Będzie pewno wiało nudą, znajdzie się też nieco specyficznego filozofowania Tomasza, ale będzie też śmiesznie, mroczno "i w ogóle" fajnie będzie, także zapraszam :P
Część I – The Beginning (Lata '90, chaos)
Nigdy nie byłem wielkim znawcą sceny muzycznej (aczkolwiek aktualnie staram się to zmienić). Nie wchodziłem w historię kapel, ich skład, w ogóle nie śledziłem ich poczynań. Problem nie tkwił w tym, że mnie to nie interesowało. Byłem młody, „chłonąłem” wszystko wokół, więc pewno by mnie zainteresowało, niestety warunki w „tamtych” czasach niezbyt pozwalały na zgłębianie tej wiedzy. Wieś, pomijam brak Internetu, który w Polsce stawiał dopiero pierwsze kroki (w ogóle to nie ten wiek!), jeden czarno-biały TV na kilku domowników, mentalność rodziców, którzy ciągle albo na roli albo przy domu coś grzebali. Kieszonkowe na jakieś publikacje ? Przez parę dobrych lat każdy grosz okładałem, oszczędzając na... komputer ;) Istny wiejski Alcatraz. I jak tu rozwijać swoje gusta muzyczne ?
A jednak, byli bracia, którzy mieli dobry sprzęt grający, sporą kolekcję taśm MC (pamiętacie jeszcze co to ? :D), małą kolekcję płyt kompaktowych i to nie byle co: mogłem poznać piękno muzyki celtyckiej dzięki płytce The Voyager, Mike Oldfield'a, magię syntezatorów i muzyki elektronicznej czyli Marek Biliński ze swoim E≠mc², oczywiście nie mogło się obejść bez Equinoxe Jean-Michel Jarre'a. Mogłem także poczuć nieco muzyki progresywnej mianowicie The Division Bell, Pink Floydów, ale byłem jeszcze chyba zbyt młody, aby ona do mnie wtedy dotarła. Był niezwykły Vangelis z albumami Antarctica, Chariots Of Fire oczywiście genialna ścieżka dźwiękowa do Blade Runnera oraz wiele innych. Było troche Queensów, ABBA oraz wiele innych, których nazw nie pamiętam.
W końcu dostałem własny „sprzęt grający” - radio oraz odtwarzaczem taśm magnetofonowych. Długo się nim nie nacieszyłem, został mi on „skonfiskowany” i do dziś służy mamie jako wypełnienie ciszy w kuchni :)
Niemniej, plotka o tym, że Tomasz posiadał coś grającego doszła aż do Świętego Mikołaja i w zamian za to, że byłem grzeczny dostałem parę kaset MC, niestety... Święty okazał się mieć kiepski gust. Większość z nich chyba nigdy nie przesłuchałem do końca. No ale, znalazła się też jedna kaseta, która mnie zaintrygowała, oczywiście w porównaniu z tym co wyżej wymieniłem nie było to nic ambitnego, niejeden tutaj pewno mnie zaraz wyśmieje jak powiem, że chodzi o The Kelly Family, folk/pop. Jest to o tyle ciekawe i warte wspomnienia, że wcześniej tylko się delektowałem muzyką, tak jak pisałem wcześniej, nie interesowałem się innymi dziełami artystów, których wtedy już poznałem natomiast po parokrotnym przesłuchaniu Almost Heaven miałem ochotę na więcej, a jako że do kasety dołączona była książeczka z wydrukowaną chyba całą dyskografią TKF, wiedziałem, że mają coś jeszcze na swoim koncie. Później, gdzieś, u kogoś rozpoznałem okładkę innego albumu TKF, oczywiście musiałem pożyczyć.
Na antenie TVP2 pojawił się dosyć ciekawy program muzyczny – 30 ton, emitowana co tydzień lista przebojów w formie niepełnych teledysków na podstawie najbardziej sprzedających się albumów. Niestety mogłem oglądać tylko wtedy, gdy TV był wolny, a jak na złość nie był zbyt często. Niemniej to był dla mnie duży skok. Poznałem wiele kapel, głównie popowych, ale nie tylko. Madonna z IMHO najlepszą jej płytką the ray of light, oraz genialnym utworem Frozen (do dziś pamiętam ten mroczny teledysk), Céline Dion, nasze Elektryczne Gitary z niezłymi tekstami Kuby Sienkiewicza, ale także Metallica, z klasykiem Nothing Else Matters, aczkolwiek przez długi czas nie przemawiał do mnie trash. No można by wymieniać dłuugo.
Nadszedł rok 2000, dostałem się do liceum. Nastał tzw. okres młodzieńczego buntu, rozpoczęła się moja przygoda z cięższymi brzmieniami. Ale o tym w następnej części...
