Jeszcze wcześniej się w to nie bawiłem, ale kończąc ten rok spojrzałem na wykaz przesłuchanych albumów, okazało się, że troche z nich jest z 2009 roku. Postanowiłem spróbować je ocenić, chociaż nie przyszło mi to z łatwością, bo jak mam ocenić album, która sam w sobie ma 2 naprawdę super piosenki, ale świetny ogólny klimat i świeżość pomysłu versus album z 4-5 super piosenkami, ale reszta to już zapychacze?
Żeby nie przedłużać, oto lista albumów od najgorszego do najlepszego. Baaaardzo subiektywne, niektóre niskie oceny wynikają po prostu z tego, że album jest nieprzyjemny w przesłuchaniu lub wybitnie mi gatunkowo nie leży.
____________________________
2/10
Animal Collective-Merriweather Post Pavilion

Świetna, psychodeliczna okładka, która "rusza się" w oczach + niesamowicie hurraoptymistyczne recenzje + opinie, że płyta jest w swej zajebistości podobna do
Fleet Foxes(tak przy okazji, POLECAM!). Co z tego wynikło?55 minutowa psychodeliczno-folkowa ciapa, piosenki praktycznie nierozróżnialne i na jedno kopyto. Ale co najgorsze, po prostu męcząca. Dałem jej jedno przesłuchanie, chociaż u mnie minimum to dwa, ale nie miałem siły na więcej.
Utwory do obadania:
eeeeee, next
__________________________________________________________________
Megadeth-Endgame

Metal ze mnie żaden, brakuje mi w nim melodyjności, aczkolwiek cośtam skubnąłem. Zachęcony, tak jak w przypadku
Animal Collective pozytywnymi recenzjami, pomyślałem, że spróbuje. Moja przygoda z metalem opierała się głównie na Metallice, a Megadeth ma być tym bardziej "tró" metalowym zespołem, więc czemu nie? Dlatemu:
Sorry brudasy, ale ja też umiem napierdalać na gitarze i blastować przez 45 minut, ale za to nie każdy umie wysmażyć dobrą linie melodyczną, fajny riff itd. Panom z Megadeth się IMO nie udało. Na pewno metalom się spodoba, ale dla wszystkich metalwannabes jak ja lepiej będzie jak przesłuchają po raz kolejny
Death Magnetic
Utwory do obadania:
eeeeee
____________________________
310
30 Seconds to Mars-This Is War

Tutaj, jak dla mnie, OGROMNY minus dla Teraz Rocka. O ile ich recenzje w moim przypadku są bardzo trafne, to tutaj przysłowiowo "zjebali". Pacze sobie "O, 4 gwiazdki, hmmm ich poprzednia płyta była nawet spoko, ooo, piszą, że wydorośleli, super! Zasysam!"
Pierwszy utwór: jakieś intro - jest nieźle
Drugi utwór:
Night of the Hunter - naprawdę spoko utwór, dobrze zagrany, świetna melodia. Nakręciłem się.
Trzeci:a więc to tak brzmi biedne U2?
Czwarty: "Nie, no kurwa, coś jest nie tak, 4 gwiazdki?" "sprawdzę na Metacritics bo coś mi nie pasuje....55 procent?!!!!"
Piąty: "Znowu to samo zawodzenie?"
Tak się skończyła przygoda z tą płytą. Dodatkowy punkt za
Night of the Hunter.
Utwory do obadania:
Night of the Hunter
____________________________
5/10
The Dead Weather-Horehound

