Articles

  • Folk OKFest - Oddział Koncertowy Fest Vol. 2 - FOLK EDITION

    30 Mar 2014, 09:51 by vv0jt3k

    Oddział Koncertowy zaprasza na drugą edycję Oddział Koncertowy FEST-u: Folk OKFest!
    Już 11 kwietnia w Rock’a Clubie Gliwice będą rozbrzmiewać dźwiękami folk metalu z Ostravy, Krakowa i Katowic. Zagrają dla Was Silent Stream of Godless Elegy, Netherfell oraz Othalan.

    Wydarzenie na last.fm: http://www.lastfm.pl/event/3815617+Folk+OKFest+-+Oddzia%C5%82+Koncertowy+Fest+Vol.+2+-+FOLK+EDITION

    Wydarzenie na FB: https://www.facebook.com/events/626158194106185/



    Bilety: 15 zł przedprzedaż / 20 zł w dniu koncertu
    Do nabycia w Cafe Iglo na Rynku (wejście obok Rock’a)

    Jeśli ktoś nie ma możliwości kupienia biletu osobiście, można zarezerwować przelewem i odebrać w dniu koncertu - szczegóły w wiadomości prywatnej https://www.facebook.com/vvvojtek lub w mailu oddzialkoncertowy@10g.pl


    Wejście od godz. 17.00
    17.30 - Netherfell
    19.00 - Othalan
    20.30 - Silent Stream of Godless Elegy


    Zespoły:

    SILENT STREAM OF GODLESS ELEGY

    Silent Stream of Godless Elegy z ogromnym impetem dołączył do grona najznamienitszych grup czeskiej sceny metalowej. Już po wydaniu debiutanckiej płyty Iron w 1996 roku słuchacze i krytycy stwierdzili, że „coś wisi w powietrzu”. Przypuszczenia okazały się trafne, gdyż już po dwóch latach Silent Stream of Godless Elegy powrócił z drugim albumem Behind the Shadows. To dzieło bezsprzecznie było kamieniem milowym w karierze grupy. Silent Stream of Godless Elegy swoją wciąż świetną formę potwierdził wydając trzeci album Themes (2000r.), który został nagrodzony czeską nagrodą GRAMMY w gatunku hard’n’heavy.

    Czeska Akademia Muzyczna nagrodziła album Relic Dances nagrodą GRAMMY w kategorii najlepszy hardrockowy album roku 2004.

    Silent Stream of Godless Elegy w ciągu swojej ponad dziesięcioletniej działalności zagrał na setkach imprez i festiwali, supportując takie grupy jak Anathema, The Gathering, Skyclad, Cradle Of Filth czy Korpiklaani, występował również w Niemczech, Holandii, Belgii, Austrii, Szwajcarii.

    Zamknij oczy, słuchaj uważnie i pozwól się zabrać do średniowiecznego świata pogańskiej magii, tajemnic, nimf, rusałek i szeptów starożytnych…
    „Silent Stream of Godless Elegy są ukrytą perłą Folk Metalu. Najwyższy czas, aby świat odkrył tą znajomitą kapelę.” Gunnar Sauermann (Metal Hammer)

    Skład:
    Hanele (vocal / zpěv)
    Hrnec (vocal / zpěv)
    Siki (violoncello)
    Palo (violin / husle)
    David (drums / bicí)
    Mira (guitar / kytara)
    Radúz (guitar / kytara)

    http://www.ssoge.com
    https://www.facebook.com/ssoge
    http://www.youtube.com/user/theSSOGE
    http://open.spotify.com/artist/5nVbLEc3RDM7mCivurOrjd


    NETHERFELL

    Netherfell to folk metalowy zespół z Krakowa. W swojej muzyce elementy muzyki dawnej oraz folkowej , łączy z melodic death metalem a także muzyką symfoniczną.
    Początki zespołu sięgają 2008 roku. Pierwszy koncert miał miejsce w roku 2010. W następnych latach skład zespołu często się zmieniał co uniemożliwiało granie koncertów czy nagrywanie materiału. Przełom nastąpił w roku 2013 gdy zespół w składzie Ada (skrzypce, wokal), Piotrek (gitara), Mateusz (perkusja), Dawid (bas) rozpoczął nagrywanie debiutanckiego dema. W międzyczasie do zespołu dołączył Tomek (wokal) oraz Wit (dudy, tin whistle, gitara). Debiutanckie demo zespołu „Okryte zapomnieniem” ukazało się z początkiem czerwca 2013 roku.

