Articles

RSS
  • David Lynch - Crazy Clown Time [nierecenzja]

    14 Nov 2011, 01:54 by abattoir_blues

    Psychodela jak w najlepszych kawałkach The Flaming Lips!
    ~ abattoir_blues


    Blogasek nie żyje, profil abattoir_blues jest od jakiegoś czasu zawieszony. Najpierw większe abatłablusowe projekty stały się ważniejsze od śmiesznych recenzji, a potem te większe projekty niemal całkowicie stłamsiło pięć kolokwiów na tydzień. Blogasek nie żyje.

    Ale dzisiaj jestem pijany. I tak nie będę się już uczyć.



    W ostatnim filmie Woody’ego Allena Owen Wilson spaceruje po nocnym mieście lekko podchmielony, w koszuli z podwiniętymi rękawami, z dłońmi schowanymi w kieszeniach. Reżyser zapomniał o słuchawkach w uszach, ale tak, to jest właśnie jeden z tych powodów, dla których ciągle powtarzam, że „O północy w Paryżu” to film o mnie.

    Łapię się na tym, że ostatnio bardzo często słucham muzycznych nowości, będąc, jak to mawiają, pod dobrą datą. Nietrzeźwym będąc. Słuchałem tak nowego Waitsa, który wciągnął mnie na tyle, że zafundowałem sobie z nim prawie czterogodzinny alkoholowy zjazd wzdłuż całego Krakowa. Wróciłem przed ósmą rano. Słuchałem tak nowej Florence + the Machine. Spod Kopca Kościuszki dotarliśmy aż na Prokocim, ale Ceremonials w żaden sposób nie zdołała mnie poruszyć, co świadczy fatalnie albo o niej, albo o mojej ówczesnej kondycji. Dzisiaj słucham nowego Lyncha. I naprawdę się cieszę, że nie zabrałem się za niego na trzeźwo.

    Fever Ray spotyka Davida Lyncha. Umawiają się, że Karin weźmie i pobruszy, a on zrobi wokale.

    Nie miałem pojęcia, czego właściwie powinienem się po tej płycie spodziewać. Reżyserowi tym łatwiej było mnie zaskoczyć, chociaż prawda jest taka, że materiał na Crazy Clown Time nie różni się stylistycznie od tego, co można było usłyszeć na współtworzonym przez Lyncha albumie Dark Night of the Soul (So Glad czy I Know właściwie kopiują klimat utworów z tamtej płyty). Nieziemsko przestrzenne brzmienie, gęsta atmosfera. Jednostajne (niestety zbyt mało różnorodne - największa wada longplaya) wokale przepuszczane każdorazowo przez vocodery, syntezatory mowy znane chociażby z Sheep Pink Floyd (patrz. Strange And Unproductive ThinkingLord is my shepherd…?). Transowe rytmy przywodzące na myśl muzykę popularną sprzed kilku dziesięcioleci. Obojętna na wszystko perkusja, przerażająca wcale nie mniej niż ta w King Lupus brytyjskiej grupy Crippled Black Phoenix. Tu i tam (Noah's Ark, The Night Bell With Lightning) pojedyncze pomruki rozwibrowanej gitary. Zło, szaleńcy, wilkołaki i zagubiona autostrada.

    Dzisiaj, może jutro, może w przyszły piątek – zanim wyjdziecie na domówkę, do klubu czy na czyjeś urodziny – zgrajcie Crazy Clown Time na swoje odtwarzacze. O trzeciej w nocy, kiedy już pożegnacie się z resztą imprezowiczów, zbiegając po schodach na zimną ulicę, włączcie sobie Pinky's Dream, przesycony erotyzmem i mrokiem duet z Karen O (Yeah Yeah Yeahs). Przejdźcie się po mieście. Idźcie powoli, idźcie pustymi chodnikami (uważajcie na pijanych łobuzów!), idźcie tam, gdzie samochody nie zakłócają odbioru muzyki. Idźcie cichym miastem, idźcie wzdłuż ciemnych drzew. Słuchajcie nowego Lyncha. Jeśli macie odwagę.*



    David Lynch - Crazy Clown Time [bez oceny]

    Nie oceniam tej płyty, ponieważ:
    a) jestem pijany
    b) słucham rzeczy po raz pierwszy w życiu
    c) i tak bym nie potrafił

    * patos (estetyka) - polega na ukazywaniu zjawisk o charakterze monumentalnym i wzniosłym, o wysokich walorach uczuciowych powodujących stany napięcia emocjonalnego u odbiorców
  • Nosowska - 8

    9 Oct 2011, 11:59 by Camel_85

    Nosowska8

    [camel]
    ocena: 8/10

    Szósta (piąta autorska) płyta Kasi Nosowskiej uświadamia mi, że ostatnimi czasy wolę solową twórczość tej pani, niż z Heyem. Heyowi przez ostatnie lata zdarzały się płyty słabsze (Music music) i przeciętne (Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!) podczas gdy trzy ostatnie wydawnictwa Nosowskiej są świetne – zaczynając od przebojowego "UniSexBlues" poprzez klimatyczną płytę z piosenkami Agnieszki Osieckiej, a na najnowszej "8" kończąc.

