanki, bodajże Rough Trade Shops (świetna firma :). Jazz-punk, mówią. Genre jest nieważny, ważna jest energia, czy nawet, jak to mówią, kop. Daje to kopa :) No i czyż samo "Acoustic Ladyland" nie jest znamienne dla fana muzyki? :) Albo bardziej oczywiste, prosz:
Ludwig Van Ramone :) Cudeńko.
8 .
Dirty Three 760
Cud miód i orzeszki, jeden z moich absolutnych ulubieńców post-rockowych. Australijczycy ze skrzypcami. Piękności. Ponadto mają albumy wizualne, w sensie, jak są historie o koniach, to się jeździ na grzebietach, jak są pieśni oceanu, to się buja po falach. Magia.
9.
Joy Division 680
Nieśmiertelni zupełnie. Co ja tu będę pisać? ;P
10.
The Velvet Underground 577
A tu to już w ogóle :) Fundament rocka alternatywnego. Preferuję niźli Beatlesów. Wolę psychodelę ;)
Run run run run run take a drag or two!
Albumy:
1.
Paul Mercer -
Ghosts 662 skroble
:] Czyste piękno.
2.
Acoustic Ladyland -
Last Chance Disco 449
Mój ulubiony z trzech albumów punk-discowców :) a pomyśleć, że kiedyś trąbek nie lubiłam w całej rozciągłości. Od szaleńczego wymiatania jak
Om Konz do bujających jazzików jak
Trial and Error, cudna płytka.
3.
The Sound -
A New Dark Age 403
Też moje nowe odkrycie. Gdzieś u kogoś w czartach zdaje się podpatrzyłam. Pan ma głos piękny, głęboki (o, o niego też zahacza ten z łajtlajsów) gitarę mają taką że o O_O no i ten bas new-wave'owy! Piękności. Co utwór, to szlagier (bo to kompilacja :D). Chociaż nieco monotonne, ale jednak wciągające.
4.
Black Lips-
Good Bad Not Evil 327
:D Na samą myśl się uśmiecham :D Jest to najradośniejszy album wszechczasów :) A la garażowy rock lat 60., ale nie brzmi ani nadto ściągaczo, ani przestarzale. Ja mogę słuchać tej płytki w kółko :)
5.
Dale Cooper Quarter & The Dictaphones -
Parole de Navarre 278
Very obscure. Tu dla odmiany mamy, jeśli nie smutek, to na pewno niepokój i melancholię. I wszelkie pokrewne nastroje z najgłębszych zakamarków Twin Peaks, jak nazwa zespołu sugeruje, i nie kłamie. Nawet wrzaski laurowe są. I ciemne bary są. I dym powłóczysty. I las nieprzenikniony. Ciężka aura, bardzo czarująca, w sposób rozumiany jako magia najczarniejsza. Nie sposób się spod uroku wyzwolić.
6.
Dirty Three -
Horse Stories
Jak wspomniałam, album wizyjny. Konie owe są dzikie i niezaprzęgnięte i wolne i galopujące. Smyczki tych panów są niesamowite. A melodia, która posiada moc sprawiającą, że tytuł
I Remember When Once You Used to Love Me jest wzruszająco przepiękny, a nie pretensjonalnie pitolarski, jest zaiste wszechwładna.
7.
Bat for Lashes -
Fur And Gold 251
Wspomniane odkrycie poniewczasie. Album bardzo zauraczający, tym razem w nieco mniej groźny sposób. Baśnie o jednorożcach raczej klimatem, czarodzieje dobrotliwi, książęta uwodzący. Mię się tak osobiście pokojarza.
8.
Acoustic Ladyland - Skinny Grin 231
Wareham i spółka po raz drugi :) Trzeci (czyli pierwszy) ich album jest najmniej emocjonujący, więc go tu nie ma, więcej nie mają oni :). Ten jest o tyle piękniejszy, iż ma moc, znaczy power, znaczy jazz-punk w pełni. Minusem jest śpiew, bo ja nie lubię nadmiaru śpiewów, kiedy muzyka jest tak pochłaniająca :) Ale za
Cuts & Lies wybaczam tej pani wszystko :)
9. Micachu - Jewellery 221
Zachwyty nad tą panią już były :)
10.