    Skład:
    Tomasz Indyka – wokal
    Piotr Martuś – gitara, bałałajka, wokal
    Adrianna Zborowska – skrzypce, wokal, flet prosty
    Wit Rzepecki – dudy, tin whistle, gitara akustyczna, wokal
    Dawid Dunikowski – bas, gęśla, didgeridoo, śpiew akwilotowy
    Mateusz Jędrzejczyk – perkusja

    https://www.facebook.com/Netherfell
    http://www.myspace.com/netherfell
    https://www.youtube.com/user/Netherfell


    OTHALAN

    Gramy przede wszystkim folk metal, można jednak u nas odnaleźć elementy rapu i metalu symfonicznego. Nasze inspiracje czerpiemy z polskiej muzyki ludowej, muzyki dawnej, staroskandynawskiej – i nie tylko. W pełnym składzie gramy dopiero od kilku miesięcy, lecz na pewno prędko nie skończymy!

    Skład:
    Wojtek Krauze - gitara
    Agnieszka Suchy - wokal
    Maciej „Dragen” Sitarz - gitara basowa, wokal
    Paweł Dyjan - lira korbowa, wokal, instrumenty perkusyjne
    Antek Sowiński - gitara
    Sławek Duda - szałamaja, obój, flet
    Marek Żabiałowicz - perkusja

    https://www.facebook.com/othalanfolk
    http://othalan.bandcamp.com/
    https://www.youtube.com/channel/UCSji8fvhVhZMaIYcW_EnnVA


    Wstęp na koncert od 16 lat, niepełnoletni muszą być pod opieką osoby dorosłej.
    Po koncercie odbędzie się standardowa rockotecka, wstęp 5 zł.

    Patroni medialni:
    Dzisiaj w Gliwicach
    Fabryka Zespołów
    Folk Metal
    GTW Gliwice
    Stacja Artystyczna RYNEK
    Hydeparknews
    Gitaryfikacja.
  • Ranking płyt 2013r

    25 Jan 2014, 13:01 by Adrian1234

    Początek roku jest dla mnie czasem na robienie muzycznego podsumowania najciekawszych albumów wydanych w zeszłym roku tak więc nadszedł czas na zaprezentowanie mojego najnowszego rankingu płyt.

    The Ocean “Pelagial” (10/10)

    Jeden z wielkich filozofów z antycznej Grecji (nie pamiętam teraz, który) powiedział kiedyś „Ta muzyka rozΠerdala mnie na milion malutkich kawałków”, w sumie to najbardziej pasowałoby do ich poprzedniego albumu (Anthropocentric z 2010 roku) ale tutaj również jest bardzo blisko do tego. Jak zwykle ich muzyka jest wyjątkowa, oryginalna, zróżnicowana i trudna do jednoznacznego zakwalifikowania ale jakby na siłę ją opisywać to głównie jest to mieszanka progressive metalu, post-metalu, sludge metalu ale można też znaleźć tu również trochę hardcore’u (choć akurat tego w ich muzyce jest coraz mniej) i elementów innych gatunków. Dla fanów czysto instrumentalnego grania dodam informację, że album jest dwupłytowy i zawiera wersję z wokalem jak i instrumentalną co już jest jasnym znakiem, że warstwa instrumentalna jest bardzo bogata i różnorodna i sama sobie jest prawdziwym przysmakiem dla ucha. Oczywiście osobiście wolę muzykę z wokalem więc Disc I bardziej przypadł mi do gustu, jego wielką zaletą jest oczywiście sam fakt, że oprócz podziwiania pracy instrumentów dochodzi tu jeszcze również wspaniały wokal. Jest to jeden z tych albumów, które mają jakiś motyw przewodni, który towarzyszy albumowi od początku do samego końca i już po tytule widać, że w tym wypadku są to wody otwarte oceanów, mórz i wielkich jezior a dokładniej muzyczna podróż przez różne warstwy rozpoczynając od powierzchni stopniowo schodząc w głębiny. Każdy utwór jest zupełnie inny i opowiada własną historię a wszystkie razem tworzą idealną trwającą około 53 minut całość. Prawdę mówiąc to od momentu gdy w kwietniu po raz pierwszy przesłuchałem ich najnowsze dzieło od razu miałem przeczucie, że w tym roku nic lepszego już nie może się ukazać i nie pomyliłem się ponieważ zdecydowanie jest to najlepsza płyta 2013 roku i naprawdę wszystkim polecam ją przesłuchać bo naprawdę warto.