    Kasia na tym albumie jest taka jaką znamy od lat – neurotyczna, depresyjna i mroczna. Z jednym wyjątkiem – wieńczącym całość O lesie. Piosenki, poza kilkoma wyjątkami (Daj Spać, Nomada, Ziarno, O lesie) utrzymane są w balladowych klimatach. Nowością są pojawiające się gdzieniegdzie smyczki, klarnet, trąbka i saksofon, które świetnie urozmaicają brzmienie płyty. Tematyka tekstów jest różnorodna. Jest o miłości (Rozszczep, Nomada, Tętent), przyrodzie (Pa, Ulala, O lesie), Bogu (Kto?) i nudzie (Czas). Dla wszystkich, którzy dość mają „smutnej Nosowskiej” album kryje niespodziankę – wspomniany wyżej utwór O lesie, w którym Kasia kreśli wizję lasu, w który „wślizguje się źdźbłem złotym, ostatnim” gdzie „pasą się mgły”, a o „poranku rosa lśni” po czym zachęca nas byśmy porzucili miasto i tam poszli. Powtarzane słowa „musisz tu przyjść” pozostają w głowie jeszcze długo po wybrzmieniu ostatniego dźwięku „8” i pozostawiają słuchacza w poczuciu dobrze spędzonych 46 minut, bo tyle trwa ten album. Trio Nosowska-Macuk-Bors znów potwierdza klasę i każe czekać na dalsze efekty swoich działań. Jedyne moje zastrzeżenia budzi bardzo ascetyczna oprawa graficzna – począwszy od okładki (do której solowa Nosowska jakoś nie ma szczęścia), a na książeczce kończąc (teksty wydrukowane na czarnym tle, bez wspaniałych zdjęć wykonanych przez Anię Głuszko-Smolik, dostępnych choćby na stronie artystki).

    Reasumując to kolejna bardzo dobra płyta Nosowskiej, pokazująca, że Kasia nie ma sobie równych w pisaniu tekstów i ich interpretacji. Tym, którym mało pozostaje czekać na trasę promującą album oraz nowy album Heya, który ma się ukazać już w przyszłym roku.
  • Adele - 21 [nierecenzja]

    20 Sep 2011, 21:56 by abattoir_blues

    Ale smuci ta kobieta. Włącz to takie ładne hiszpańskie, co miałeś.
    ~ Justyna




    Oglądamy „W samo południe”, podobno antywestern. Ktoś wciska play, wszyscy przysuwają się jak najbliżej biurka i dojadają ostatnie kanapki, a na wyświetlaczu laptopa rozpoczynają się pomału napisy początkowe. Młody Lee Van Cleef siedzi na skałach i po kowbojsku obgryza paznokcie, w tle ktoś śpiewa płaczliwie Do Not Forsake Me, Oh My Darlin.

    Do not forsake me, oh my darlin’
    On this our wedding day


    - Czemu to właściwie ma być antywestern? – pytam.

    Do not forsake me, oh my darlin’
    Wait, wait along


    - No zobaczysz. Po filmie ci powiem.
    Czekamy. Lee Van Cleef też czeka. Po krótkiej chwili siedzi już w towarzystwie drugiego kowboja, hipsterskim zwyczajem zwijającego sobie papieroska, a gdzieś na horyzoncie pokazuje się sylwetka jeźdźca numer trzy.

    I’m not afraid of death, but oh,
    What will I do if you leave me?


    - O, widzisz, już ta piosenka jest antywesternowa – zauważa Ania. – Prawdziwy kowboj nigdy w życiu by tak nie zaśpiewał.
    - A jak zaśpiewałby prawdziwy kowboj? – chcemy wiedzieć.
    Ania zastanawia się tylko przez krótką chwilę.
    - „Jeśli mnie zostawisz, to nic mi się nie stanie”.

    ------------------------------------------------------------------------------------------------

    Chociaż piosenka prawdziwego kowboja do dziś bawi mnie z taką samą mocą, nigdy nie przestałem się zastanawiać nad tym, jak faktycznie mógłby brzmieć podobny utwór. W zeszłotygodniowym konkursie poprosiliśmy czytelników o propozycje ballad ich zdaniem najzgrabniej korespondujących z hasłem „jeśli mnie zostawisz, to nic mi się nie stanie”. Spośród licznych odpowiedzi, jakie pojawiły się w skrzynce pocztowej redakcji, wybraliśmy wreszcie tę najlepszą.

