• 5 JAHRE www.RottingHill.at

    3 Dec 2013, 20:58 by Astarot

    WIR FEIERN 5 JAHRE ROTTINGHILL.AT



    RottingHill.at feiert das fünfjährige Bestehen. Im Rahmen dessen, wartet eine unglaublich tolle Verlosung auf euch. Vielen Dank an alle Bands, Labels und Veranstalter. Ausführliche Statements sowie Infos zum großartigen Gewinnspiel findet ihr unter folgendem Link:

    VERLOSUNG / GEWINNSPIEL: http://www.rottinghill.at/articles.php?article_id=286

    Danke an die bands die uns so zahlreich mit Material für die Verlosung versorgt haben:

    Painful
    Waldschrat
    Varulv
    earthrotten
    Leaders of Margor
    Endlos
    Fhoi Myore
    Pestiferum
    Winterblood
    Creature
    No Empathy
    Streams of Blood
    Bode Preto
    Grabnebelfürsten
    Narsil
    CROSSING EDGE
    svarta
    Defilement
    Rotting Empire
    Breed of Scorn
    Norikum
    Proll Guns
    Tulsadoom
    Among Rats
    ACROSS A BLACKENED SKY
    Our Survival Depends on Us
    Dark Reflexions
    Under Destruction
    Svartsorg
    Sakrileg
    Fallen Utopia
  • Download Technical Death Metal

    22 Oct 2011, 23:48 by Nomore13

  • Lost Soul - wywiad z Jackiem Greckim

    19 Feb 2010, 09:55 by shadow_devil

    Czy jest jeszcze jakiś niepoważny fan metalu, który nie słyszał "Immerse In Infinity"? Mam nadzieję, że nie. Płyta, która zbiera świetne recenzje nie tylko na naszym podwórku powinna być lekturą obowiązkową dla każdego, kto ceni sobie dobrą, ciężką muzykę. Jeśli ktoś uważa, że na naszej scenie nie dzieje się nic ciekawego, zapewne nie słyszał tej płyty. Jeśli ktoś uważa, ze w Polsce rządzi Behemoth i Vader, to na pewno nie słyszał nowego albumu Lost Soul. W celu lepszego zrozumienia i rozeznania w temacie, zapraszam do poczytania tego sympatycznego wywiadu z liderem grupy - Jackiem Greckim.



    Witam, zacząć muszę od wazeliny, ale nie ma innej opcji. Absolutnie zniszczyliście nowym albumem! Gratuluję!


    …a dziękuję, dziękuję! Żadna to wazelina, gdy spotkam się z Attilą i pogratuluje mu „Ordo ad Chao” zapewne zrobię to w podobny sposób jak Ty, hehe. Podobnie rzecz miałaby się do Justyny Kowalczyk, Małysza czy innych, którzy zasługują na uznanie. Ważne, żeby umieć się w tym znaleźć, zachować dystans, uśmiech, serdeczność i dobry humor, a jednocześnie świadomie niszczyć muzyką, tekstami, koncertami i wszystkim, co związane z szeroko pojętym działaniem zespołu metalowego.

    Płyta ciągle jest świeża, mimo datowania na rok 2009. Ochłonęliście już po pierwszych recenzjach?

    No tak, płyta będzie świeża jeszcze przez kilka lat, dopóki nie dotrzemy do pierwszej dziesiątki w amerykańskim Bilboard, hehe. Teraz ostro promujemy Lost Soul na zachodzie, o dziwo reakcje są podobne jak w Polsce, więc generalnie recenzenci nie pozwalają nam wyjść z szoku. Dostajemy lepsze recenzje od Nile…więc naprawdę ciężko jest pozbierać się z tym wszystkim. Jednocześnie wiemy, że czeka nas kilka lat ciężkiej pracy. Jest mnóstwo ludzi, którzy nigdy o nas nie słyszeli, ale tym razem mamy wszystko w swoich rękach, fantastyczne wsparcie wytwórni i muzę na niezłym poziomie.

    A propos recenzji. Czy pojawiła się chociaż jedna zła?

    Tak, na szczęście… dokładnie jedna, w Dark Planet dostaliśmy 6/10 bodajże… fajnie, że znalazł się taki, który nie pisze o nas w samych superlatywach, bo przynajmniej nie jest nudno. Mamy jakiś punkt odniesienia. Generalnie, łatwo poznać, kto słuchał przed napisaniem, a kto nie słuchał, hehe.

    Wróciliście z nowym logiem, co niektórzy odbierają jako „nowy rozdział”, chociaż sam przyznajesz, że nie ma to z tym nic wspólnego i nie odcinasz się od przeszłości. Nie da się jednak ukryć, że dzisiejszy Lost Soul to nieco inna maszyna, potężniejsza. Zgodzisz się z tym?

    Kilka razy wspominałem już, że chciałem zmienić logo za czasów "Chaostream", ale wtedy ja byłem inny, zespół był inny… nie ma do czego wracać jeśli chodzi o funkcjonowanie poprzedniego LS. Muzyka, teksty, jak najbardziej. Chociaż sposób pisania liryków przez Adama nie odpowiada mi, nie lubię obrzydliwych metafor, preferuję piękno. Sama tematyka jest mi jednak dość bliska, aczkolwiek ma szerokie podstawy w literaturze. Unikam tego, tworzę z wnętrza, nie patrzę na to, co powstało. Staram się wyznaczać kierunki, a nie kontynuować czyjąś drogę. Samo określenie „nowy rozdział” średnio mi się podoba, jednak niewątpliwie tak właśnie jest, ale to za sprawą nas samych oraz zmian, które we mnie zaszły, jak również za sprawą naszego działania, muzyki… i właśnie muzyka jest tym, do czego należy wracać rozpatrując temat przeszłości Lost Soul.

    Przerwę mieliście całkiem niezłą, dla wielu osób Lost Soul umarło, co było smutne, bo „Chaostream” było zapowiedzią czegoś bardzo dobrego dla polskiego death metalu. Jak na Ciebie wpłynęła ta przerwa i czy czujesz się silniejszy po tych wszystkich problemach?

    Tak naprawdę nie wiedziałem, że jeszcze kiedyś wydamy jakąkolwiek płytę. Patrząc na siebie z boku, chyba najzwyczajniej wydoroślałem. Jestem trochę takim twardzielem, walę prawdę między oczy, chłonę wiedzę, wykonuję to, co mam do wykonania lepiej niż jest to możliwe, potrafię prowokować, być uszczypliwy dla tych, na których może to zadziałać mobilizująco, wzbudzam szacunek. Jednocześnie zachowuję w tym wszystkim siebie, czyli polewka na każdym kroku, ADHD, które udziela się wszystkim moim bliskim, odpowiedzialność, firma, którą prowadzimy z Czajnikiem… Więc chyba przerwa wpłynęła na mnie dobrze, bo przy tym wszystkim potrafię stanąć obok siebie i opowiedzieć ze spokojem o tym, jak się czuję, jak działam i jak mi się z tym żyje, hehe.

    Co robiłeś w tym okresie pomiędzy „Chaostream”, a „Immerse In Infinity”?


    Przede wszystkim zająłem się remontem mieszkania i firmą. Przez półtora roku w ogóle nie grałem na gitarze. Można powiedzieć, że naprawiałem słabe ogniwa w swoim funkcjonowaniu. Uzupełniałem braki wychowawcze i światopoglądowe, hehe.


    Czy aktualny skład Lost Soul jest stabilny, wystarczająco mocny, by pociągnąć temat?