    TesseracT “Altered State” (10/10)

    Kiedy jeszcze na długo przed wydaniem nowego albumu dowiedziałem się o zmianie wokalisty miałem duże obawy co do przyszłości zespołu, w końcu bardzo często powoduje to ogólne pogorszenie się zespołu tak jak to było chociażby w przypadku Drowning pool czy Scar Symmetry. Jak tylko album się ukazał zacząłem go słuchać… i pierwsze wrażenia miałem nie za ciekawe właśnie ze względu na wokal: był bardzo wysoki jak na mężczyznę (a w zasadzie w pierwszej chwili gdybym nie znał faktycznego stanu rzeczy to powiedziałbym miejscami, że to kobieta śpiewa), czysty, donośny, trochę zniewieściały tak jakby ryba piła odpiłowała mu pytonga wraz z dżonderami, jednak instrumentalnie brzmiało zbyt dobrze aby zrezygnować z dalszego słuchania więc dałem szansę Altered State. Z czasem zacząłem się przekonywać do wokalu aż w końcu coś zaskoczyło i stwierdziłem, że jest jednak bardzo dobry, oryginalny i idealnie pasuje do tej muzyki. Po tym długim wstępie czas wreszcie przejść do samego opisu zawartości nowego krążka. Jest to djent ale raczej w stylu tych gdzie głównie stawia się na dość smutny klimat i dużą ilość czystego wokalu niż na skomplikowane, techniczne granie jak np. Periphery czy Monuments (niemniej jednak posiada oczywiście te cechy po których od pierwszej chwili można poznać, że to djent). Muszę przyznać, że album naprawdę im się udał i ciężko się do czegoś przyczepić, utwory są ciekawe, konkretne i zróżnicowane, ogólnie dominuje nieco wolniejsze bardziej klimatyczne granie ale kiedy trzeba robi się szybciej, agresywniej i z charakterystycznymi połamanymi riffami więc nie można narzekać, że jest zbyt lekko. Ponadto nie ma tu zapychaczy mających sztucznie przedłużyć album, całość ma 50 minut, jest tu 10 utworów w których każdy jest dobrze przemyślany tak aby słuchasz ani przez chwilę nie czuł znudzenia. Jeśli już na upartego miałbym szukać jakieś wady to uznałbym za nią pojawienie się w dwóch utworach saksofonu czyli inaczej mówiąc „chujokształtnego instrumentu wydającego dźwięki jak dupa” no ale nie ma go tu zbyt dużo a poza tym wszyscy wiedzą, że po prostu irytuje mnie sam jego dźwięk a w obiektywnej ocenie można stwierdzić, że to „ciekawe” urozmaicenie albumu i nowatorski pomysł w samym gatunku.

    Five Finger Death Punch “The Wrong Side Of Heaven and The Righteous of Hell, Volume 1” (9/10)

    Bardzo dobry album, zdecydowanie jeden z najlepszych wydanych w tym roku I po prostu wspaniała kontynuacja wcześniejszych dokonań, które zawsze były na najwyższym poziomie. Jest to stare dobre FFDP ale jednocześnie są pewne zmiany: przede wszystkim można tu zauważyć podobnie jak w przypadku Avenged Sevenfold większe zainspirowanie się heavy metalem, jest tu więcej solówek a za to mniej chwytliwych, melodyjnych refrenów jakich sporo było przede wszystkim na poprzednim albumie. Album jest konkretny, spójny, ciekawy i w zasadzie ciężko się tu do czegoś przyczepić tak więc warto ich posłuchać bez obawy o zawiedzenie się na nim.

    Avenged Sevenfold “Hail to the King” (9/10)

    Muszę przyznać, że ich nowa płyta jest bardzo dobra I szybko wpada w ucho. Tym razem bardziej niż wcześniej słychać inspiracje Heavy metalem i podobnymi rejonami a szczególnie jest to słyszalne w rewelacyjnym utworze Requiem. To urozmaicenie wprowadziło powiew świeżości do ich muzyki i nikt nie może już zarzucać im wtórności i stania w miejscu. Poza tym mocnymi stronami albumu jak zwykle są bardzo dobre wokale Shadowsa i praca instrumentów oraz dobrze przemyślane utwory – dawniej zdarzało im się wydawać albumy trwające np. 70 minut przy czym były utwory-zapychacze. W tym przypadku chłopaki ograniczyli się do 53 minut konkretnego grania.