    Zwycięską pracę nadesłała Adele z Londynu; swoim utworem Someone Like You, w którym śpiewa „nvm, I’ll find someone like you”, wygrywa dziesięciodniową wycieczkę do słonecznego Maroka, a także promocję najnowszego albumu, 21, na bardzo popularnym lastefemowym blogasku. Gratulacje!


    Maroko. Robi wrażenie, co nie.

    Uwaga! Jeśli przychodzi Ci do głowy piosenka nawiązująca treścią do hasła konkursowego "jeśli mnie zostawisz, to nic mi się nie stanie”, wal śmiało w komentkach! Będzie mnóstwo nagród!

    ------------------------------------------------------------------------------------------------

    Wszyscy znamy Adele. Wokalistka jest w radiu, w centrach handlowych i w internetach, a już zwłaszcza – nie mówcie, że nie - na Waszym fejsbuku. Dlaczego, zapytacie, teraz pojawia się także w abatłablusowym dzienniczku? Bo nie wszyscy znamy jej płyty. A te są wcale smaczne. Dzisiaj bierzemy na widelec drugi longplay artystki; longplay, który okazał się być za dobry.

    Pierwszy, wydany w 2008 roku album Brytyjki w żaden sposób nie zapowiadał tragedii. Swobodna, eklektyczna mieszanka popowo-soulowych balladek zyskała uznanie krytyków i odniosła spory sukces, a ja, jako osoba niezainteresowana, w ogóle nie dowiedziałem się o jej istnieniu. Bardzo zdrowo. Niestety, trzy lata później zdolna wokalistka wydała album lepszy i bardziej dojrzały od debiutanckiej 19-stki. Zachwyciła skalą głosu, dobrymi melodiami, świetnie zmontowanym teledyskiem do pierwszego singla. Zarejestrowała utwory, o jakich zawsze myśleliśmy, marudząc, że w radiu powinni puszczać porządną muzykę. Radio faktycznie zaczęło te utwory puszczać. I to był mniej więcej początek wspaniałej katastrofy, pierwszy przerzut nowotworu popularności, który teraz systematycznie zżera wszystko to, co w kompozycjach i kameralności Adele najpiękniejsze. Jestem pewien, że dostrzegacie paradoks.

    21 to bardzo przyjemna płyta, która od momentu swojej premiery w styczniu 2011 stopniowo obdzierana jest ze swojego wdzięku. Przebojowe Rolling in the Deep dawno przestało być atutem albumu, bo od prawie roku słyszymy ten utwór w absolutnie każdym sklepie i w każdej stacji radiowej. Zadziorne Set Fire to the Rain (łłłłaacz it burn!) już wkrótce podzieli los pierwszego singla, a i ładne Someone Like You zaczyna być coraz trudniejsze w odbiorze nawet dla mnie, który Adele po raz pierwszy usłyszał dopiero w połowie maja. Ale chociaż największe hity stopniowo odstrzeliwuje i obrzydza nam radio, to przecież na końcu pozostanie jeszcze sześć czy siedem przyjemnych, soulowych tudzież bluesowych piosenek, które wciąż warte będą odsłuchu. Pozostanie Lovesong, naprawdę magnetyczny cover The Cure, pozostanie One and Only, pozostanie He Won't Go. Zwyciężymy, bo mamy coś, czego medialny Voldemort nie ma.

    Adele wciąż się rozwija i nie ulega wątpliwości, że jeszcze o niej usłyszymy; sztuczka polega na tym, żebyśmy nie słyszeli zbyt często. Thom Yorke zrezygnował z ładnych melodii po przytłaczającym sukcesie rejdjohedowego OK Computer. Mark Knopfler wycofał się z instytucji Dire Straits, kiedy rosnąca popularność zaczęła być dla niego coraz bardziej uciążliwa. Żaden z nich na dobrą sprawę nie musiał robić ani tego, ani tego, ponieważ ich sztuka nie była zagrożona. Twórczość Adele jest natomiast w bardzo realnych tarapatach i jeśli Brytyjka nie zdecyduje się na odejście od popowych przebojów, to jej muzyka znowu na tym ucierpi. Osobiście zalecam dużą dawkę bluesowo-jazzowej chemioterapii i żadnych teledysków przez najbliższe trzy lata.

    Adele - 21 [7/10]



    -- Czy wiesz, że? -------------------------------------------------------------------------

    ...nie może być tak, żeby tekst o Adele nie był powiązany z Amy Winehouse? Trolololo.

    ------------------------------------------------------------------------------------------------
  • Gazpacho - A Night At Loreley [nierecenzja]

    6 Sep 2011, 03:31 by abattoir_blues

    Dawno nie dokuczałem Gazpacho. Jaka jest ich koncertówka z 2010, A Night At Loreley? Dzieci wiedzą lepiej.

    Na początku lipca zeszłego roku grupa Gazpacho wystąpiła jako jeden z headlinerów niemieckiego festiwalu Night of the Prog w Loreley. Koncert został zarejestrowany, a następnie wydany pod tytułem A Night At Loreley i jestem zupełnie pewien, że gdybym posługiwał się jego skrótem, to miałbym teraz dużo, duuużo więcej trafień w google.