    Zdecydowanie tak. Nie ma między nami barier, tylko zdrowy dystans i wzajemny szacunek. Zapieprzamy muzycznie i pozamuzycznie, pomagamy w promocji, każdy ma mocniejsze strony, którymi wspiera pozostałych. Jesteśmy świetnymi kumplami, więc jest wyśmienicie, jeśli chodzi o stronę towarzyską. Jeśli Bart zrobi dobrze swoją robotę, będziemy na topie. Z dnia na dzień wierzę w to co raz mocniej.

    Niektórzy określają Cię „drugim Wiwczarkiem”, głównie dlatego, że jesteś absolutnym liderem Lost Soul, który o wszystkim decyduje. Sam zresztą przyznajesz, że to Twój zespół i wszystko w nim zależy od Ciebie, a reszta ma Cię słuchać. Twoim zdaniem to najlepsze wyjście dla Lost Soul? Czy inni muzycy nie mają z tym problemów?

    Inaczej. Do mnie należy ostatnie słowo, każdy ma swoje zdanie, z którym muszę się liczyć, jesteśmy kumplami, nie jest tak, że: Grecki – szef, reszta – robole…wszyscy zasuwamy na ten zespół, w większym lub mniejszym stopniu. Z drugiej strony „Immerse in Infinity” gada tak jak gada…chyba nawet całkiem nieźle, więc w kwestii muzycznej chłopaki mają zaufanie do mojej niezdrowej wyobraźni. Więc generalnie nie ma żadnych problemów, jest wesoło, kreatywnie i obowiązkowo. W przeszłości kapeli działanie zespołowe nie zdało egzaminu. Lider w zespole musi być. Nergal też nim jest, a funkcjonowanie Vader to ich wewnętrzna sprawa. Poza tym jest wielka różnica w postrzeganiu nas przez wszystkich, którzy nie znają nas osobiście, a garstką naszych znajomych, którzy są z nami blisko… i niech tak zostanie, trochę prywatności i nam się należy. Wróćmy do konkretów.

    „Immerse In Infinity” to płyta monumentalna, bardzo rozbudowana. Jak długo nad nią pracowałeś i jaki wkład w album mieli pozostali muzycy?

    Główny proces komponowania trwał 2 tygodnie. Kawałki takie jak „Revival”, „If the dead can sapek”, „One step too far”, „Breath of Nibiru” i „Simulation” od samego początku zachowały strukturę, którą dziś słyszymy na płycie. W „Personal Universe” i „Divine Project” miały miejsce niewielkie zmiany, natomiast „216” powstało wówczas w nieco innej formie niż dziś. Tuż przed wejściem do studia podczas pisania tekstów, dokończyłem ten numer i z upgrade’owałem „Personal” i „Divine Project”. Czajnik i Desecrate mieli udział w aranżacjach tego ostatniego. Reszta muzyki metalowej, zawartej na „Immerse” to moja sprawka.

    Zgodzisz się z tym, że to najlepszy album Lost Soul? Czy poza wartością muzyczną ma ten album dla Ciebie jakieś szczególne znaczenie?

    Jasne, to nasz najlepszy krążek i ma dla mnie ogromne znaczenie. Ten album zadedykowałem kobiecie chorej na raka, w której zakochałem się kilka lat temu. Niestety jej choroba uniemożliwiła nam wspólne życie. Chyba już wszystko jasne, hmm?

    Całkiem niedawno, w jednym z wywiadów, wspomniałeś, że są plany wznowienia starych płyt Lost Soul. A ponieważ podobno nie jesteś zadowolony z brzmienia „Ubermensch”, to czy wraz ze wznowieniem można liczyć na ponowne nagranie tamtej płyty?

    Działamy. Nic nie powiem. Niespodzianka.

    Na forum Lost Soul znalazłem dosyć ciekawą rzecz, a mianowicie, że w ogóle nie zapisujesz swoich kompozycji, bo zwyczajnie się nie znasz na tym, więc jedziesz z pamięci. Stary jak Ty to wszystko składasz do kupy? Nie gubisz się w tym? Przecież „Immerse…” to monstrum.

    Jedyne z czego korzystam to nazywanie/zapis riffów w postaci: Zło - 4 kółka, popierdoleniec - 3,5 kółka, okrutny rozpierdol – 2 kółka z inną końcówką, refren, przedrefren, zwrotka, przedzwrocie, główny, solo - 8 razy, siejący zniszczenie - 6 kółek itp. Zapisuję sobie na kartkach kolejność, zmienione końcówki, różnice w riffach powtarzających się kilkakrotnie w utworze i tak właśnie je nazywam, żeby skojarzyć na następny dzień. W sumie czy to coś wielkiego? Myślę że jest mnóstwo lepszych ode mnie… Oczywiście niejednokrotnie zapominam całą kupę fajnych riffów, ale co tam. Raz się żyje, hehe. Poza tym nie jestem komputerowcem, kumam te wszystkie programy, ale z daleka. Co innego Domin, on jest Master jeśli chodzi o programy, czy sprzęt. I bardzo dobrze, dzięki niemu jesteśmy mocniejsi. Ach, zapomniałem, jeszcze jest nazwa: bajerek, np. w „216” po minucie muzyki jest „bajerek” hehe.

    Słychać, że ta płyta ma klimat, co w death metalu nie jest łatwe. Czy komponując miałeś na uwadze, by każdy utwór miał tą atmosferę, czy wynikało to po prostu z Twojego stylu i sposobu postrzegania muzyki?

    Raczej to drugie. Nie komponuję na siłę. Myślę o tym, żeby wszystko siedziało. Jestem old schoolowcem, ale mamy do cholery 2010 rok! Nie wyobrażam sobie siebie postępującego jak kreatorzy mody. Powrót do lat 60-tych, a potem 80-tych. Nigdy. Jeśli już, to należy zachować ducha przeszłości i pracować nad czymś nowym, nowoczesnym, nad czymś - co najmniej - na czasie. Mam pewne preferencje muzyczne i między innymi tym kieruję się tworząc. Gdyby wsłuchać się wielokrotnie w każdy utwór LS od samego początku, można znaleźć tą specyficzną atmosferę w każdym kawałku. Ale to tylko MOJE ZDANIE, nauczyłem się to podkreślać, bo czasami gdy nie użyje się tych magicznych słów, mały procent społeczeństwa gotowy jest pomyśleć, że wypowiadam się w imieniu babci, wujka albo sąsiadki.

    Skąd pomysł, by wyjechać z kongami w „Simulation”?


    Raczej z makówki, jak Pomysłowy Dobromir, paskudna bajka, hehe…ale tak. Poważnie, po prostu wymyśliliśmy, że tak będzie. Czajnik z Lukasem wbili bębny, ja poskładałem, a Szevcu dołożył resztę i jest. Simple.

    Czy przy tworzeniu utworów na „Immerse…” byłeś czymś silnie zainspirowany? W ogóle co inspiruje dzisiaj Jacka Greckiego do tworzenia muzyki?

    Wiesz co… nie wiem… inspiruje mnie chyba to samo, co zawsze. Po stworzeniu jakiegoś albumu, zrobić co najmniej dwa razy lepszy. Tak już mam, to jest silniejsze ode mnie. Klimat całości tworzy mi się w głowie samoczynnie. „Immerse in Infinity” jest dla mnie jak drugi debiut. Dopiero zacząłem swoją misję. Będzie Masakrycznie, czuję to, wiem to i tak musi być. Kropka.