    Bring Me The Horizon “Sempiternal” (9/10)

    Początkowo nie mogłem się przyzwyczaić do tego albumu ale w końcu coś załapało i sprawiło, że obecnie uznaję ich za drugi zaraz po debiucie mój ulubiony krążek od nich. Dobrze wiem, że ich muzyka nie jest dla każdego, po prostu oni ciągle eksperymentują łącząc elementy z różnych rejonów muzycznych, zaczynali od deathcore a obecnie nie da się ich już jednoznacznie gdzieś zakwalifikować. Jest tu sporo elektroniki ale nie na tyle aby fani takiej muzy się do nich przekonali, za to dla kogoś kto słucha tylko metalu jej ilość pewnie będzie uznana za zbyt dużą. Kolejna sprawa to stosunek czysty wokal/ scream: Fanom lżejszego grania może nie spodobać się większa ilość agresywniejszego niż na poprzednim albumie „deathcore’owego darcia mordy”, z kolei dla tych którzy spodziewali by się po nich typowego deathcore’u będą rozczarowani bo jednak czystego wokalu jest tu sporo. Podsumowując: Semptiternal to bardzo dobry, zróżnicowany, nacechowany emocjami album ale naprawdę docenią go tylko ludzie o otwartym umyśle i szerszych horyzontach muzycznych.

    Killswitch Engage “Disarm The Descent” (8/10)

    Czekałem na to ze zniecierpliwieniem od momentu gdy dowiedziałem się o powrocie Jesse’go Leach’a, album Alive Or Just breathing uważam za najlepsze co powstało w metalcore a obserwując jeszcze jego dokonania w The Empire Shall Fall i Times of Grace spodziewałem się może nawet płyty roku więc przy najbliżej nadarzającej się okazji zabrałem się za odsłuch… i co ja mam o nich napisać? Mam mieszane uczucia w związku z DTD… z jednej strony cieszę się, że Jesse wrócił, zawsze był moim ulubionym wokalistą KSE i wyraźnie słychać, że uratował zespół bo z Howardem z płyty na płytę zaczynali grać gorzej co chyba osiągnęło punkt kulminacyjny na poprzednim albumie gdzie wyraźnie było słychać wypalenie się grupy i brak pomysłów na dalszą przyszłość. Dzięki powrotowi Leach’a wszyscy odzyskali dawną energię i wspólnymi siłami nagrali lepszą, szybszą, bardziej energetyczną i mocniejszą płytę. Niby wszystko pięknie ale niestety mam też trochę zastrzeżeń: po pierwsze album wprawdzie jest mocniejszy niż wcześniejsze ale jednak uważam, że mogło by być lepiej a chwilami czysty wokal brzmi jakby był na siłę wciśnięty aby złagodzić brzmienie, nie wiem, może nie chcieli wywołać szoku u nowszych fanów którzy byli przyzwyczajeni do lżejszej gry zespołu jaka prezentowali z Jones’em ostatnimi czasy. Po drugie to powtarzalność, szczególnie widać to przy czystym wokalu w refrenach, które w wielu utworach brzmią bardzo podobnie zupełnie jakby Jesse śpiewał różne teksty w tym samym stylu, poza tym wiele riffów też się powtarza co jest dość przykre ponieważ dawniej (mam na myśli czasy Alive Or Just Breathing) słynęli z oryginalności i niepowtarzalności. Po trzecie to „średniakowatość”, dawniej wszystko co robili było na najwyższym poziomie i bardzo konkretne, jak miało być ciężko to było ciężko a jak pięknie i melodyjnie to takie właśnie było, obecnie jednak chwilami jest bardzo średnio i czysty wokal nie zachwyca a wręcz brzmi jak wymuszony (o czym już pisałem) a cięższe fragmenty są zwykle zbyt krótkie i zaraz po nich następuje jakieś nadmierne złagodzenie brzmienia. Podsumowując: Album jest dobry i fani nie powinni być zawiedzeni ale na pewno mogłoby być jeszcze lepiej, daję ocenę 8 ale jak na ich możliwości jest to niestety tylko 8, mam nadzieję, że to tylko rozgrzewka przez następną, naprawdę zajebistą płytą.