Suicide -
The Second Album
Zespół z lat 80., very fine, very unique. Szybkie rytmy, nietypowy wokal. W sumie chyba wolę pierwszy album, ale miałam bzika na
Touch Me ;)
Kawałki:
1.
Paul Mercer –
Music Box 235 skrobli
Chyba moja najulubieńsza tego pana (trudno wybrać!). Małe muzyczne pudełeczko, rzewne skrzypce, czyste piękno.
2.
Paul Mercer–
Ghosts 189
Kolejne cudeńko, tym razem bardziej mroczne, niepokojące, szarpiące, prawdziwe duchy nie dające spokoju swoim krzywdzicielom, że tak patetycznie powiem.
3.
...And The Native Hipsters –
There Goes Concorde Again186
:D Czyli najschizowsza piosenka świata. Mam nawet o niej osobny żurnal :D Jest absolutnie rozwalająca. Pani melorecytuje tekst o kobietach na wzgórzu i ooo, zobacz, znowu leci konkord! w tle jest pojękująca gitarka, jakieś lekkie klawisze, pan coś mruczy i uuu looook! there's go concord again! Przeboskości.
4.
Dirty Three –
I Remember A Time When Once You Used To Love Me 184
Wspominałam wyżej. Tytuł jest dla mnie przepiękny, choć zasadniczo nie powinien ;) niosą te skrzypki, niosą i gna ten koń, bo you used to i pamiętam, wiesz.
5.
The Jimi Hendrix Experience–
All Along The Watchtower 150
Absolutny klasyk :] Jak przystało na człowieka zapóźnionego w rozwoju, dopiero niedawno z radia do mnie dotarło, iż jest to przeboskie, To gitarowe wejście mnie zupełnie roztapia :)
6.
White Lies –
You Still Love Him 144
Piękne to i nawet szujki obiecywały, że będzie na płycie, ale oczywiście kłamali bo tak mają w nazwie. Bardzo chwytliwa melodia, nie chce się odczepić :) I lata 80. jak nic, ale przecież zgrabnie całkiem nawiązują, a nie, żeby jakiś anachronizm :)
7.
Acoustic Ladyland -
Trial And Error 142
Monseniour Peter Wareham na saksofonie gra tutaj pierwsze skrzypce. Melodia jest raczej spokojna, chociaż w tle ma lekko ożywiające ją klawisze, no i zawszeć jest to jazz-punk wciąż :)
8.
Paul Mercer -
Trains 141
Ponieważ pan najpierw improwizuje, a potem nazywa, słychać, co widać :) Tutaj akurat mamy pociągi. Taką opowieść przedstawiła Paulowi altówka, o imieniu, bo jego instrumenty dostają imiona, w końcu skoro mają ze sobą rozmawiać, to wszystko kulturalnie musi się odbywać.
9.
Paul Mercer -
Under The Direction Of St. Teresa VI 135
Dlaczego akurat ta, szczerze mówiąc, nie wiem, po prostu słucham całej tej płyty w kółko ;)
10.
Magazine-
Shot By Both Sides
Hit Howarda Devoto. Piękne gitarki ma.
Koncerty, na których była w roku 2009 Katarzyna:
12 lutego
[event=]George Dorn Screams[/event]
Nie mam już złudzeń, iż z tego zespołu coś będzie.
14 marca [event=]Fisz Emade[/event]
Ciasno było jak cholera! Ale wieczór ładny, pan ładny, koncert ładny :)
2 kwietnia [event=]Śmiałek[/event]
Szczerze powiedziawszy, w domu pana nie słucham. Ale koncerty - boskie! :) Ileż energii i charyzmy i w ogóle wszystkiego :)
5 kwietnia [event=]Mono[/event]
Dlaczego mi się przez całe życie zdawało, że to było w marcu :-?
Jeniferever na support mizeria, Mono miazga :) Kosmos orgazmotron i w ogóle cudowności i idę jeszcze raz :]
22 kwietnia[event=] Venetian Snares[/event]
Klub żenada, Venecki cudowny :) czadu daje na pokrętłach, że uszy pękają :D
6 maja [event=]Pogodno[/event]
Tak se było, klub brzydki i ciasny, może dlatego.