    Teksty to rzecz naprawdę niezła, świetnie pasująca do całości. Pisanie przychodzi Ci z łatwością, czy musisz toczyć ze sobą walki, by to miało ręce i nogi? Wiem, że piszesz też poezję, dlatego ciekawi mnie ta kwestia. Wiesz, żeby powstał dobry wiersz, to trzeba najpierw nieźle się nad nim napocić. Jak było w przypadku liryków do nowej płyty?


    Piszę o tym, o czym chcę pisać, o tym, czym chcę się podzielić. Jeśli jest już czas na pisanie, idzie jak z pyty strzelił. Nie wiem czy jakiś z tekstów na Immerse powstawał dłużej, niż dwa dni. Wtedy potrzebuję przerwy na ogarnięcie się i można cisnąć dalej. Najważniejsze, żeby przyszedł odpowiedni moment, podobnie jak z muzą. Mam mnóstwo pomysłów, ale jeszcze nie jest ten czas, by siąść i je składać, by wpaść w taki twórczy amok.. no… jakoś tak to się dzieje.

    Nowa płyta niszczy, jest pięknie wydana, do tego wchodzi nowy merchandise, który prezentuje się naprawdę fajnie i profesjonalnie. Wszystko cyka jak trzeba. Czy Lost Soul jest wreszcie w tym miejscu, w którym chciał być i w którym powinien być wcześniej?


    Zmierzamy do tego ciężką pracą, dystansem, kreatywnością i szlifowaniem talentu, kolejność przypadkowa. Bart – właściwy człowiek na właściwym miejscu. Grecki, koleś, który się zmienił, mocno popracował. Kumple z zespołu nie ograniczają, tylko motywują, inspirują, wspierają. Wszystko cyka jak trzeba, tak jest. Teraz musimy stale podwyższać poprzeczkę, nie możemy stać w miejscu, bo to równoznaczne z cofaniem się, ale potrzeba czasu, wytrwałości, cierpliwości, zdrowia i odporności. Chemia jest – to 99% sukcesu.

    Długie kawałki na płycie to rezultat Twojej woli, czy po prostu tak wyszło?

    Tak wyszło, nic nie było na siłę, ale na Wolę mamy wpływ, więc można to odbierać wieloznacznie.

    Miałeś pełną wizję tego albumu jeszcze zanim zabrałeś się za kompozycje, czy po prostu złapałeś za gitarę i zacząłeś coś kleić?

    Miałem pewien zarys, ale w miarę pracy nad albumem ta wizja ulegała zmianie. Zauważyłem, że mam coś takiego: Wyobrażam sobie muzykę, czuję ją w sobie, siadam, gram i sprawdzam, czy to jest tak jak czuję, czy jeszcze nie. To odczuwanie zmienia się w czasie. Gdy już zaskoczy, kawałki wyrastają jak grzyby po deszczu. Jest pewien obraz szkieletu. Wiem jakie mają być bębny. Wystarczyło jednak kilka prób z Desecrate’m, żeby mój obraz płyty zmienił się o 180 stopni, potem doszły teksty i znów wyobraźnia zadziałała inaczej, sample, solówki… wszystko to zmienia się we mnie automatycznie i naturalnie. Tak to chyba jest i dobrze mi z tym, że mogę świadomie o tym opowiadać.

    Czy gdy nagrywaliście album, przeczuwaliście, że robicie coś wyjątkowego, coś, co porazi wszystkich wokół?

    I tak i nie. Dopóki nie odczujesz reakcji odbiorcy, tak naprawdę wszystko może się zdarzyć. Możesz czuć, że robisz coś fajnego, a ludzie zmieszają to z błotem. Miałem stracha, ale tylko głupcy się nie boją. Z drugiej strony mamy pewne gusta muzyczne, wiedzę o muzyce, odrobinę talentu, doświadczenie… wiemy jak działać. Do tego jeszcze ten tajny pierwiastek wewnętrzny, który pojawił się we właściwym czasie.

    Jak się album przyjął poza Polską?

    Fantastycznie. Znajomi z czołowych kapel piszą do mnie, że Immerse wyrwał ich z butów. Mamy fantastyczne recenzje, pełne pozytywu wywiady, co raz większe wsparcie. Sami też tworzymy coś w rodzaju Teamu, naszych fanów, przyjaciół mieszkających na kilku kontynentach. Dostarczają nam potrzebnych informacji, promują nas tak jak potrafią najlepiej. Wierzę, że efekty będą wymierne.

    Chyba nie macie zastrzeżeń do Witching Hour jeśli chodzi o pomoc w promocji?

    No gdzie? To, co robi Agnieszka i Bartek przechodzi ludzkie pojęcie. To jest ICH FIRMA, nie są zatrudnieni u kogoś tak jak te balasy z Wicked World. Pracują na siebie. Podsumowując temat: my jesteśmy od działań bardziej podziemnych, bezpośrednich, fanowskich, Witching Hour działa globalnie na poziomie biznesowym, czyli dystrybucja, licencje, reklamy, recenzje i wywiady w największych magazynach na zachodzie, m.in. Legacy, Terrorizer, Metallized, Metal Hammer i wiele innych. Pilnują, żebyśmy byli wszędzie. Ludzie muszą nas poznać. Do tej pory to było naszą największą bolączką. WHP inwestuje, bo wierzy. Wierzy, więc inwestuje. Jak z kobietą – żeby wyjąć, trzeba włożyć – to słowa Barta… i wszystko jasne.

    Szykuje się trasa z Rotting Christ po Polsce, a potem uderzacie na Warszawę ponownie u boku Greków, oraz morderców z Bolt Thrower. Jakie są Wasze oczekiwania? Z Rotting Christ miałeś już okazję grać, lubisz z nimi koncertować?

    W to, że publika dopisze, chyba nikt nie wątpi, dwa miesiące do trasy a chemią zalatuje na setki kilometrów! Dostaję dużo maili od ludzi, którzy nie mogą się już doczekać. My też nie możemy. Szykujemy się bardzo ostro w kwestii dźwięku. Nie damy rady kupić wszystkiego, co chcielibyśmy, ale w kwestii soundu powinno być nieźle, jeśli tylko dźwiękowcy sceniczni dopiszą. Przy specyfice naszej muzy musimy choć trochę słyszeć się na scenie. Jeśli tak będzie, to z naszej strony powinno być zabójczo! Dźwiękowiec od przodów będzie ten sam na całej trasie, więc tylko trzymać kciuki, żeby wszystko zagrało. Cel jest jeden. Rozpierdolić kosmitów w drobny mak! Propagować Kapitana Bombę i wygrywać z Rotting Christ w piłkarzyki. Bracia Tolis to twardzi zawodnicy, ale tylko raz z nami wygrali, chyba w Hamburgu. Strasznie się wtedy spili ze szczęścia. To nasi świetni znajomi, bez cienia wątpliwości, więc atmosfera na trasie powinna być super. Do tego Naumachia i Crionics… będzie sympatycznie i o to chodzi!

    Oba koncerty organizuje Massive-Music. Rozumiem, że wciąż utrzymujesz kontakt z Mariuszem Kmiołkiem?