    Jako że stosunek autora do muzyki Gazpacho jest powszechnie znany, w trosce o obiektywną ocenę wydawnictwa wybraliśmy się do Zespołu Szkół im. Józefa Piłsudskiego w Koniecpolu, gdzie dzieciaki ze Szkoły Podstawowej i Gimnazjum nr 2 opowiedziały nam, co sądzą o koncercie Norwegów.

    Marek, 15 lat
    Bardzo dobry koncert, muzycy z Gazpacho naprawdę zręcznie wybrali setlistę – jest cały materiał z Tick Tock, prawie wszystko z piątego albumu zespołu, do tego Bravo, Snowman i When Earth Lets Go. Wybór repertuaru zdecydowanie na plus.

    Damianek, 8 lat
    Tata mówi, że Loreley to taka wysoka skała w Niemczech. Ja bym się trochę bał grać na skale.

    Kasia, 11 lat
    Ja właściwie nie znam zespołu, ale mogę powiedzieć, że gazpacho to taka hiszpańska zupa z surowych warzyw. Czytałam, że zazwyczaj wrzuca się do niej pomidory, paprykę, czosnek i drobne kawałki chleba. Raz spytałam mamy, czy nie moglibyśmy mieć kiedyś na obiad gazpacho, ale mama powiedziała, że to właściwie taka śląska wodzionka, tylko z pomidorami, i żebym kończyła rosół, bo zaraz podaje drugie danie.

    Majka, 14 lat
    Mogłaś powiedzieć mamie, że wodzionkę podaje się na ciepło, a gazpacho zazwyczaj na zimno. Chodzi o to, że w Hiszpanii jest strasznie gorąco i oni tam nie lubią ciepłych dań. Założę się, że rosołu to by nie zjedli.

    Robercik, 7 lat
    Mój starszy brat mi opowiadał, że w Hiszpanii jest 50 stopni Celsjusza temperatury, a on wszystko wie.

    Michałek, 12 lat
    Pamiętam, że latem było prawie 30 stopni i nie dało się wytrzymać z gorąca. Tam nie może być aż tak dużo!

    Ania, 7 lat
    Ale Hiszpanie mają takie specjalne zbiorniki z zimną wodą pod skórą i ta woda ich chłodzi. Tylko nie mogą jeść rosołu, bo jak im tam nawlatuje gorącej zupy, to się cali gotują i są wtedy bardzo chorzy.

    Robercik, 7 lat
    Mój starszy brat nic mi o tym nie mówił, a on jest już w gimnazjum i jest bardzo mądry. Na pewno by tego nie pominął.

    Marcyś, 13 lat
    A ja myślę, że to jest tak samo jak z tą zasadą, że przy jedzeniu się nie rozmawia, bo jedzenie wlatuje nie tam, gdzie trzeba. Wtedy człowiek się krztusi, mówi, że „poszło mu w gaźnik” i wszyscy się z niego śmieją.

    Karolina, 12 lat
    Ja widziałam DVD z koncertu Gazpacho i tam jest bardzo dużo świateł i takie ładne, pastelowe kolory.

    Krzysiek, 16 lat
    A ja mam uwagi innego rodzaju. Kto, ja się pytam, rozbija concept album i robi z niego miniserial na HBO albo film dla Polsatu, przerywany reklamami w postaci całkowicie bezsensownych wstawek typu: „here’s the rest of the story”, „how are you?”. Bohater szóstego longplaya zespołu idzie sobie przez pustynię (The Walk (Pt. 1) i The Walk (Pt. 2)), ale musi przerwać swoją wędrówkę, bo Jan Henrik Ohme, wokalista Gazpacho, chce coś powiedzieć. To tak, jakby w 14 minucie Echoes David Gilmour przerwał grę, zaśmiał się rubasznie i zawołał do mikrofonu: „Teraz mi się przypomniało! Nie uwierzycie, jaką mieliśmy przygodę w drodze z lotniska!”, a Richard Wright, świeć Panie nad jego duszą, nachylił się nad swoim Hammondem i dorzucił: „Ha! Wciąż mnie jeszcze brzuch boli ze śmiechu. Opowiedz im, Dave!”. Trzeba chyba być totalnie zje… hejże, nie skończyłem! JA JESZCZE MÓWIĘ…!

    Asia, 13 lat
    Krzysiowi chyba chodzi o to, że to tak, jakby zespół sam przyznawał, że ich concept albumy nie tworzą monolitu. Lubię to słowo, „monolit”.

    Paweł, 16 lat
    Ja skasowałem album z dysku, bo chciałem ściągnąć coś innego.

    Monika, 10 lat
    Dokąd tamta pani zabiera Krzysia?