Część II – The Middle (Nowy wiek)
Szkoła średnia – bunt, „szatanista”, klątwa Eddyego T.H., pierwszy poważny koncert ;)
Nowa szkoła, nowe twarze, różne subkultury... zaczęło się od Łukasza („szatanista” jakby powiedziała niejedna babcia widząc gościa z czachą na koszulce) który zaraził mnie i jeszcze parę osób ostrą muzą.
Od razu rzuciłem się na głęboką wodę: słuchało się głównie Cradle of Filth oraz Dimmu Borgir, ale krótko... niezrozumiały growling i tematyka mnie nie przekonały, aczkolwiek Spiritual Black Dimensions jest całkiem przyjemnym albumem, a teledysk Progenies of the Great Apocalypse po prostu wymiata :D Spróbowałem czegoś trochę bardziej lajtowego mianowicie Iron Maiden. Pożyczyłem od kumpla kilka płytek, były to bodaj The Number of the Beast, The Killers oraz No Prayer For The Dying. Pierwsze wrażenie ? Nie spodobało mi się, zasnąłem sobie słuchając The Killers. Budzę się godzinkę później, muza dalej gra iii ?! I stwierdzam, że jest po prostu zajebista. Zakochałem się w tym co ludzie zdefiniowali jako nwobhm (New Wave Of British Heavy Metal), czyżby Eddy (maskotka IM) miał coś z tym wspólnego ? :)
Zakupiłem sobie kilka płytek IM Brave New World, później Fear Of The Dark, The X Factor oraz koncertówkę A Real Live Dead One.
Po półtorej roku, jak mi włosy podrosły babcie pod kościołem zaczęły patrzeć krzywo na mnie – klasyk, stałem się oficjalnie buntownikiem, „szatanistą”, ateistą i w ogóle najgorszym bydłem. Zdziwiła by się większość z tych ludzi, jakby wiedzieli, że (jak większość „metali”) nie urywałem głowy kotom, nie brałem udziału w czarnych mszach, nie rysowałem pentagramów na każdym słupie. Oczywiście były rockoteki, chociaż nie były ostro zakrapiane, nie kręciło mnie to.
Rok 2003, razem z kolegą Damianem jedziemy na koncert Iron Maiden - Give me Ed.. 'til I'm Dead Tour '03 w Katowicach (Spodek). Będąc na płycie 30m od sceny słuchając i widząc do wyprawiają Dickinson z Harrisem oraz resztą bandy byłem pod ogromnym wrażeniem (do dziś mam zachowany bilet), na drugi dzień oczywiście nie umiałem wypowiedzieć słowa ;)
Damian podsunął mi coś nowego Keeper Of The Seven Keys grupy Helloween, z głosem Kiske. Byłem w niebo wzięty. Szkoda, że chłopaki nie umieli się dogadać i Kiske opuścił Helloween. W tym okresie spotkałem się z zawodem miłosnym, więc z metalem symfonicznym (gotyckim), który działa(ł) na mnie kojąco miałem również do czynienia, kapele Nightwish oraz Within Temptation często mi towarzyszyły.
Tak naprawdę mimo krótkiego epizodu, nigdy nie uważałem się za „metalowca”. Często wracałem do starych, znanych perełek poznanych dzięki 30 tonom. Na jednej z aukcji w mojej szkole, chyba na WOŚP wylicytowałem kasetę VHS Pink Floyd – Live at Pompei, chociaż znałem już Floydów nie wiedziałem czego się po niej spodziewać (w końcu eksperymentowali oni z dźwiękiem), więc wylicytowałem w ciemno. I wcale tego nie żałuję ;)
W końcu mam Internet, dzięki któremu zaczęła mnie interesować kultura celtycka, poznałem magię muzyki jaką tworzyła Loreena McKennitt w The Book of Secrets oraz The Mask and Mirror, zresztą każdy jej album jest po prostu genialny. Polski Shannon ze swą niezwykłą interpretacją bretońskiej pieśni Tri Martolod również zrobił na mnie ogromne wrażenie. W tym czasie usłyszałem o grupie Carrantuohill nota bene, pochodzącej z sąsiedniego miasta. W moje ręce wpadła ich płytka Inis. Zespół zaprosił do współpracy wielu znanych polskich artystów (m.in. A.M. Jopek, A. Lipicka, P. Kukiz, S. Sojka) tworząc przepiękną opowieść o Irlandii.
Niemniej najlepsze było dopiero przede mną...
Część III – The End (Drugi start, dziś)
Studia – last but not least, pasja, progresja, Woodstock ;)
Już wkrótce.
Część VI – The Hidden Chapter – (Jutro?)
Przyszłość – więcej Woodstocka, więcej koncertów, więcej kolekcji
Już wkrótce.






