    Ponownie utrzymuję kontakt z Mariuszem i to na dość koleżeńskiej stopie, ku zaskoczeniu wielu. Mariusz jest człowiekiem, który nie każdemu POZWALA się lubić. Trzeba poznać jego, specyfikę tego biznesu i być najzwyczajniej w porządku. Wtedy jest szansa na sukces. Wyjaśniliśmy sobie przeszłość i chyba po wydaniu „Immerse in Infinity” Mariusz przetrawił sobie moje słowa i zrozumiał co miałem na myśli, gdy chciałem zostawić to w cholerę albo zmienić cały skład po Blitzkrieg 3.

    Są plany, żeby uderzyć z koncertami za granicą?

    Jasne! Będą konkrety, będziemy anonsować.

    Niedawno nakręciliście teledysk do „…If The Dead Can Speak”. Dlaczego akurat do tego utworu? Podobno mówią, że dlatego, że jest najbardziej „przebojowy” hehe…

    Najkrótszy. Nie chcę się jakoś rozwodzić nad kryteriami wyboru, chciałbym tylko dać ludziom do zrozumienia, że to 1 % naszych możliwości. Gdybyśmy mieli budżet w wysokości choć 1/10 budżetu Behemoth, zmiażdżylibyśmy masakrycznie i nie byłoby o czym dyskutować, a tak... … jestem bardzo mile zaskoczony przyjęciem przez ludzi tego klipu, bo na wiele scen nie mieliśmy wpływu, ze względu na brak doświadczenia przy kręceniu obrazów, no i budżet, ale powoli… wszystko w swoim czasie.

    Powstaną jeszcze jakieś obrazy promujące nową płytę?

    Na potrzeby wywiadu zasięgnąłem informacji u Barta, czy powstanie kolejny obraz do Immerse. Moje pytanie brzmiało: Nie powstanie, czy nie wiemy? Odpowiedź: Nie wiemy.

    Czy brzmienie jakie jest na „Immerse..” spełniło wszelkie Twoje oczekiwania, czy wszystko udało się jak trzeba, po Twojej myśli?

    Nie, ale jest świetnie i akceptuję tą płytę taką jaką jest.

    Z mojej strony to tyle. Dzięki za poświęcony czas, a ostatnie słowa należą do Ciebie!

    Ja również dziękuję. Do zobaczenia w kwietniu. Szykujcie gardła, barki i ćwiczcie znak pokoju \m/

    Wywiad pochodzi z[url= http://musicmetal.org] http://musicmetal.org
  • TOP 30 A.D. 2009

    3 Jan 2010, 21:52 by datrael

    Rok 2009 mogę nazwać rokiem Furii. Świetne MCD i wybitny pełny album. W sumie 10 utworów, które wprost zaorały konkurencję. Takie nagrania jak Ohydny Jestem,U Krza Stoi Olsza, "...", czy Zgniłem na długo pozostaną w mojej pamięci. Furia jeszcze przebiła swoje dotychczasowe dokonana i utwierdziła mnie w przekonaniu o tym, że to zespół wybitny. Ponadto arcydziełem uraczył nas jeszcze w tym roku amerykański Mastodon, nagrywając kapitalną płytę opatrzoną dwiema błyszczącymi perełkami - The Last Baron i The Czar. Cóż, czuć w tym rockowych klasyków, jak nic. Do swoich najlepszych dokonań nawiązał Behemoth, tworząc bardzo dobry krążek na poziomie, który dodatkowo jeszcze zrobił furorę także poza obrębem metalowego światka. Tendencję zwyżkową zachowali panowie z Korpiklaani , Marduk i Lost Soul. Do formy wrócili siepacze ze Slayer i Vader. Miłymi zaskoczeniami okazały się płytki Funeral Mist i De Press.Niewątpliwie chętnie będę powracać też do tegorocznych dzieł Immortal, 1349 i Baroness . Z zespołów, które dopiero raczkują na uwagę zasłużyły wydawnictwa Thempest i Krzyków. A kto zawiódł? Sporo poniżej oczekiwań wypadł Krisiun, który po rewelacyjnym Assassination, wydał bardzo średni Southern Storm. Również spadek formy zanotowałem u polskich heavy metalowców z Chainsaw, którzy grają solidnie, choć kiedyś potrafili grać porywająco. Także jakoś Azarath nie powalił mnie na kolana jak dawniej.. Ogólnie jednak trzeba przyznać, że rok 2009 dostarczył dwa albumy wybitne, kilka bardzo dobrych i sporo dobrych, tak więc nie ma na co narzekać. No i cóż, na tron wraca Furia. W pełni zasłużenie. Bo od dawna nie słyszałem tak świetnego krążka jak Grudzień za Grudniem.

    1.Furia - Grudzień za Grudniem




    2.Mastodon - Crack the Skye



    3.Furia - Płoń



    4.Behemoth - Evangelion



    5.Korpiklaani - Karkelo



    6.Marduk - Wormwood



    7.Slayer - World Painted Blood



    8.Funeral Mist - Maranatha



    9.De Press - Myśmy Rebelianci



    10.Immortal - All Shall Fall



    11.Baroness - Blue Record



    12.Vader - Necropolis



    13.Lost Soul - Immerse in Infinity



    14.Thempest - Spiritual Depravation



    15.Harridan - Magus Mortis



    16.Chainsaw - Evilution



    17.1349 - Revelation of the Black Flame



    18.Krzyki - Dzieciak



    19.Strandhogg - Ritualistic Plague (Evangelical Death Apotheosis)



    20.Sammath Naur - The Anhedony Domain



    21.Witchmaster - Trucizna



    22.Samael - Above



    23.Sepultura - A-Lex



    24.Access Denied - The Memorial



    25.Echoes of Yul - Echoes of Yul



    26.Dark Funeral - Angelus Exuro Pro Eternus



    27.Azarath - Praise the Beast



    28.Nile - Those Whom The Gods Detest



    29.Othermind - Semyazza



    30.Krisiun - Southern Storm
  • Anticipate - Killing For A Living

    27 Oct 2009, 21:17 by shadow_devil



    recenzja z portalu musicmetal.org

    Co my tu mamy dziś na tapecie? Anticipate oraz ich debiutancki album, jednak myli się ten kto uważa, że to żółtodzioby. Załoga hałasuje już od 15 lat jednak z różnych powodów dopiero teraz wypuścili pierwszego długograja.


    Muzycznie jest to śmierdzący zatęchłą piwnicą death/grind. Na swojej stronie chłopaki przyznają się do inspiracji starymi dokonaniami Carcass, Pungent Stench, czy Impetigo co daje dość oczywisty opis ich muzy. Jak na grindową załogę przystało, na płycie jest 27 numerów zawierających się w niecałych 45 minutach. „ Killing For A Living”powstało w wyniku kilku sesji nagraniowych rozrzuconych w czasie i przestrzeni, jednak nie ma tutaj niespójności, wręcz przeciwnie – wszystko idealnie do siebie pasuje, co jest dowodem, że Anticipate pozostało wierne swojemu stylowi i nie bawi się w zbędne eksperymenty. Ok dość pierdolenia, czas zająć się samą zawartością albumu.