Jedna z trzech supergrup w tym zestawieniu. Jacek Biały - gość z ADHD i dwiema naprawde dobrymi formacjami na koncie (The Raconteurs i The White Stripes) wziął sobie kolejną brzydką dziewczyne, tym razem na wokal, kumpla z Raconteursów na basik, chwilowo odpoczywającego od Królewn Ery Kamienia Łupanego Deana Fertitę i tadaaaam! Jest supergrupa. Pierwszy zgrzyt - wokal. Właśnie dlatego nie kcemy pań w zespołach rockowych, drugi - jakieś te piosenki takie nie ten teges. Nie mogę tego określić, bo teoretycznie mają to czego trzeba. Perka - jest ( i to naprawdę niezła - Biały daje rade), bas jest (nie żeby jakoś się wybijał, ale za twarz i okulary tego gościa dodatkowy punkt), gitara jest (Fertita się nie wyszalał w QOTSIE, tu sadzi nawet niezłe, zdeka mroczno-psychodeliczne riffy, ale bez szału), wokal jest (IMO słaby, chyba już wolałbym, żeby Biały robił tzw. "phila collinsa" zamiast niej), ale wszystko razem już nie za bardzo "jest". Pare dobrych riffów, niezły klimat, ale żadnego zapadającego w pamięć utworu. Ciekawostka: Ostatnio ulubiony zespół mojego taty, gościa, który Milesa zagryza Black Sabbath a potem popija Beatlesami i prosi o Kyussa na deser :)
Ciekawostka numer 2 : Płyte dostałem za prenumerate Teraz Rocka i to w dwóch sztukach nie wiedząc czemu
Rozczarowanie numer 1 : White w wywiadzie wspomniał, że chce kontynuować The Dead Weather (nie żeby mi to przeszkadzało), ALE za to porzuca The Raconteurs (zespół z jedną niezła, a drugą ZAJEBISTĄ płytą). Nie możnaby było na odwrót? :(
Utwory do obadania:
Hang You From the Heavens
__________________________________________________________________
Chickenfoot-Chickenfoot

Najgorsza nazwa zespołu 2009 roku - prawdopodobnie tak.
Jest to kolejna supergrupa, tutaj miałem zagwostkę, którą z tych "super"grup umieścić jako lepszą.
Horehound jest ciekawszy muzycznie i spójniejszy. To prawdziwy album, który mi nie podpasił po prostu. Za to
Chickenfoot to parodziesięcio minutowe jam session jednych z najlepszych muzyków świata (przynajmniej technicznie - Satriani) Płyta baaardzo lekka muzycznie, wyczuwalna atmosfera dobrej zabawy, strasznie słabe teksty ( banalne historyjki i śpiewanie o winie, kobietach i rock'n'rolu zostawmy AC/DC i Airbournowi). Zaskakująco słabe riffy (może nie tyle złe, ale Satriani naprawdę nie pokazuje tutaj swoje zwyczajowej zajebistości, są po prostu przeciętne, w życiu bym nie pomyślał , że to prawdopodobnie najlepszy gitarzysta świata) Płyta ma swoje momenty, na pewno nie jest jakoś strasznie rozczarowywująca, gdyby wyszła rok temu to dostałaby 7/10 i miejsce w pierwszej 10, ale ten rok był bardzo obfity i taka płyta bez żadnego pomysłu nie przechodzi, gdy porówna się ją do innych. Już utwór, który polecam mówi o tym w jakim tonie utrzymana jest ta LP.
Utwory do obadania:
Oh Yeah
Tutaj zaczęły się schody, ale jedziemy:
____________________________
6/10
Riverside-Anno Domini High Definition

Polski zespół prog-rockowy. Co nie pasuje w poprzednim zdaniu? Okazało się jednak, że zwyczajowa "polska chujnia" nie dotknęła tej grupy. Śpiewają po angielsku (dzięki ci panie!), technicznie naprawdę dobrzy i podobno nawet znani na świecie. Ocena płyty nie wynika z jej słabości, raczej z tego, że po prostu jest troche trudna w odbiorze. Nie wchodzi tak łatwo do głowy, nie wybija się czymś szczególnym. Po prostu niezła rzemieślnicza robota.
W sumie trudno mi powiedzieć, który utwór jest najlepszy, bo wszystkie są długie, typowo progrockowe z hardrockowym zacięciem, dlatego utwór do polecenia należy traktować niezbyt dosłownie:
Utwory do obadania:
Egoist Hedonist
Tutaj zaczynają się albumy, które naprawdę warto przesłuchać. 7/10 to naprawdę dobra płyta, 8/10 b.dobra a 9/10 to "must listen to"
____________________________
7/10
Phoenix-Wolfgang Amadeus Phoenix