    Kinga, 11 lat
    Jadłam kiedyś gazpacho, na wakacjach. Bardzo smaczne.

    Ola, 13 lat
    Z tą nazwą zespołu to nie chodzi przede wszystkim o zupę, tylko o taki utwór Marillion z płyty Afraid Of Sunlight, Gazpacho. Obie grupy się bardzo lubią i nawet kiedyś razem koncertowali, no a jak panowie z Norwegii nie wiedzieli, jak się nazwać, to któryś powiedział, że ich starsi koledzy po fachu mają super tytuły piosenek.

    Grześ, 14 lat
    Muszę dokładnie przesłuchać Night, ten kawałek Upside Down jest naprawdę fajny. I Massive Illusion też nie w kaszę dmuchał.

    Daria, 10 lat
    W Massive Illusion pan robi takie groźne „hou-ouu!”

    Łukaszek, 14 lat
    Grzesiu, a żałuj, że na koncercie nie zagrali Valerie's Friend, piosenki z taką ciepłą gitarką na początku. Później kawałek się rozłazi, ale tato mawia, że tak jest z każdym utworem zespołu, a tamten wstęp jest w porządku.

    Gosia, 15 lat
    Ja przygotowałam referat na szóstkę, temat to „Jan Henrik Ohme jako wspaniały przykład całkowitego braku charyzmy i osobowości scenicznej, zapis obrazu koncertu A Night At Loreley najnudniejszym DVD dekady”, chcecie posłuchać?

    Kasia, 12 lat
    Pan Ohme tak ładnie gestykuluje, jego ręce tańczą w rytm muzyki! Myślę, że ten pan bardzo przeżywa swoją muzykę. Albo wypił cztery puszki piwa, tak jak ostatnio Paweł. On też się wtedy tak śmiesznie poruszał.

    Pani Irenka, 46 lat
    Hej Pawle, hejże Pawle!

    Radek, 13 lat
    Apel z okazji Światowego Dnia Wody był ciekawszy niż Gazpacho na scenie. Nie mówiąc już o tym, że dzięki niemu zerwaliśmy się z klasówki z przyrody.

    Daria, 12 lat
    A jak były Walentynki, to nawet były konkursy, to już w ogóle. I dostaliśmy wiśniowy kisiel i lizaki w kształcie serduszek!

    Patryk, 16 lat
    Obejrzyjcie sobie lepiej, wiecie, DVD Led Zeppelin. To jest koncert.

    Gazpacho - A Night At Loreley [5/10]

  • Karen Elson - The Ghost Who Walks [recenzja]

    5 Jan 2011, 21:20 by abattoir_blues

    Mężu, nagramy dzisiaj płytę? Obiecałeś!
    Luz.




    Już jakiś czas temu powróciła na rynku muzycznym moda na brzmienia retro i rozwiązania kompozycyjne nawiązujące do lat 50. czy 60. Słychać to w przebojach gwiazdek pop, słychać w klubach, gdzie wciąż jeszcze grasuje potwór We No Speak Americano (oparty na przeboju Renato Carosone z roku 1956 - Tu vuò fà l'americano), słychać wreszcie w muzyce rockowej, pełnymi garściami czerpiącej z bluesa i folku twórców sprzed kilkudziesięciu lat – oddać, co cesarskie należy przede wszystkim muzykom takim jak Dan Auerbach z The Black Keys (wśród inspiracji wymieniany głównie wielokrotnie przez niego coverowany Junior Kimbrough) i, nieprzypadkowo, wszechobecny ostatnimi czasy Jack White, współzałożyciel m.in. The White Stripes lub The Raconteurs. Na fali wspomnianego trendu postanowiła wypłynąć druga żona gitarzysty z Detroit, modelka Karen Elson, a żeby było ją lepiej widać na zatłoczonej plaży rynku fonograficznego, pożyczyła od męża jego szpanerski czerwono-biało-czarny surfing analogowego brzmienia i amerykańskiej tradycji. Z taką deską pod pachą każdy początkujący artysta ma już na starcie zapewnioną skoncentrowaną uwagę otoczenia, a jeśli w procesie nagrywania płyty macza palce najbardziej rozpoznawana rockowa osobistość dekady i specjalnie w tej intencji wytacza jeszcze tak genialnego muzyka jak Jack Lawrence – brzmi to wszystko dość odpowiedzialnie.