    Zaczyna się niepokojącym intrem, które przechodzi w ciężki walec. Odbiorca od razu zapoznaje się ze świetnym, tłustym brzmieniem gitar oraz niszczącym basem, który rozgniata wszystko na swojej drodze.
    Jeżeli chodzi o same numery to bałem się, że płyta będzie monotonna, że to kolejny death/grindowy pomiot jakich tysiące. Na szczęście chłopaki poradzili sobie świetnie, dzięki świetnym, wpadającym w ucho zagrywkom, takim jak np. początkowy riff kawałka „Becoming A Monster”, „Post-Traumatic Stress Disorder” gdzie utwór otwiera sekcja rytmiczna, humorystyczny akcent w utworze „The Dream Ends… With A Shotgun” z samplem z filmu „Armia ciemności” : „You see this? This is my boomstick” (chłopaki chyba bardzo lubią ten film, bo takich ciekawych przeszkadzajek jest więcej) – może to i dość oklepane, ale dobrze się sprawdza i pozwala urozmaicić płytę. Na dokładkę ekipa Anticipate serwuje nam dwa covery „Extreme Deformity” Pungent Stench i „Infernal Death” Death.
    Do plusów krążka można dorzucić również wokale, których są tu dwa rodzaje: wrzaskliwy i knurzy zajebiście pasujące do tego materiału.

    Ogólnie rzecz ujmując, na „Killing For A Living” nie ma zbędnego pierdolenia, zabawy w techniczne wywijasy ani jakieś chujowe eksperymenty. Zamiast tego Anticipate oferuje nam mocny sound, trochę humoru oraz ostrą jazdę w oldskulowym stylu.
    Na koniec pytanie: do czego mógłbym się przyczepić? Moim zdaniem gary (szczególnie stopa) mogłyby zabrzmieć wyraźniej, bardziej niszcząco – dałoby to albumowi większego kopa, chociaż o braku brutalności nie można tutaj raczej mówić, więc nie czynię z tego zarzutu a bardziej osobistą sugestię. Drugą rzeczą po której ewidentnie pozostał mi niesmak był kawałek „Concocting Psycho” - panie bębniarzu – zjebał pan, strasznie to słychać. Gdyby był to zespół składający się z gówniarzy , którzy grają 3 miesiące, olałbym coś takiego. W tym wypadku nie mogę.
    Mimo wszystko zdecydowanie więcej jest plusów niż minusów, zatem:

    Ocena 7,5/10
    Molestator
  • Rise And Fall - Our Circle Is Vicious

    22 Oct 2009, 17:33 by shadow_devil



    recenzja musicmetal.org

    “Our Circle Is Vicious” jest trzecim w dorobku albumem belgijskiego Rise And Fall, a drugim wydanym w stajni Deathwish Inc. . Rise And Fall to jeden z głównych reprezentantów tamtejszej sceny hardcore/punk. Sam fakt, że zespół jest pod opieką Deathwish Inc. powinien już sugerować z jaką muzyką będziemy mieli do czynienia. Rise And Fall podchodzi do tematu w klasycznym stylu, stawiając nie tylko na odpowiednią dawkę energii, ale i negatywnych emocji.

    Rise And Fall stara się, by emocje odgrywały istotną rolę w muzyce, tutaj nie zaskoczy więc nikogo informacja, że zespół emanuje wściekłością, agresją, ale i jakimś przygnębieniem. Wokalista Bjorn radzi sobie całkiem dobrze, upośledzając swoje struny głosowe w każdym możliwym stopniu. Jest to dobry, hardcore’owy wokal. Moim problemem jest jednak to, że wcześniej słuchałem Lewd Acts, w którym wokalista autentycznie przykuwał uwagę głosem pełnym negatywnych emocji, natomiast w Rise And Fall mamy do czynienia po prostu z dobrym darciem mordy. Mało zróżnicowany to wokal, ale przyjmuję, że na tym ma polegać styl grupy, czy samego wokalisty. Koniec końców takie zdzieranie gardła jak najbardziej pasuje do muzyki.

    A sama muzyka na pewno nie rozczarowuje. Jest ostro, ciężko, agresywnie, ale nie brakuje też i dołujących, przygnębiających, wolniejszych temp. Deathwish Inc. lubi zespoły, u których nastrój jest równie istotny co sam ciężar. A że w większości jest to nastrój ponury, przepełniony wszystkim tym, co negatywne w życiu, to cóż… taki jest styl wytwórni. I dobrze! Label jest konkretny i tego samego należy wymagać od zespołów z tej stajni. Rise And Fall na pewno jest konkretny. Myślę, że zespół nie dokonał żadnego ruchu na tej płycie, którego potem miałby się wstydzić. Poza wpływami zespołów hardcore/punk w muzyce Belgów słychać wyraźne inspiracje szwedzkimi mistrzami z Entombed. „Our Circle Is Vicious” w dużej mierze przeplata ze sobą ostre hardcore’owe grzanie z metalowymi naleciałościami i bardziej posępne, melodyjne, nastrojowe fragmenty. Wychodzi to naprawdę dobrze.

    Gdybym miał wyróżnić jakieś utwory, to na pewno wymieniłbym tutaj otwierający płytę, agresywny „Soul Slayer”, „Built On Graves” ze świetnym, wgniatającym w ziemię zakończeniem, brutalny „It’s A Long Way Down” z miażdżącym, wręcz thrashowym riffem, niszczącymi przejściami i zwolnieniami oraz nastrojowy „In Circles”. Prawda jest taka, że tej płycie trzeba dać czas, żeby się „przegryzła”, ponieważ nie każdy może ją łyknąć za pierwszym razem. Dla mnie na początku wszystko wydawało się jednakowe, ale po tzw. trzech przesłuchaniach zaczynam zdawać sobie sprawę w jakim błędzie byłem. „Our Circle Is Vicious” bogate jest w różne, niedocierające może za pierwszym razem smaczki, interesujące fragmenty. W tej chwili czuję się wręcz uzależniony od słuchania tej płyty. Potrafi nieźle wciągnąć, chociaż może nie za pierwszym razem. Ale czy to, że płyta nie należy do tych co trafiają do słuchacza od razu, nie czyni jej wartościową? Pewnych płyt trzeba posłuchać kilka razy, żeby wyłapać wszystko, co w nich najlepsze.

    Nie będzie zaskoczeniem dla nikogo jak napiszę, że za brzmienie odpowiedzialny jest ponownie Kurt Ballou. Pisanie o tym, że ten facet potrafi odwalić świetną robotę dla zespołów z gatunku hardcore/punk zaczyna być powoli nudne. „Our Circle Is Vicious” to kolejna świetnie brzmiąca płyta, której ciężaru i mocy dodał Kurt Ballou. Podoba mi się w tym wszystkim jedno - mimo, że Kurt Ballou odpowiedzialny jest za wszystkie niedawno recenzowane przeze mnie płyty od Deathwish Inc., mimo, że wszystkie te wydawnictwa obarczył swoim podpisem ten sam facet, to każde z nich ma swój własny, odpowiadający muzyce i stylowi danej kapeli charakter. Kurt Ballou ma swój styl, który z łatwością da się wyłapać na każdej „zrobionej” przez niego płycie, ale co ważne - nie powiela pomysłów, nie kopiuje siebie samego. Każdemu z zespołów nadaje odrębny, unikalny sound, zaznaczając jedynie to, co w kapeli najlepsze i najciekawsze. Ballou po prostu wie jak pokazać dobrą muzykę.

    „Our Circle Is Vicious” to kolejna dobra płyta w bogatej ofercie Deathwish Inc. Zresztą co tu dużo pisać - od takich wytwórni należy oczekiwać dobrych wydawnictw. Zasłużona ósemka.