Francuski zespół? Ufff, śpiewają po angielsku. Dla wszystkich indie-haterów: jak indie kojarzy wam się z radosnym, prostym graniem młodych chłopaków to JEDYNA płyta, do której pasuje ta definicja to właśnie
Wolfgang Amadeus Phoenix. Co wcale nie jest złe. Parę naprawdę fajnych kawałków, pewna świeżość i młodzieńczość unosząca się na kawałkach, trochę usmiechu na twarzy i po chwili...płyta się kończy. Krótka, zostawiająca niedosyt. Kcemy takich więcej.
Utwory do obadania:
1901
Lisztomania
__________________________________________________________________
Muse-The Resistance

Tutaj, sorry Szczawik, największy zawód roku. Jednak co to za zespół, że wydaje swoją najgorszą płytę, a ona i tak dostaje ode mnie 7/10? Naprawdę dobry. Płyta dostałaby jeszcze jeden punkt, gdyby wywalić 3 ostatnie kawałki - symfonię Bellamiego, który sobie zamarzył i sobie wymarzył ,że takową napisze. Niestety, mnie on nie przekonuje. Dodatkowy minus to nawiązania do
Queen. Wiem, wiem "ma być stadionowo, epicko itd.", ale bez przesady w
United States of Eurasia/Collateral Damage są już tak chamskie, że tylko brakuje owłosionej klaty Mercurego na okładce. Ale poza tymi "wpadkami" to naprawdę dobra płyta, z kontrowersyjnym głosem Matta i synth-rockowym brzmieniem. Dwie perełki, z których ta druga to prawie czysty R&B w stylu Timbalanda. Dziwne, ale niesamowicie fajne w odsłuchaniu.
Utwory do obadania:
Uprising
Undisclosed Desires
__________________________________________________________________
Wolfmother-Cosmic Egg

Zespół, który gra połączenie
Black Sabbath,
AC/DC i
Deep Purple nie może być zły, nie? No i nie jest, Australia jest kontynentem typowo hardrockowych, co udowadnia po raz kolejny dając nam
Wolfmother. Ich debiutancki album miał takiego powera, że martwy by chwycił za air guitar, niestety drugi album to nie to samo. Ale co się dziwić- 2/3 zespołu odeszło. Został tylko afro koleś i jego zabójcze (przynajmniej na pierwszej płycie) riffy. Druga LP to sprawdzian dla każdej kapeli, tutaj australijczyk miał jeszcze trudniej, ale udało mu się stworzyć, może nie tyle arcydzieło, ale na pewno dobrą, retro-rockową płytę. Aż dziw, że z przestera można jeszcze tyle uzyskać w muzyce. Jedna gwiazdka w górę za
Caroline, utwór, który z pozoru banalny i monotonny gdzieś tak w połowie zmienia się za sprawą dramatycznego głosu wokalisty w coś co przyprawia o dreszcze. Jeśli miarą dobrej muzyki jest obecność dreszczy na ciele i ogólnego uczucia przejęcia to
Caroline jest utworem roku.
Utwory do obadania:
Caroline
New Moon Rising
__________________________________________________________________
U2-No Line On The Horizon

U2 to dla mnie troche odkrycie roku, zawsze omijane przeze mnie jako zespół, który każdy zna, utwory już tak nie bardzo z pamięci, ale zawsze gdzieś sie przewija. Dorwałem w swoje łapki
18 Singles i okazało się, że to naprawdę fajny zespół z niesamowitym dorobkiem. No to wziąłem się z pełnoprawny album. I? "Stare dziadki" nadal dają rade, i co dziwne, aczkolwiek czasem obecne (patrz:
Ten) - pierwsza połowa płyty jest świetna, a druga to już po prostu takie sobie piosenki (dobrze, że chociaż trzymające klimat). Ta pierwsza połowa jednak wystarczy, żeby znaleźć się na liście. + utwór, w którym "grają" chórki i sam śpiew, to trzeba usłyszeć (
Unknown Caller)
Niech się młodziaki z 30STM uczą jak brzmi epickość ( w sumie Muse trochę też) w utworze
Magnificent
Utwory do obadania:
Unknown Caller
Magnificent
____________________________
8/10
Franz Ferdinand-Tonight: Franz Ferdinand