    Soilwork “The Living Infinite” (8/10)

    Soilwork już przyzwyczaili nas do wysokiego poziomu. Tym razem pewnym zaskoczeniem z ich strony było wydanie dwupłytowego albumu a na każdym z nich znalazło się po 10 utworów i z których każda ma około 45 minut. Obie płyty muzycznie w zasadzie się nie różnią i stanowią jedną dobrze przemyślaną i zagraną całość, warto przy tym zauważyć, że pomimo aż 20 nowych utworów co teoretycznie mogłoby wskazywać na postawianie na ilość a nie jakość płytki trzymają poziom i nie ma tu raczej mowy o jakiś zapychaczach. Jeśli chodzi o sama muzykę to nie ma co się rozpisywać, w zasadzie trzymają się swojego stylu i trudno pomylić ich z kimś innym choć ma to też swoje wady podobnie jak w przypadku Disturbed polegające na tym, że w dyskografii mają sporą ilość utworów, które na pierwszy rzut ucha brzmią bardzo podobnie do siebie i potrzeba trochę czasu aby ich lepiej poznać. W każdym razie w tym przypadku „w zasadzie” ma dość istotne znaczenie ponieważ na Living Infinite występują też utwory, które nieco odbiegają od ich typowego grania, dobrym przykładem jest tu np. utwór This Momentary Bliss w którym jest wyjątkowo dużo jak na nich i bardzo zróżnicowanego czystego wokalu, który brzmi inaczej niż większości kawałków, jest też melodyjniejszy. A skoro już jestem przy tym temacie to ogólnie nowy album charakteryzuje się większą melodyjnością i ilością czystych wokali niż wcześniejsze co pewnie nie wszystkim przypadnie do gustu, mnie jednak ta zmiana odpowiada bo Strid ma bardzo dobry clean a wcześniej mniej go używał.

    Five Finger Death Punch “The Wrong Side Of Heaven and The Righteous of Hell, Volume 2” (8/10)

    Druga część płyty w zasadzie nie odbiega muzycznie od pierwszej, słychać, że utwory zostały nagrane w tym samym czasie i stylu. Niestety w tym przypadku całość prezentuje się trochę gorzej i chwilami nawet można odnieść wrażenie, że trafiło tutaj sporo kawałków, które nie były dostatecznie dobre aby znaleźć się na pierwszej i ważniejszej części nowego krążka. Oczywiście mimo wszystko jest to dobry album i słuchając najnowszego dzieła zespołu należy zabrać się za obie części, które stanowią pewną całość.

    Trivium “Vengeance Falls” (8/10)

    Tego zespołu nikomu nie trzeba przedstawiać, zwykle albo się ich kocha albo nienawidzi. No cóż… trochę brakuje im własnego stylu więc zwykle inspirują się (niektórzy nazywają to po prostu zżynaniem) innymi zespołami co jest głównym powodem krytyki, mimo wszystko ich muzyka zawsze dobrze brzmi, inspiracja różnymi zespołami sprawia, że zawsze brzmią trochę inaczej więc nie są nudni czy schematyczni a Matt ma dobry wokal co z kolei dla innych ludzi jest powodem do zachwycania się nimi. To tak krótko o zespole a teraz czas na krótki opis nowego albumu. Zazwyczaj trzymali się rejonów metalcore i Thrash metalu ale tym razem za sprawą Davida Draiman’a z Disturbed, który był producentem a także dawał Mattowi lekcje śpiewu muzyka nabrała nowego innego niż wcześniej brzmienia. Przede wszystkim znacznie mniej tu solówek i ogólnie skomplikowanego grania, tym razem muzyka jest trochę prostsza i mniej urozmaicona za to bas brzmi ciężej, jest lepiej słyszalny i głębszy niż na wcześniejszych albumach, oczywiście wokal również się zmienił. Niektórzy krytykowali ich i zarzucali nadmierne zdisturbedacenie się, mnie jednak się podoba ta zmiana, muzyka nabrała świeżości a poszczególne kawałki są przyjemne w słuchaniu.