    8/10
    Sui
  • Lewd Acts - Black Eye Blues

    22 Oct 2009, 17:32 by shadow_devil



    recenzja musicmetal.org

    Lewd Acts pochodzą z San Diego w stanie Kalifornia. Jest to stosunkowo młody zespół, który ma już na swoim koncie kilka mniejszych wydawnictw. Niewątpliwie jednak najważniejszym dla zespołu wydarzeniem jest wydanie płyty pod skrzydłami Deathwish Inc., a to dlatego, że pozwoli im to wypłynąć na szerokie wody, znacznie szersze niż te, na których do tej pory dryfowali. W Deathwish debiutują z pełną płyta zatytułowaną „Black Eye Blues”.

    Lewd Acts w swojej muzyce jest silnie zakorzenione w klasyce ostrego hardcore/punk, jednak podobnie jak wiele innych młodych kapel z tego nurtu Kalifornijczycy nie wstydzą się sięgać po rozwiązania metalowe. Nie jest to jednak „zmetalizowany” nowoczesny hc pokroju Hatebreed, chociażby dlatego, że Lewd Acts stawia przede wszystkim na brudny, punkowy charakter swojego stylu.

    Uwagę zdecydowanie przykuwa wokalista Tyler Densley. W jego charakterystycznym, punkowo-hardcore’owym bezlitosnym zdzieraniu gardła słychać szczerość, ból, tragedię, wściekłość. Ten facet dosłownie wyrzyguje do mikrofonu całe swoje życie. Jest to istotne, bo każdy inny wokalista, który potraktowałby muzykę i teksty Lewd Acts „po macoszemu” zamieniłby to wszystko w banał i przez to muzyka straciłaby na wartości.

    Muzycznie trzeba przyznać, że jest bardzo ciekawie. Kompozycje nie opierają się na nieustannie szybkim ciśnięciu w pierwsze lepsze struny, nie ma tu też nadużywania szybkich, oklepanych przez setki kapel, temp i rytmów. Kompozycje są na tyle urozmaicone, by słuchacz się nie zanudził. Słychać tu oryginalność, ucieczkę od schematów, dbałość o każdy pomysł, by był z sensem i właściwie zrealizowany. Lewd Acts nie powtarza starych, utartych i wyświechtanych punkowych riffów, lecz stara się szukać czegoś nowego. Całkiem zgrabnie przetwarza metalowe fragmenty na bardziej punkową stylistykę. Ogromnym plusem jest więc fakt, że zespół poszukuje swojego stylu, stara się znaleźć coś, co wyróżni Lewd Acts od innych zespołów. I jak na moje ucho, to chłopaki są na właściwej drodze. „Black Eye Blues” już teraz powinna postawić zespół wśród nazw, które starają się wnosić do klasycznego hardcore/punka coś świeżego, nowego, swojego, niespotykanego. Nie jest to może tak odstępujące od normy, jak opisywany już przeze mnie kiedyś zespół Narrows i jego „New Distances”, ale Lewd Acts znacznie bliżej do takich kapel, niż do klasycznego wzoru hardcore/punk, czy też z drugiej strony do nowoczesnych aktów pokroju Death Before Dishonor czy Terror. Nie twierdzę, że Lewd Acts nie chce grać hc, jest wręcz przeciwnie - muzyka Kalifornijczyków sięga daleko do korzeni gatunku. Niemniej jednak faktem jest, że Lewd Acts szuka dla siebie miejsca i szuka także nowego oblicza stylu. Wydaje mi się, że nie popełnię błędu gdy zaryzykuję stwierdzenie, że zespoły takie jak Lewd Acts są dowodem na naturalny rozwój klasycznego hc/punka. Trzeba pamiętać, że gatunek ten ma dwie drogi rozwoju - jedną w stronę nowoczesnego metalu (Madball, Hatebreed, Terror), a drugą w stronę - nazwijmy to tak - niekonwencjonalnego punka. Lewd Acts prezentuje tą drugą drogę i jak na razie spisuje się całkiem nieźle.

    Zespoły z Deathwish lubią Kurta Ballou. Facet zajął się także brzmieniem na „Blac Eye Blues”. Jedno jest pewne - skoro ktoś taki zabiera się za sound płyty hc, to mamy pewność, że nie spieprzy roboty. Tak jest i tym razem - dobre brzmienie takich płyt, to wizytówka Kurta. Ballou doskonale wie co zespół chce uzyskać, wie jak wyciągnąć z muzyki to, co najlepsze.
    Podsumowując, „Black Eye Blues” to porcja naprawdę dobrej, świeżej muzyki punkowej (a może bardziej dokładnie: hc/punkowej). Zdecydowanie polecam fanom gatunku otwartym na oryginalność i poszukiwanie.

    8/10
    Sui
  • Doomriders - Darkness Come Alive

    22 Oct 2009, 17:31 by shadow_devil



    recenzja musicmetal.org

    Trzy lata przyszło nam czekać na kolejny, drugi w dyskografii album Doomriders. Amerykanie wracają z kolejną porcją mieszanki hardcore’a i stoner metalu, polanej rockowym sosem. Tym razem muzyka wydaje się jednak być bardziej posępna, niż na „Black Thunder”.

    Nowy album Doomriders, w przeciwieństwie do „Black Thunder” jest o wiele bardziej ponury, co nie powinno w sumie dziwić, gdy weźmiemy pod uwagę tytuł płyty. Spójrzmy chociażby na taki „Heavy Lies The Crown” - utwór utrzymany w średnich tempach, ubarwiony bardziej stonerowymi wokalami, niż hardcore’owymi. Słuchając „Heavy Lies The Crown” można pokusić się nawet o skojarzenia z Mastodon. Dla każdego, kto zna zespół i kogo pochłonęła debiutancka płyta, mam ważną informację - Doomriders uderza ponownie dobrze skomponowaną muzyką, która czerpie z tego co najlepsze w klasyce HC, rocka, czy też zespołów pokroju Entombed. I chwała im za to. Doomriders nie przesadzają, z każdym kolejnym dźwiękiem „Darkness Come Alive” słuchacz zdaje sobie sprawę, że zespół doskonale wiedział czego chce i osiągnął swój cel. Na płycie nie brakuje też chwytliwości znanej z debiutu. Tym razem zespół posunął się w tej kwestii jeszcze dalej. Dowodem niech będzie utwór „Come Alive”, który jest prawdziwym przebojem w stylu Doomriders. Swoją drogą warto tutaj zaznaczyć, że na „Darkness Come Alive” usłyszymy bardziej zróżnicowane partie wokalne, niż miało to miejsce na „Black Thunder”. Nie ma co spodziewać się od razu homoseksualnych, młodzieżowych czystych partii, ani też kobiecego zawodzenia. Nate Newton pozwala sobie czasem na małe odchyły od swojego standardowego krzyczenia, jak np. we wspomnianych „Heavy Lies The Crown” czy „Come Alive”, a także w „Crooked Path”. Rzecz jasna zmiany te nie są na tyle posunięte, byśmy zapomnieli, kto stoi za mikrofonem.