Zespół, który każdy zna za
Take Me Out. Słuchałem kiedyś paru kawałków, ale nigdy nie zagłębiłem się w jakąś płytę. Na TVP Kultura wszyscy podczas recenzji płyty Arktycznych Małpek
Humbug zgodnie stwierdzili, że Franzowie nagrali lepszy trzeci album niż Małpy. NIestety, nie zgadzam się z tym stwierdzeniem, ale to i tak świetny album. Dupcia się rusza bezustannie, miękkie połączenie elektroniki i przesteru i dobre melodie. Bardzo podobne strukturalnie do innych utworów z poprzednich płyt, ale podszyte elektroniką. Good stuff, może czwartą płytą przebiją Małpy, bo jak Małpki będą robić się coraz bardziej poważne i mroczne jak robią to teraz z płyty na płyte, to ich następna płyta będzie miałą czarną okładkę i 50 minut jednego przesterowanego dźwięku ;D
Utwory do obadania:
Ulysses
No You Girls
Bite Hard
__________________________________________________________________
The xx-The xx

Okładka roku ;D Wziął mnie ten zespół z zaskoczenia. Oczywiście recenzje baaardzo pozytywne, ale jakoś nie mogłem się przemóc. No bo minimalizm (wolę bogactwo aranżacji -
Pink Floyd i
The Beatles), dużo elektroniki - mało rocka, w sumie to nawet zero (a ja kocham rock) i niszowość zespołu (czyli stereotypowo - słabe nagrania). Teraz wszystko co napisałem poza nawiasami uznajcie za zaletę i macie jedną z najlepszych płyt roku. Niekoniecznie rockowo, ale zajebiście! Oparcie wszystkiego na elektronicznych beatach perkusyjnych (nie wiem na czym grane - wygląda jak klawiatura telefonu xD), hipnotyzującym głosie dwóch wokalistów (facet i kobieta, a może raczej chłopak i dziewczyna : przebili Homme'ego w kategorii: najbardziej beznamiętny a przy tym paraliżujący głos) i bardzo ciekawych kompozycyjnych zabiegach. Pierwszy raz słyszę , żeby riff utworu został delikatnie wspomniany w róznych momentach utworów, które go poprzedzały. Tutaj polecam dwa utwory, bo one tworzą "przebojową" warstwę płyty, reszta to napędzane niezwykłym klimatem (bardzo mroczne i surowe brzmienie - White Lies bez orkiestry i z syntezatorami zamiast akordów durowych) kawałki raczej płynnie przechodzące w siebie. Czarna okładka naprawdę ukazuje jaka jest płyta. Ona po prostu wali iksem w czoło i gdy dochodzisz do siebie po utracie przytomności- ona się kończy.
Utwory do obadania:
Crystalized
Shelter
__________________________________________________________________
Pearl Jam-Backspacer

Bardzo dziwną mam znajomość tego zespołu. Znam ich pierwszą i ostatnią płytę, które dzieli 18 lat różnicy. Obie świetne, jednak
Ten jest ociupinkę lepszy. Mimo wieku i nie tak dobrego już głosu Vedder i chłopaki dali czadu, to chyba najbardziej rockowo-rockowy album w zestawieniu. Super riffy, mniej grungu i zaciągania, ale też mniej solówek (chlip, chlip :(). Nawet jest trochę country, przynajmniej jeśli chodzi o partię wokalną. Po takim albumie na Open'era po prostu TRZEBA jechać :D
No i świetne refreny, potem się nuci kawałki praktycznie bezustannie, a ja melodyjność i dobre zaplecze kompozytorskie bardzo cenie.
Utwory do obadania:
The Fixer
Johnny Guitar
Got Some
__________________________________________________________________
Manic Street Preachers-Journal For Plague Lovers

Zaskoczenie roku, zdecydowanie. Ściągnąłem praktycznie przez przypadek, miałem pobrać ich najbardziej znany album
Everything Must Go a przez przypadek pobrałem oba. I bardzo dobrze zrobiłem, bo mam widocznie zjebany gust, ale ta nowość podoba mi się bardziej od klasyki. Trudno mi opisać ten album, budowę ma typowo rockową, trzy minutowe utwory, walące w mordę refreny i przester, ale nadal ma w sobie coś takiego, że ciągle chce do niego wracać. Nie wiem co to jest, może to, że pierwszy utwór daje takiego kopa, że wracasz do żywych dopiero na końcówke LP. No i teksty, najbardziej porypane jakie widziałem w tym roku (a myślałem, że Trzy Sępy spokojnie wygrają w tej kategorii ;D)
"Oh, mommy, what's a sex pistol?"
Teksty to zapiski lidera zespołu, który zniknął w 1995 roku i w tym roku został uznany za zmarłego.
Utwory do obadania:
Peeled Apples
She Bathed Herself In A Bath Of Bleach Marlon J.D.
__________________________________________________________________
Kasabian-West Ryder Pauper Lunatic Asylum