    Chimaira “Crown Of Phantoms” (7/10)

    Płyta sama w sobie nie jest zła i może dałbym wyższą ocenę gdyby to nie chodziło o Chimaira bo jak na kogoś kto przyzwyczaił nas do wydawania samych zajebistości ta płyta wypada po prostu średnio. Niby powinna zadowolić fanów ostrzejszego grania bo ilość melodyjności i czystego wokalu zostały ograniczone tu do minimum, jednak z drugiej strony nie dali niczego w zamian. Efekt jest taki, że całość po prostu nie ma tego czegoś, kawałki są zbyt podobne do siebie i prawdę mówiąc chwilami zwyczajnie nudzi. Mam nadzieję, że do następnego krążka przemyślą sobie parę spraw i wrócą do starego dobrego grania w stylu wcześniejszych pozycji z dyskografii.

    Soulfly “Savages” (7/10)

    Jak dowiedziałem się, że wydają nowy album pomimo, że ostatni wyszedł w zeszłym roku to obawiałem się jakiegoś pójścia na łatwiznę z ich strony i wydania jakieś płytki z odpadków po zeszłorocznej sesji nagraniowej, które nie były dość dobre aby znaleźć się na Enslaved nawet jako bonus tracki. Tym czasem jednak dostaliśmy świeży, dobrze zrobiony krążek, który IMO jest nawet trochę lepszy od poprzedniego. Nie ma co tu dużo pisać bo jak gra Soulfly każdy pewnie wie, trzymają się swojego stylu tak więc możemy tu uświadczyć mocnego basu, popisów gitarowych i dużo energii. Album od początku do końca jest ciężki i szybki bez zbędnych zwolnień i słodzenia, to co się zmieniło to większe zróżnicowanie utworów jak i samego głosu Maxa, który w pełni pokazał swoje możliwości.

    Korn “The Paradigm Shift” (7/10)

    Nowe dzieło CukuЯydzy… trochę trudno ich ocenić bo z jednej strony jest duża poprawa w warstwie instrumentalnej (może to zasługa powrotu Heada), jest ciekawie, różnorodnie, chwilami całkiem ciężko a bas dawno nie brzmiał u nich tak dobrze, z drugiej jednak strony album ma trochę wad do których należą: chwilami powielanie starych schematów (wrażenie, że gdzieś się to już słyszało ale lepiej wykonane), miejscami nadmierne łagodzenie brzmienia chyba po to aby móc się do radia załapać (przede wszystkim singlowy kawałek Never Never), niestety do wad można też zaliczyć coś co zawsze było zaletą a mianowicie głos samego Davisa. Nie wiem z czego to wynika, może to jakiś efekt wypalenia się ale tym razem mogę stwierdzić, że to on jest najsłabszym elementem nowego albumu, brzmi po prostu nudno i wtórnie, dawniej zachwycał potrafiąc i pięknie zaśpiewać i fajnie się wydrzeć a na TPS przez większość czasu jest monotonny śpiewając tekst jakby, wymuszenie i od niechcenia, oczywiście są lepsze momenty ale jest ich zdecydowanie za mało. Jest jeszcze jedna wada wynikająca z poprzednich, które opisałem a jest nią syndrom niewykorzystanego potencjału jaki występuje w kilku kawałkach a chyba najlepszym przykładem jest tu Punishment Time. Początkowy riff zapowiada zajebisty kawałek, jest szybko, ciężko agresywnie aż głowa zaczyna latać w tempie gitar i jakbym miał wtedy przez sobą talerz płatków śniadaniowych to już miałbym na twarzy i włosach pełno choccapicu. Po chwili jednak zaczyna się refren… trochę zawód bo jest spokojniejsza z czystym wokalem ale źle nie jest bo Korn maja pełno genialnych kawałków zbudowanych na zasadzie „mocne intro, dalej lekka zwrotka po której następuje mocny refren” tak więc czekam na dalszy rozwój kawałka. Zaczyna się refren, znowu ten cudny riff, teraz już tylko czas na mocny wokal a tu… byle jaki skoczny refrenik zaśpiewany słodkim głosikiem, który bardziej przypomina Misia Colargola niż Davisa jakiego znamy rozpiepsując tym cały tak dobrze zapowiadający się kawałek. Album ma swoje wady ale jednak aby nikogo nie zniechęcić od razu do słuchania dodam na koniec, że mimo wszystko IMO jest on trochę lepszy od wszystkiego wydanego od SYOTOS więc może jeśli Jonathan weźmie się za siebie to następna płyta ma szansę naprawdę pozytywnie nas zaskoczyć.