    Na płycie nie brakuje też mocniejszych kopniaków w tyłek. „Bear Witness”, „Knife Wound” czy chociaż „The Equalizer” powinny na koncertach zrobić swoje. Album ma swój ciężar i agresję, ale trzeba zauważyć, że „Darkness Come Alive” zdominowały jednak bardziej posępne fragmenty, których charakter powinien porwać każdego, dla kogo w muzyce ważny jest także odpowiedni nastrój. Posłuchajcie takiego „Crooked Path” - chwytliwy, stonerowo-punkowy utwór, który jest najlepszym dowodem na to, że dla Doomriders tym razem najważniejszy był klimat. Jakby tego było mało, zaraz po nim następuje nie mniej ponury, równie chwytliwy „Lions”. Nie bez powodu używam słów „chwytliwość” czy nawet „przebojowość”. „Darkness Come Alive” sięga pod tym względem znacznie dalej, niż jej poprzedniczka.
    Co dla mnie najważniejsze, Doomriders kładąc większy nacisk na budowanie klimatu w ogóle nie zapomnieli o jakże ważnym składniku ich stylu, czyli o stonerowym polocie. Stonerowe elementy są obecne właściwie w każdej kompozycji, w niektórych mniej w innych bardziej słyszalne. Odnoszę nawet wrażenie, że jest tu więcej stonera, niż na „Black Thunder” (za sprawą chociażby takich utworów jak „Jealous God”, czy „Mercy” ).

    Kolejną zaletą płyty jest znacznie lepsze, wciąż brudne, lecz bardziej nasycone, niż na debiucie brzmienie. Wszystko jest wyraźne, riffy przygniatają brudem i ciężarem, bas smacznie brzęczy w tle, perkusja niemiłosiernie wali w czaszkę, a wokal jest idealnie wyselekcjonowany. Jest to doskonałe połączenie rockowego brudu i punkowego syfu, z bardziej selektywnym, nowoczesnym brzmieniem. No ale czy można się dziwić, skoro za brzmienie odpowiada sam Kurt Ballou, który majstrował m.in. przy Disfear czy też Trap Them?

    Nowy album Doomriders to absolutny krok na przód w stosunku do „Black Thunder”. Nie żeby debiut był słaby, ale „Darkness Come Alive” powinien spokojnie przebić poprzednika każdym dźwiękiem. „Darkness Come Alive” to najlepszy przykład rozwoju zespołu, który chce poruszać się dalej po określonym, własnym stylu. Ten album ma w sobie wszystko to, czego fan dobrego młócenia potrzebuje, a jednocześnie ukazuje ile jeszcze nowej energii można wykrzesać z klasycznych gatunków. Duże brawa należą się za świetnie zbudowane kompozycje, w których czuć szacunek do klasycznych kapel, którymi inspiruje się Doomriders. Nie mam nic do zarzucenia, więc w takim wypadku oceną będzie…

    10/10
    Sui
  • United Death Armageddon 2009 - Kraków (26.09.2009)

    19 Oct 2009, 16:55 by shadow_devil



    relacja z portalu musicmetal.org

    na portalu również zdjęcia z koncertu

    W związku z niemiłosiernie zbliżającym się początkiem roku akademickiego, a co za tym idzie - kończącym się okresem bezpardonowego opierdalania się, postanowiłam wybrać się na wycieczkę alkoholo-krajoznawczą do Krakowa i tym samym zaliczyć dobrze zapowiadający się gig.
    Kraków był ostatnim punktem na trasie United Death Armageddon 2009, więc miewałam przebłyski wątpliwości co do tego, czy aby na pewno warto przepierdalać ostatnie pieniądze na ten wypad, skoro kapele ze zmęczenia pewnie nie będą miały zamiaru się wysilać i odwalać zajebistego koncertu. Na szczęście nic bardziej mylnego.
    Błądząc po nieznanych nam rejonach byłej stolicy Państwa Polskiego, szukaliśmy klubu Underworld, w którym rzecz cała odbyć się miała. Dotarliśmy tam po 17-stej, cali i zajebiści, a nasze obawy, że nie zdążymy na czas, okazały się bezpodstawne, bo i tak musieliśmy się jeszcze naczekać zanim zaczęli wpuszczać ludzi do środka.
    W końcu panowie ochroniarzowie rozwarli swe silne ramiona przed stojącą przy wejściu hołotą i z uśmiechem poczęli zapraszać nas wszystkich na dół. Stojąc na schodach w kolejce do kupna biletów (tudzież wejścia za free, jak na VIP-ów takich jak ja przystało), jakiś gówniany smród zakręcił mi się pod nosem. Jak się okazało, nie tylko mi - wszyscy jak jeden mąż podnosili trzewiki do góry i sprawdzali, czy aby na pewno nikt nie wdepnął w jaką psią kupę. Śladu gówna nie było, za to smrodu nie ubywało - wręcz przeciwnie. Gdy ochroniarz skończył namiętnie obmacywać moją torebkę i mojego męża, zeszliśmy na dół i doznaliśmy olśnienia: to nie gówno - to Blaze of Perdition, wysmarowani zgniłą świńską krwią od stóp po same rogi. Kieg, kurwa.
    Wchodząc na salę od razu rzucił mi się w oczy podstawowy minus lokalu - za niska scena (niemalże jej brak), przez co ci, co stali z tyłu, mieli utrudniony (lub wręcz uniemożliwiony) widok na grające kapele.


    Dobra, ja tu pitu-pitu, a wypadałoby wreszcie napisać coś o samym koncercie. Tak więc rozpoczęcie gigu (co wbrew pozorom zaszczytem nie jest) przypadło wyżej wspomnianym Blaze of Perdition. Owych ekstremistów z Lublina pamiętam z koncertu w 2007 w Zielonej Górze, kiedy to grali jako support przed Watain. Słabo wtedy wypadli i nie zrobili na mnie większego wrażenia. A potem słuch o nich zaginął. I tak oto powrócili po dwóch latach ze świeżo nagraną (choć jeszcze nie wydaną) płytą i nowym pomysłem na show. Przedstawienie rozpoczęli kawałkiem "156", serwując publicznośi i podłodze pewną dawkę śmierdzącej krwi. Kolejne utwory mijały, panowie produkowali się na scenie, zdzierając sobie gardła, bijąc się i plując sobie nawzajem w twarz - i to niestety na marne, bo publiczność była jeszcze trzeźwa, a więc sztywna. Nikt nawet nie skorzystał z poczęstunku w postaci kielicha krwi. Przedstawienie zakończone zostało utworem "Królestwo Twoje", po czym BoP, zawiedzeni brakiem jakiejkolwiek zwierzęcej reakcji w trakcie koncertu, zeszli ze sceny. Pozwalając sobie na subiektywność, śmiem twierdzić, że był to jeden z dwóch najlepszych występów tamtego wieczoru (choć nie doczekałam się "Ostatecznego rozwiązania", które chciałam usłyszeć na żywo). W związku z tym do dziś ubolewam, że musieli oni zagrać jako pierwsi, a nie np. przed Massemord.

    Kolejną kapelą, która miała zagrać był Disdained z Serbii. Nie pojawili się, więc scenę opanowali Francuzi ze Svart Crown, którzy zaserwowali nam porządną dawkę black/death metalu. Dobre nagłośnienie i konkretne kawałki wprawiły część zebranych w tradycyjne oddziaływania międzycząsteczkowe w postaci headbangingu i młynu. I tak oto nieznany dotychczas band stał się godnym uwagi zjawiskiem - w sumie nie bez przyczyny.


    Po przerwie nastapiła prawdziwa gratka dla fanów Mord'A'Stigmata, gdyż to właśnie oni postawili swoje stopy i sprzęty (ekhm) na scenie. "Mother,which you will serve" to pierwszy ich utwór zagrany tamtej nocy. Nie wiem czy słusznie, ale w porównaniu ze Svart Crown, nagłośnienie "Mordy" wydawało mi się słabsze, a i oni sami wypadli słabiej niż dwie poprzednie kapele. Na szczęście nie przeszkadzało to jednak nikomu w zabawie. Koncert długo nie trwał, zagrali tylko trzy kawałki z albumu "Uberrealistic" i trzy z nowego, za którego nagrywanie podobno zabierać się będą w lutym. Po utworze "Theophagia" zeszli grzecznie ze sceny, aby zwolnić miejsce przedostatniej kapeli, czyli Hell United.