Ktoś gdzieś napisał, że ta płyta byłaby idealnym soundtrackiem do filmu Tarantino. Podpisuję się pod tym wszystkimi palcami u stóp. Bardzo dziwny album zespołu, który każdy zna za
Club Foo. Chłopakom zamarzył się nowy Sierżant Pieprzu i pobawili się różnymi instrumentami i orkiestrą mieszając to z solidnie podbitą elektronicznie gitarą. Nietuzinkowe połączenie, które wyszło znakomicie.Poprzedni album mi się nie podobał, był za surowy, na jedno kopyto i bez pomysłu. Tutaj za to pomysłów mnóstwo. Od typowego czadowego openera do przypominające
I'm Only Sleeping, kojące
Thick as Thieves. Są też dwie ewidentne pomyłki, ale obraz płyty jest niezaburzony. Bardzo przystępna, a jednocześnie głęboka płyta. Do teraz rozwalają mnie niektóre ledwo słyszalne wstawki instrumentalne. Cel: przebić
Club Foot. Mission Accomplished.
Utwory do obadania:
Underdog
Thick as Thieves
Fire
____________________________
9/10
Arctic Monkeys-Humbug

Josh Homme, rudowłosy bóg stoner rocka zaprosił do siebie (Joshua Tree na pustyni) na sesję czterech gówniarzy. Co z tego wyszło? Mix zabójczy. Homme wsławił się tym, że żaden z jego albumów nie jest przystępny. Absolutne minimum to 3 przesłuchania, a potem to już tylko miłość. Nie inaczej jest teraz, bo mimo, że jest "tylko" producentem to go po prostu mocno czuć na płycie. Porzucili proste piosenki i banalne garażowe riffy, zostawili przyjemnie brytolski głos Turnera i zdolność do tworzenia ciekawych i wpadających w ucho kompozycji (na
Humbug jakby mniej przebojowe, bardziej dojrzałe). Dużo więcej brudu, psychodeli, porypanych tekstów i sekcji rytmicznej, która ma bardzo zaawansowane ADHD (chociażby
Pretty Visitors). Piosenki są dłuższe, mniej przewidywalne i jedyny pewien hit to
Cornerstone, ale to raczej było łatwe do przewidzenia, bo to jeden z niewielu utworów nie nagranych przez Homme'ego i to również czuć. Sama płyta nie ma strasznie zapadających w pamięć utworów, ale sam klimat daje radę i głównie za niego taka wysoka ocena.
Utwory do obadania:
Pretty Visitors
My Propeller
Crying Lightning
Cornerstone
__________________________________________________________________
White Lies-To Lose My Life

Może to moje zboczenie, ale dla mnie praktycznie każda okładka idealnie pokazuje klimat płyty. Przykład: Popatrzcie na dwie do góry: Manic ma bardzo chore teksty i trochę cierpki głos. Okładka? Pobite dziecko, pasuje? Pasuje. Arctic w tym wydaniu ma taki lekko psychodeliczny klimat rozleniwienia i pewną nutę oldschoolu. Okładka to czterech znudzonych, źle wykadrowanych i przekolorowanych młodych-starych duchem. White Lies działa tak samo. Ciemna okładka idealnie oddaje ducha płyty. Bardzo, ale to bardzo głęboki i przejmujący głos Harry'ego, pulsujący bas, mroczne klawisze i przecinające powietrze akordowe gitary z obfitym chorusem. Jak dla mnie to biją na głowę Joy Division. Płyta idealna dla samobójców z poczuciem humoru. Dlaczego z poczuciem humoru? Bo album ma w sobie parę naprawdę dobrze bujających utworów, więc samobójca sobie fajnie podynda na linie w rytm muzyki. Głos może wkurzać, ale pasuje idealnie do takich kompozycji. Na pewno warta wspomnienia jest tytułowa piosenka, która wzięła mnie z zaskoczenia i z miejsca uruchomiła tryb REPEAT. Zapomniałem wspomnieć, że to kolejny debiut na liście, ale naprawdę dobrze zrobiony technicznie (nawet orkiestra się parę razy pojawia)
Utwory do obadania:
To Lose My Life
Death
Farewell To The Fairground
Unfinished Business
__________________________________________________________________
TAMTADADADADATAAAAM
..::PŁYTA ROKU 2009::..
Them Crooked Vultures-Them Crooked Vultures