    White’owi należy się za produkcję duży, wilgotny buziak od żony - album ma ciepłe, leniwe brzmienie i zgrabnie oddaje klimat Stanów sprzed kilkudziesięciu lat. Korzysta na tym Karen, bo o ile jej warunki wokalne nie są może zbyt imponujące, to w tej konkretnej stylistyce modelka odnajduje się całkiem nieźle. Raz brzmi odrobinę jak legenda country, Loretta Lynn (przyjaciółka i ulubiona piosenkarka lidera The White Stripes), innym razem (Lunasa) śpiewa eterycznym głosem budzącym skojarzenia z Isobel Campbell, w każdej zaś odsłonie wypada naturalnie i przyjaźnie dla ucha. A różnych odsłon, wcieleń ma Elson wiele – choć na The Ghost Who Walks dominują przede wszystkim folkowe balladki zakorzenione w country, wśród 12 utworów tworzących album znaleźć można również knajpianego bluesa, opowieści o duchach w utworze tytułowym (z klawiszami żywcem zerżniętymi z wyraźnie zainspirowanymi Riders on the Storm The Doors) czy wzorcowego bangera z czasów pamiętających Wielki Kryzys i wynalezienie radaru – 100 Years From Now. Przy takiej muzyce, płynącej ze zgrzytającego gramofonu, Hans Kloss musiał tańczyć z kuzynką Edytą, a Humprey Bogart – ruszać w tany z Ingrid Bergman. Oprócz tego wszystkiego, na płycie pojawiają się też i momenty żywsze, jak Garden, w którym White’owi zdarza się zapomnieć i pobębnić niczym w The Dead Weather, lub Mouths to Feed ze stopniowo nabrzmiewającym napięciem. Ach, jest jeszcze Stolen Roses, namiętnie oskarżane przez krytyków o podobieństwo do Where the Wild Roses Grow – ktoś tu sam się o to prosił, nie wplata się do tekstu linijki I’d go where the stolen roses grow i nie oczekuje się, że nikt niczego nie skojarzy.

    Prawda jest taka, że paru muzyków zaprezentowało się na tej płycie lepiej niż sama Elson, ale nie ma chyba sensu oceniać każdego z osobna – mimo obecności kilku średnio udanych utworów, całość wypada nieźle, a album kołysał mnie do snu podczas wystarczająco wielu nocnoautobusowych powrotów do domu, bym zdążył nabrać do niego pewnego sentymentu. Co nie przeszkadza mi napisać, że The Ghost Who Walks płytą wybitną nie jest.

    Karen Elson - The Ghost Who Walks [5/10]

  • UM! prezentuje: lista najlepszych teledysków sierpnia

    4 Sep 2011, 17:23 by uwalniacze

    MTV is dead, a my nie. Wybraliśmy 15 najciekawszych klipów, które miały swoją premierę w sierpniu. 10 zagranicznych, 5 polskich (m.in. Little Dragon, Kimbra, Alicja Janosz, Julia Marcell, Trupa Trupa) Zapraszamy do oglądania.

    http://www.uwolnijmuzyke.pl/um-prezentuje-lista-najlepszych-teledyskow-sierpnia

    Jeden z klipów, który wybraliśmy:
  • Julia Marcell – “Matrioszka”. Polka wydaje album w niemieckim wydawnictwie

    30 Aug 2011, 10:11 by uwalniacze

    Niebanalnie.

    Julia Marcell tej jesieni wydaje drugą płytę. Właśnie ukazał się pierwszy singiel, który promuje wydawnictwo. “Matrioszka” to specyficzne dla Julii połączenie ciekawych, pięknych i niebanalnych dźwięków z równie niebanalnym obrazem.



    Więcej o płycie tutaj: http://www.uwolnijmuzyke.pl/860-julia-marcell-matrioszka
  • 10 najlepszych płyt pierwszej połowy 2011 roku

    29 Aug 2011, 11:16 by uwalniacze

    Redakcja Uwolnij Muzykę! podsumowuje.

    Przedstawiamy 10 najlepszych (5 polskich i 5 zagranicznych) albumów pierwszej połowy 2011 roku według naszej redakcji. Wśród zagranicznych albumów wyróżniliśmy dwóch debiutantów oraz dwóch wykonawców folkowych, którzy wydali właśnie swoje drugie płyty. Jak widać, ciekawych debiutantów w tym roku nie braknie, a brytyjska elektronika cały czas trzyma się znakomicie. Wciąż jest wiele prawdy w stwierdzeniu, że dubstep oraz to, co się dzieje wokół niego, będzie w najbliższych latach najciekawszym obszarem.

    Polskie albumy:

    1. Twilite – “Quiet Giant
    2. Kyst– “Waterworks
    3. The Lollipops – “HOLD!
    4. Muzyka Końca Lata – “PKP Anielina
    5. Możdżer – “Komeda



    Więcej informacji o zwycięzcach oraz ranking najlepszych zagranicznych albumów znajdziecie tutaj:
    http://www.uwolnijmuzyke.pl/10-najlepszych-plyt-pierwszej-polowy-2011-roku
  • Tom Waits - Bad As Me [zapowiedź]

    28 Aug 2011, 19:45 by abattoir_blues

    Gdybym umiał, napisałbym ten tekst w języku królów. Wyraziłbym swoją radość i ulgę w jakimś wielokrotnie złożonym zdaniu nawiązującym do wydanej aż 7 lat temu ostatniej studyjnej płyty artysty („…a już się mogło wydawać, że nie żartował z tym Real Gone” – no tylko po angielsku; czaicie ten gryps?). Zabawnie sparafrazowałbym tytuł singla i albumu określeniem „badass”, którego – jak babcię kocham – użyłbym w jednym zdaniu z „Tom Waits”. I wreszcie, możecie być pewni, że gdybym umiał po angielsku cokolwiek poza „la gente está muy loca”, rozpocząłbym ten wpis słowami „we have a situation”.