    Mutiny Within “Mutiny Within 2 Synchronicity” (6/10)

    Drugi album amerykańskich progressiveMelodicDeathMetalowców którzy w swojej muzyce zawarli też pewne elementy metalcore’u. Pierwsza obserwacja to gorsze pierwsze wrażenie jakie robi album w porównaniu do debiutu, który w pierwszej chwili był pozytywnym zaskoczeniem i dopiero po którymś z kolei odsłuchu zaczynał lekko nudzić. Tutaj niestety takie zjawisko pojawiło się dużo szybciej a to bardzo niedobrze kiedy coś robi nieszczególne pierwsze wrażenie po czym szybko nudzi. Ale zamiast przechodzić od razu do krytyki opiszę po prostu pokrótce cechy ich nowego krążka. Całość ma standardowe 45 minut, od razu da się zauważyć, że muzyka jest lżejsza niż wcześniej i tu pojawia się jedna z wad: chwilami robi się po prostu za słodko bo screamów jest tu bardzo niewiele a za to czysty wokal jest bardzo melodyjny przy akompaniamencie lekko i wysoko grających gitar. Kolejna sprawa, że utwory są bardzo podobne do siebie a chwilami można odnieść wrażenie powtarzalności się tych samych refrenów w różnych kawałkach. Jeśli chodzi o wokal to tym razem praktycznie nie ma tych naleciałości z Power metalu (czytaj wokalista chwilami zaczynał wyć jak kastrowany kojot) ale w ich przypadku to akurat było zaletą. Tak naprawdę to na uwagę na pewno zasługuje tu kawałek In My Veins, który prezentuje bardzo wysoki poziom, reszta niestety jest już mniej ciekawa lub nawet po prostu średnia, niestety można stwierdzić, że niezbyt wyszedł im ten powrót po kilku latach.

    Drowning Pool “Resilience” (6/10)

    No cóż… to kolejna płyta zespołu po, której pojawia się myśl: „Tragedii nie ma ale to nie ma nic wspólnego z prawdziwym Drowning pool więc po śmierci Dave’a powinni po prostu zmienić nazwę”. Znowu zmienił się wokalista co spowodowało kolejną zmianę w muzyce zespołu i tym razem otrzymaliśmy… typowe rockowe granie bez większych wad czy zalet a cały album przelatuje przez odtwarzacz jak kolejny trampek przez ręce chińskiego dziecka pracującego w fabryce za miskę ryżu nie pozostawiając większych wrażeń.

    Fractal Gates “Beyond The Self” (6/10)

    Fractal Gates… hm… kiedy zabierałem się za zapoznanie z ich dyskografią naczytałem się pełno pozytywnych opinii o nich, że tacy wspaniali, klimatyczni i odkrywczy jednak po przesłuchaniu ich obu płyt mogę stwierdzić… że są po prostu OK. Drugi album jest ścisłą kontynuacją pierwszej ale niech będzie, że skoncentruję się na tej drugiej zresztą jedyną różnicą jest dodanie gdzieniegdzie partii czystego wokalu. Wokal na pewno nie jest tu najlepszą stroną – po prostu brzmi jak w dziesiątkach innych zespołach grających melodic death metal / progressive metal. Instrumentalnie wypadają już dużo lepiej, sporo malowniczych riffów chociaż pod tym względem jeszcze daleko im do Insomnium. Budowa utworów… w zasadzie nic nadzwyczajnego, jako całość brzmi całkiem dobrze ale przy próbie analizowania poszczególnych kawałków nagle się okazuje, że w zasadzie wszystko jest po prostu średnie, mało oryginalne i raczej brzmi dość podobnie do siebie no i brakuje tu tzw. Killerów, które mogły by uratować całość i zachęcić do powrotu do płyty przynajmniej ze względu na nie. Podsumowując: można tego posłuchać z ciekawości ale też nic się nie straci nie słuchając ich w ogóle, muza raczej do lecenia sobie gdzieś w tle podczas obierania ziemniaków niż do wsłuchiwania się i przeżywania muzycznej ekstazy.