To na początku miało być moje rozczarowanie roku. Trzech PRZEKURWAGENIALNYCH muzyków w jednym pomieszczeniu to i tak masakra na skale światową, a jak jeszcze nagrywają płytę to się w pale nie mieści. Śledziłem doniesienia, bo w końcu to nie jakiś Satriani tylko rudowłosy przyjaciel + pan z wysuniętą szczeną + mister cool bass. Trzy Sępy w spokoju cośtam majstrowały ze sobą a ja łapałem szczątki informacji i utworów, ale też tak, żeby sobie nie zespuć oczekiwania. Pierwszy singiel:
New Fang mnie nie powalił. Perka brzmi potężnie, basik ładnie zamiata, gitara niczego sobie, ale bez rewelacji. Ale...z każdym kolejnym odsłuchaniem coraz fajniejsze. Drugi singiel:
Mind Eraser, No Chaser. Tu już trochę inaczej, ten to raczej typ walących w mordę. Prosty, nieskomplikowany kompozycyjnie, ale jak Grohl przypierdzieli w podstawę talerzy (kurna nie wiem jak to się nazywa) a potem robi collinsa, czyli śpiewa grając na perce to czacha powoli się pali. Kończy się utwór i ....trąbki, psychodela pełną gębą. Dostałem w swoje łapska płytę (oryginał, niech Grohl ma na waciki) i zawód...Niby mają powera te utwory, ale jakieś takie długie, zawodzące, bez polotu i kurna w ogóle łotdefak. Hmm.. no to jeszcze raz odpaliłem. Wsłuchując się, gdzieś za 3 odsłuchaniem poczułem ich geniusz. Ta płyta to zdecydowany grower, z każdym przesłuchaniem lepsza. Openerowy
No One Loves Me & Neither Do I jest bardzo podchwytliwy. Zaczyna się jak typowa QOTSowa kompozycja, żeby walnąć takim riffem w 3:44, że podobno sparaliżowani od urodzenia wykonują headbanging. Do tego dziwne, ale w sumie fajne teksty: "Well, if sex is a weapon, I'll Smash Boom pow! How you like me now?" i mamy pierwszego "hita". Ciut długi, ale prawie każdy ich utwór jest za długi (m.in. dlatego nie ma dychacza).
Jedziem dalej:
o kolejnych dwóch utworach wspominałem (
New Fang i
Mind Eraser, No Chaser).
Następny to
Dead End Friends, lekko świszcząca gitara i bujanie, które utrzymuje się do końca płyty. Nie wiem jak to Grohl z Jonesem wykombinowali, ale tak naprawdę prawie cała płyta ma taki swingująco tańczący groove. Myślę, że Mister Cool naprawdę tutaj się postarał, dupcia się sama rusza, a głowa już dawno boli od machania. Bujać się przy hardrocku, kto by pomyślał?
Ale dalej:
Elephants, lekko przytłumiony riff i pełno zmian tempa i klimatu. Adekwatnie do tytułu, to naprawdę MASYWNY utwór. Sępy w jakiś wywiadzie wspomnieli, że te dłuższe utwory (a ten się do nich zalicza) oni traktują jak potężne statki wojenne. Myślę, że porównanie jest bardzo trafne. Ilość riffów, melodii, przejść i stylów śpiewania mnie rozwala za każdym razem, a to wszystko w jednej piosence.
Tutaj przed państwem, mój personal favourite:
Scumbag Blues. Doskonały riff z podbiciem "szklankowym" i te FALSETY :D. Cream jak się patrzy, sekcja rytmiczna co chwila odwala za chórek a ciągła wariacja tego samego riffu jest naprawdę bardzo inspirująca. Grohl też daje rade nie siląc się na blastomanie, tylko umiejętnie stopniując napięcie. Jednym z moich ulubionych elementów piosenki jest bas Jonesa. W całym utworze powiela on w jakimś stopniu linię gitar, czasami zaznaczając ją bardziej wirtuozersko, ale to co dzieje się w 1:08 to przechodzi ludzkie pojęcie. Nie