    Ze względu na zapchaną salę nie byłam w stanie zobaczyć zbyt wiele, ale wiem, że żadnego konkretnego show nie było. Ich muzyka również nie robi na mnie większego wrażenia, dlatego też jakoś specjalnie nie skupiłam się na tym koncercie, woląc sączyć piwo i rozmawiać ze znajomymi. Cóż, słysząc opinie różnych osób, doszłam do wniosku, że nic nie straciłam, dlatego nie widzę sensu w dalszym rozpisywaniu się w tym temacie.


    W końcu przyszła pora na gwiazdy wieczoru, gwóźdź programu, bożyszczy nastolatek... Massemord! Panowie ledwo weszli na scenę, będąc jeszcze w cywilu, chcąc tylko sprawdzić nagłośnienie i stan swoich sprzętów (ekhm), a i tak sala już zdążyła się po brzegi wypełnić, a jęki i błagania o śmierciodajną muzykę rozniosły się po klubie. Jako że reprezentacja Gliwic (tudzież ogólnie Śląska) w postaci mojej i męża mojego nie byłaby sobą siedząc cicho, poczęliśmy wykrzykiwać hymn śląskiego podziemia: "Jezus chuj wozi gnój na gumowych taaaczkach, pije, pali, konia wali, w dupie ma robaaaczka!", po czym kilka osób stojących obok postanowiło wesprzeć nas swoimi głosami. I tak oto nastał boży cud - umysły nasze nawiązały nić porozumienia z umysłami typów niepokornych z Massemord, którzy w ramach rozgrzewki, przy akompaniamencie, przyłączyli się do recytowania "Jezusa chuja", czym zasłużyli sobie na wielkie oklaski od publiczności. Po tejże rozgrzewce zniknęli na chwilę ze sceny, po to, by po chwili zjawić się ponownie, tym razem w pełnym scenicznym rynsztoku. Napuścili sporo dymu, co utrudniło publice widoczność, ale już pierwsze dźwięki "Rape the presence" rozpętały prawdziwe piekło. Było czuć na kilometr, że jakieś 99% ludzi przyszło właśnie dla Massemord. Drugim z kolei utworem był "Śmierć ludzkości", co obudziło w zebranych prymitywne instynkty i zaczęliśmy zachowywać się jak zwierzęta, tak jak pan i władca podziemia, Namtar, nakazał. Wpadliśmy w trans, wtapiając się w kolejne kawałki i zapominając o płynącym czasie. Koniec według mnie (i nie tylko) nastąpił zdecydowanie za szybko, ale przynajmniej skończyli odpowiednim kawałkiem, tj. "Eerie we have to be". Cóż, gdybym miała kutasa, to pewnie by mi stanął, a tak musiałam się męczyć z nadmiarem kisielu w gaciach.

    Reasumując, nagłośnienie (wbrew opiniom usłyszanym na kilka dni przed koncertem) było z grubsza dobre, kapele, jak na ostatni punkt trasy, poradziły sobie bardzo dobrze, a wesołe i taneczne kawałki Massemord były świetną rozgrzewką przed szalllonym after party przy starych hitach. A więc jak najbardziej warto było przepierdolić resztki wypłaty na tą wycieczkę. Oby więcej takich koncertów.


    [zdjęcia: Massemord by Wojtas (dla klubu Underworld); BoP i Mord'A'Stigmata by M. Ziomek]


    PS Był?
    Hevagard
  • Black Altar - Death Fanaticism

    18 Oct 2009, 08:01 by shadow_devil



    recenzja musicmetal.org

    „Death Fanaticism” to drugie już wydawnictwo rodzimej formacji Black Altar, której głównodowodzącym, założycielem oraz wydawcą jest niejaki Shadow. Zarówno nazwa zespołu jak i płyt sugeruje odbiorcy z jakim gatunkiem muzyki będzie miał do czynienia.

    Na „ Death Fanaticism” pojawiło się dziewięć kompozycji składających się na ponad 50 – cio minutową, black metalową ucztę. A zatem do rzeczy.
    Okładka płyty prezentuje się, moim zdaniem, znacznie lepiej niż ta z debiutu, choć pamiętam wywiad z Shadowem, gdzie zapytany o layout albumu „Black Altar”, powiedział, że celowo został on tak uproszczony.
    Nowy krążek rozpoczyna się kawałkiem „The Antihuman Manifesto” z niepokojącym intrem, w którym przebija się (a jakże) sam Satan. Od pierwszych sekund trwania płyty słyszymy, że brzmienie zostało znakomicie dopracowane. Taki „sound” świetnie sprawdza się w blacku. Nie jest przesadnie odpicowany, należycie wyprodukowano każdy instrument – klasa.

    Co natomiast o samych utworach? Proporcje pomiędzy atmosferą a agresją zostały bardzo dobrze wyważone. Utwory trwają średnio pięć minut, tak więc nie było łatwo utrzymać ciągłego zainteresowanie odbiorcy, jednak Shadowowi się to udało. Posępny klimat zapewniają partie klawiszy, które przewijają się zarówno na tle riffów oraz są odpowiedzialne za intra do utworów. Z pewnością nie brakuje także przyzwoitego prażenia, jednak i tutaj struktury partii gitarowych są przemyślane – odpowiednia dawka melodii plus brutalność dają dobry efekt.
    Mniej więcej w połowie płyty mamy szansę na lekkie rozluźnienie za sprawą swoistego interludium „Gate to Immortality”. Cały krążek oscyluje w pewnych ramach standardowych, blackowych ramach, jeżeli wiecie co mam na myśli. Muzyka tu zawarta jest typowa dla gatunku i ktoś kto szuka jakiś innowacji, nie znajdzie ich tutaj. Nie czynię z tego zarzutu, bo kompozycje po prostu same się bronią – w stosunku do black metalu mam pewne wymagania i „Death Fanaticism” je spełnia. Jest szybko, wściekle, ale też ciekawie i klimatycznie. Nie brakuje blastów i średnich temp okraszonych pomysłowymi riffami. Całość jest bardzo świeża, dynamiczna oraz „nowoczesna”. Shadow nie trzymał się konwencji charczącego wokalu i szumiących gitar w tle prosto z szatańskiego lasu. Wokal dobrze uzupełnia muzykę i świetnie do niej pasuje.

    Ciekawym akcentem jest kawałek w języku polskim zatytułowany „Widmo Śmierci” z niezłym tekstem, co samo w sobie jest wyczynem.
    Płyta kończy się utworem „Death Fanaticism” będącym właściwie ponad 13-sto minutowym outrem. Niestety ten zabieg to jakieś nieporozumienie – nudne to i bez sensu. Z powodzeniem można byłoby skrócić go do 2 minut i byłoby ok. Nie rozumiem w tym miejscu intencji Shadowa.
    Podsumowując - „ Death Fanaticism” to z pewnością udany album, kompozycje nie zostały zarejestrowane na „odpierdol się”, zaś utwory nie są monotonne. Minusem jest owo koszmarne „outro”, które jest zwyczajnie za długie. Nowy Black Altar nie zawiódł, ale też nie zaskoczył.

    Ocena: 7 - 7,5/10
    Molestator