    16 sierpnia na oficjalnej stronie pana Waitsa pojawił się enigmatyczny wpis, a w nim, co następuje:

    There have been rumblings and rumors. New music from Tom Waits, you say? Come to TomWaits.com on Tuesday August 23rd, and Mr. Waits himself will set the record straight.
    Tydzień, który nadszedł po dniu 16 sierpnia, to był ciężki i długi tydzień. Niczym w sienkiewiczowskim roku 1647 – a był to, pamiętamy, dziwny rok – rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały niechybnie jakoweś nadzwyczajne wydarzenia, do redakcji zaś - inaczej niż w "Ogniem i mieczem" - masowo napływały doniesienia o coraz to nowszych kuriozach na terenie całego kraju. Specjalny wóz transmisyjny blogaska opuścił płytę garażu last.fm, by tropić i relacjonować na żywo wszystkie dziwy, jakich świadkami mogliśmy być tego pamiętnego tygodnia. Przypomnijmy teraz niektóre z nich.

    Byliśmy w niewielkim miasteczku pod Częstochową, gdzie pani Ania skarżyła się, że jej syn zaczął odmawiać przyjmowania posiłków.
    - Syn odmawia przyjmowania posiłków! – skarżyła się pani Ania.

    Odwiedziliśmy Kraków, gdzie pan Kazimierz, emerytowany żołnierz, zaprosił nas w nadziei, że - jako potężne medium – nagłośnimy problem, z którym on walczy samotnie już od wielu lat. W ciągu ostatniego tygodnia, jak zwierzył się nam pan Kazimierz po programie, rzecz przybrała na skali.
    - Proszę spojrzeć, tam, nad rzeką. Chleją, znowu chleją! Pan spojrzy, ja dam lornetkę… miodowe piwo siakieś! Cięgiem by tylko pili w chaszczach, studenci, sól ziemi, pff. To już tak było wcześniej, ale… - tu pan Kazimierz spojrzał nieufnie na odtwarzacz mp3, którym rejestrowaliśmy rozmowę, po czym serią zamaszystych gestów poprosił o zatrzymanie nagrywania - …ale ostatnio rzecz przybrała na skali – zakończył szeptem i z zawadiackim uśmiechem pokazał nam swoje granaty hukowe.

    Zajrzeliśmy też na wieś. Pan Wiesław zaraz zaciągnął naszego reportera na podwórko, przystawił sobie otwartą dłoń do ucha i nakazał ekipie pójść za przykładem.
    - Państwo to słyszą? Kogut! O siódmej wieczorem, cholera jasna! Pieje jak mu się podoba, bydlakowi jednemu. A krowa? Zaprowadzę, pokażę. Cały dzień nic nie robi, ino stoi nieruchomo i patrzy na zachód. Weteryniarz był, proszę panów, w środę, to tylko wzruszył ramionami, że przejściowe i że samo minie. Gadał, że krowa „jakby na coś czeka”, no proszę panów, na co może zwierzę czekać? Aż mnie ciśnienie skacze, jak sobie przypomnę diagnozę tego bęcwała, tego szarlatana, bo sobie za nią jeszcze pieniądze kazał dać! Jak żem go wykopał z obejścia, to niech się panowie mojej żonki spytają. Halina! Halina! Opowiedz panom, jak sobie z tym weteryniarzem od Woźniaków poradziłem!

    Tydzień, który nadszedł po dniu 16 sierpnia, to był ciężki i długi tydzień. Fani skarżyli się na trudności z zasypianiem, zwierzęta gospodarskie były niespokojne, a nasz reporter do cna obgryzł paznokcie przy obu wskazujących i lewym serdecznym. A jednak 23 w końcu nastał, a pan Waits, jak obiecał, wyjaśnił parę spraw. Zrobił to we właściwym sobie, zbójeckim stylu.



    Nowy album, Bad As Me, powinien pojawić się na rynku 25 października, ale to na razie jeszcze nic nie wiadomo, bo po tym, jak zepsuliśmy Tomowi niespodziankę, to on sobie to wszystko musi przemyśleć. Album może będzie, a może nie. Dzięki, wiecie?

    Zupełnie nie mam pojęcia, co komukolwiek po surowej trackliście, ale żeby ten tekst chociaż odrobinę, na litość boską, przypominał poważną zapowiedź, to już wrzucę. O, przy okazji podlinkuję każdy kawałek, to później będę miał więcej powiązanych stron! Tak, jestem trollem.