23 czerwca [event=]Ef[/event]
Bardzo przyzwoity koncert :) Minus za smyczki z laptopa, ale tylko w jednym kawałku, no i ten bis! Wulkan energii :DD
17 czerwca [event=]Jarocin[/event]
Najgorszy festiwal świata -_- Aczkolwiek
The (International) Noise Conspiracydają czadu :D
IAMXw porząsiu, Animale trzęsą wszechświatem.
Po opis odsyłam do Czterech Strun.
6 sierpnia [event=]Off Festiwal Mysłowice[/event]
Ileż wrażeń! :)
HEALTHboskie,
Final Fantasyprzeuroczy,
Jeremy Jay też, ale nie muzycznie :D
Crystal Stiltsnice,
Wirerządzi! :) pani na gitarze elektrycznej!
Errorspięknie grają i ciekawie,
Mahjonggto szaleńcy i posiadam piękną płykę absolutly handmade :D Olafur w kościele przepięknie.
Również więcej w pisemku.
11 sierpnia [event=]Kidej[/event]
U chłopaków nic nowego, dalej są nudni.
25 sierpnia [event=]Radiohead[/event]
:] Iż to ja w Berlinie im kazałam do Polski przyjechać, remember! :D No przecież to są koncertowi mistrze i fanowi się nie może nie podobać :]
Więcej w CSŚ.
28 sierpnia [event=]Nowa Muzyka[/event]
Pojechałam dla
MUM(żywiołowo i pięknie :) jak się spodziewałam po poprzednim :) a odkryłam monsieur Jona Hopkinsa, którego płyty nie bardzo warto słuchać, ale jak on wymiata na żywo!!!! Acha, i
Dan le Sac i Scroobious Pip - świetny album, choć nie jestem fanem hip-hopu, polecam :)
20 września [event=]God is an Astronaut [/event]
Nieładne
Tides Of Nebula, ładny
Caspian(cztery gitary *_* :D) Bogowie super :)
13 września [event=]Sacrum Profanum[/event]
Dzięki przemiłemu panu dyrektorowi artystycznemu :) cały tydzień chodziłam na koncerty współczesnej muzyki klasycznej, która jest bardzo w moim guście będącym kontrolowanym chaosem i najbardziej mi się podobało 8 piosenek dla szalonego króla skomponowane przez Petera Maxwella Daviesa oraz koncert z utworami pana Georga Benjamina. Aphex super, impreza jak nie wiem co, aczkolwiek Autechre i Venecki lepsi :P
18 października [event=]Max Tundra[/event]
Pan jest przezabawny :D Ale muzyka jego jest dla mnie szczerze mówiąc średnio strawna, śpiewa jak Dżastin Timberlejk :D
7 listopada [event=]Psychic TV[/event]
Genesis jak dla mnie może być nawet i zielonym ufoludkiem :P ważne, iż głos ma zajebisty a i kompanów niezgorszych, skutkiem czego koncert klasa :)
27 listopada [event=]Diamanda Galas[/event]
<3333 Dama muzyki jazzowej :-] Człowiek w inny świat przeniesion zostaje, wpatrzony w dużą kobietę rozkazującą fortepianowi. Jaki ona ma Głos *_*
7 grudnia [event=]Tortoise[/event]
Że ponoć było brzydko i tam coś, no ja widziałam i słyszałam, że pan w okularach se momentami z tą gitarką nie radził, ale kto by tam się przejmował takimi szczegółami ;P panowie jak wymiatali na dwóch perkach *_* no i to bieganie od instrumentu do instrumentu :] no i wibrafon! <333
8 grudnia [event=]Kilimajaro Laptop Ensamble[/event]
Jednego dnia multiinstrumentaliści, następnego laptomentaliści -_- nie mam nic przeciwko używaniu laptopa, ale mam wszystko przeciwko zastępowaniu laptopem żywych instrumentów, w sensie, że temu państwu z laptopa leciała perkusja, która według wszelkich praw przyrody powinna być żywa, podobnie klawisze i smyczki. Żenada i chyba najgorszy koncert roku.
Najlepsze było zdecydowanie Mono <333
Dobranoc. Oczywiście z eseju nici, a w dodatku się nie wyśpię, co za życie.