wiem na czym on gra, ale brzmi to trochę jakby klawiszowy bas - jeśli coś takiego istnieje. W pewnym momencie dochodzi do tego, że gra jednocześnie i bas zwykły i ten "udziwniony". Dwa basy jednocześnie? Paranoja, przeważnie nawet jednego nie zauważam. Potem leci motyw z Mission Impossible, tylko leciutko zmodyfikowany. Ładnie wpasowuje się w klimat. Następnie psychodeliczna (to słowo często się pojawia, ale naprawdę taka jest płyta) solówka i cały utwór tak upływa. Mistrzostwo świata!
Bandoliers oparte na prostym tłumionym riffie, troche mi się kojarzy z Meksykiem, troche tytuł, trochę sama warstwa melodyjna. Bardzo fajny refren i jeden z ciekawszych utworów na płycie. Gdzieś pod koniec wszystko ucicha i znowu słychać riff na jednym z kanałów. Zawsze to lubie.
Reptiles to z kolei głównie bas podbity fajnym riffem i bardzo pokręconym klimatem (to głównie zasługa gitary i głosu). Mroczny tekst i gitary brzmiące jak śmiech ludzi. Frapujący kawałek...Chyba najdziwniejszy, ale bardzo mi pasuje.
Interlude with the Ludes Pierwszy do odstrzału. Nie, że jest zły, po prostu jest za bardzo crooked w stosunku do innych. 100% byli nawaleni jak go pisali. Płyta spokojnie by się bez niego obeszła, ale na pewno do słuchania.
Warsaw Or The First Breath You Take After You Give Up Kolejny ze statków bojowych. Długi, powolny, z niepokojącymi chórkami i gitarą. Potem zmiana na bardziej wesoły i znowu na powolny i tak ciągle. Porypany utwór, a refren to już w ogóle. Falsecik na chórkach i hipnotyzujący głos rudego. Podoba mi się tekst i ogólna melodia. Ciągłe zmiany sprawiają, że utwór nie nudzi. Zdecydowanie najfajniejszy z trójki "statków".
Caligulove. Głównie zapamiętany przez to, że ma bardzo normalny refren jesli chodzi o tekst. Przeważnie rudemu odwala i pisze o schizach, a tutaj czysty romansik. "I don't nead a reason, put your arms around me". Oczywiście tylko tekst jest normalny, reszta to schiza na pełnym gazie z dziwnymi wyciami pasującymi do uderzeń gitar (może to druga gitara?)
Gunman Najbardziej inny utwór na płycie. Jak na poprzednich bujało się łepetynką, to teraz ona uderza w ściany z mocą atomową. Świetny, fajnie zmodyfikowany przez efekty riff i doskonały rytm parkietowy. Nic dziwnego, że w teaserze do tego utworu tańczyły trupisze. Lepiej bym sobie tego nie wyobraził.
Spinning In Daffodils Jako, że jestem dziwną osobą, to ten zachwalany utwór bym najchętniej...wywalił z płyty. Jest po prostu nudny, a najciekawszą częścią jest wstęp pianina, który szybko jest zastąpiony gitarą (ach jak mnie wkurwia, że ona nie gra do rytmu!) Trzeci ze statków i najsłabszy. Naprawdę co za dużo psychodeli to niezdrowo.
Konkluzja: Nie wiem czy to jest zbawienie rocka, ale wiem ,że to naprawdę zajebista płyta moich ulubionych muzyków. Minusy? Ciut za dużo Homme'ego w tym (chodzi o wokal, chciałbym , żeby Grohl też pośpiewał na kolejnej - pewnej już -płycie), niektóre za długie utwory, i dwa praktycznie niepotrzebne. Nie daję połówek, płyty w tym rankingu lecą od najgorszej do najlepszej, ale jakbym dawał to by było 9,5. To co panowie, przyjedziecie na Open'era nie?? PROSZĘ!!!
Utwory do obadania:
Scumbag Blues
Reptiles
No One Loves Me & Neither Do I
Mind Eraser, No Chaser
New Fang