    01. Chicago
    02. Raised Right Men
    03. Talking at the Same Time
    04. Get Lost
    05. Face to the Highway
    06. Pay Me
    07. Back in the Crowd
    08. Bad As Me
    09. Kiss Me
    10. Satisfied
    11. Last Leaf
    12. Hell Broke Luce
    13. New Year’s Eve
    14. She Stole the Blush *
    15. Tell Me *
    16. After You Die *

    Singiel pojawił się równo z zapowiedzią albumu, ale ja jestem już za stary, żeby w ogóle próbować go tu wrzucać - dobrze wiem, że jeszcze przez jakiś czas wszystkie uploady będą konsekwentnie usuwane na prośbę wytwórni. To się nie uda.

    Tom Waits - Bad as Me [25.10.2011]
  • Florence + The Machine - What The Water Gave Me [singiel]

    27 Aug 2011, 21:14 by abattoir_blues

    Florence tańczy, pije wino, słucha On An Island i ogląda obrazy Fridy Kahlo.



    To będzie kolejny ważny rok dla Florence Welch. Po ogromnym i w pełni zasłużonym sukcesie jej uzależniającego debiutu, Lungs, artystka musi się liczyć z równie wielkimi oczekiwaniami i nadziejami pokładanymi w albumie numer dwa. Jeśli nowy materiał nie będzie co najmniej tak mocny jak ten, który zaprezentowała w 2009, to zrobi się nieprzyjemnie i krytycy zaraz radośnie zawołają, że „Florence skończyła się na Kill 'Em All”. Ma to nawet swoją nazwę w środowisku – syndrom drugiej płyty. No trzeba, trzeba udowodnić, że za pierwszym razem nie miało się po prostu farta. Trzeba i już. To trochę jak z tym przysłowiowym słabym uczniem, co to siedział na klasówce za gościem, który codziennie przynosił do domu piątki i szóstki.

    Niektórzy debiutanci wywiązują się z tego niechcianego zadania domowego w naprawdę widowiskowym stylu - chociażby Franz Ferdinand, który swój drugi krążek nagrał jeszcze lepiej niż wychwalany przez krytyków pierwszy i na dokładkę nazwał rzecz „You Could Have It So Much Better”. Inni równie spektakularnie wtapiają – The Killers zebrali baty za Sam's Town, a Cold War Kids już nigdy nie zbliżyli się do poziomu świetnego Robbers & Cowards (no może EP-ka Behave Yourself była blisko, ale jej nie liczymy, bo EP-ki nie mają swoich syndromów). O jeszcze innych artystach od początku wiadomo, że zawieść nie mogą, bo mają coś, czego nie mają pozostali. Właśnie w tej kolumnie wpisujemy Florence i jej głos.

    Sukces komercyjny nowa płyta ma zagwarantowany już na wejściu i absolutnie nic nie jest w stanie tego zmienić. Album mógłby nosić nazwę „Mylo Xyloto”, a na okładce mieć Harleya-Davidsona z głową Welch zamiast kierownicy – nic nie odbierze tej płycie sukcesu i Florence dobrze o tym wie. I pewnie dlatego zdecydowała się promować ją utworem, który wcale nie jest takim znowu oczywistym wyborem na singiel.

    What the Water Gave Me ma nietypową konstrukcję – tam, gdzie zawsze następował jakiś stanowczy fragment do wycia w drodze na autobus („na na na, the dog days are o-o-oooo!”), tam teraz występują kolejno: rozwibrowana struna, którą pokochałem szczerym uczuciem od pierwszego usłyszenia; stanowczy fragment do wycia zakończony co najmniej dwie linijki za wcześnie i - na końcu - kolektywnie odśpiewany refren. Kawałek nie ma może tak prostej drogi do słuchacza, jaką miałoby np. Strangeness and Charm (drugi po Waka Waka (This Time for Africa) utwór w historii muzyki pop, w którego refrenach nie występują tak naprawdę żadne istniejące słowa; również znajdzie się na nadchodzącej płycie, jednak jako singiel jest już, rzecz jasna, spalony), ale aż się boję myśleć, co ta piosenka będzie wyprawiała z ludźmi na koncertach. Ach, te stadionowe bangery.

    Miło słyszeć, że nic się nie zmieniło. Florence nie zapomniała, w jaki sposób robić najlepszy użytek ze swojego głosu, a jej ludzie ze studia znowu dali z siebie 200%, co daje się wyłapać w postaci tak dobrze znanych z debiutu przeszkadzajek czy niepotrzebnych dźwięków. I jeśli znowu będę mógł narzekać tylko i wyłącznie na to, że album jest za dobry albo zdecydowanie przeprodukowany, to naprawdę nie mogę się już doczekać.

    Florence + the Machine - TBA [07.11.2011]