    August Burns Red “Rescue & Restore” (6/10)

    Coś kiepsko tym razem… wcześniej nie można sie było nudzić przy ich muzyce I zawsze było w nich coś takiego, co odróżniało ich spośród setek dość podobnie grających zespołów. Tym razem otrzymaliśmy wtórną mało oryginalną płytę, która po przesłuchaniu nie zostawia większych wrażeń czy chęci do ponownego odsłuchu całości czy chociaż wybranych utworów. Czyżby zaczęli się wypalać? Już na poprzednim albumie dało się zauważyć spadek formy ale ogólnie było OK., teraz jednak wydali coś co jest wyraźnym powodem do zmartwień dla fanów.
  • 2013

    18 Jan 2014, 18:43 by oOo0o0o0oOo

    dojebane
    Boards of Canada - Tommorow's Harvest
    Burial - Rival Dealer
    Colin Stetson - New History Warfare Vol. 3 - To See More light
    Charles Bradley - Victim of Love
    DJ Frane - Hi Dusty Stranger
    Earl Sweatshirt - Doris
    Factory Floor - Factory Floor
    Forest Swords - Engravings
    Mark McGuire - The Sounds of Xmas
    Ryoji Ikeda - Supercodex
    Pantha Du Prince & The Bell Laboratory - Elements of Light
    William Basinski - Nocturnes

    dobre
    Blondes - Swisher
    Bonobo - The North Borders
    Deepchord - 20 Electrostatic Soundfields
    Devendra Banhart - Mala
    Fire! - (Without Noticing) /// Exit
    Ital Tek - Control
    Holden - The Inheritors
    Kurt Vile - Wakin On A Pretty Daze
    Machinedrum - Vapor City
    Om Unit - Threads
    Oneohtrix Point Never - R Plus Seven
    Shigeto - No Better Time Than Now
    Tim Hecker - Virgins
    Tokimonsta - Half Shadows
    The Field - Cupid's Head

    warte sprawdzenia
    #tyytan Cień chmury nad ukrytym polem Późne królestwo
    AGF - Source Voice /// Kuuntele
    Autechre - Exai
    Bibio - Silver Wilkinson
    Daft Punk - Random Access Memories
    DJ Koze - Amygdala
    Deltron 3030 - Event 2
    Fuck Buttons - Slow Focus
    Iron & Wine- Ghost On Ghost
    Jeremiah Cymerman - Sky Burial
    John Hopkins - Immunity
    Kanye West - Yeezus
    Stellar OM Source - Joy One Mile
    Steven R. Smith - Ulaan Passerine /// split with Ulaan Khol
    Talib Kweli - Prisoner of Conscious
    Tricky - False Idols
    Tyler, The Creator - Wolf
    Steven R. Smith- Ulaan Passerine
    Washed Out - Paracosm
    Zomby - With Love
  • Rok 2013 top 20

    15 Jan 2014, 20:37 by amnezjusz

    Top 20 bo tyle płyt z 2013 roku przesłuchałem xD No, tyle. Listę dzielę na część w której znajda się płyty które mi się bardzo spodobały i taką które mi się 'tylko' spodobały. Nie trafiłem na rzecz które mnie nie podeszły :] No to go.

    BARDZO FAJNE PŁYTY:


    Gorguts – ”Colored Sands”



    Jaimeo Brown – ”Transcendence”



    John Tchicai – “Tribal Ghost”



    Ulaan Passerine - "Ulaan Passerine"



    Fire! - "Without Noticing"


    FAJNE PŁYTY:


    Coffins - "Fleshland"



    Rodrigo Amado Motion Trio + Jeb Bishop - "The Flame Alphabet"



    Obliteration - "Black Death Horizon"



    Hera + Hamid Drake - "Seven Lines"



    Made to Break - "Lacerba"



    Frank Rosaly - "Cicada Music"



    Mary Halvorson Septet - "Illusionary Sea"



    Colin Stetson - "New History Warfare vol. 3"



    Taylor Ho Bynum Sextet - "Navigation"



    DKV Trio + Mats Gustafsson, Massimo Pupillo and Paal Nilssen-Love - "Schl8hof "



    Stomach Earth - "Stomach Earth"



    SPOKO PŁYTKI:
    Wacław Zimpel - "Stone Fog"
    Petre Inspirescu - "Fabric 68"
    Inga Copeland - "Don't Look Back, That's Not Where You're Going EP"
    White Trash Blues Revival - "Now Honey, Now Baby, Now Listen..."

    Joł.
  • 2013 - the best of, the worst of & all in between

    6 Jan 2014, 20:49 by MATI9630

    2013.
    Pretty solid year, musically speaking.

    As usual, if you find the ratings to high, use your own scale. Mine goes in lines of:
    <= 4 - will cause damage to your ears
    4.5 - 5.5 - not worth bothering
    6-6.5 - average, if you really love the band, you may give it a go.
    7 - not bad, if you like the band/genre, you might be interested in this tier's album
    7.5 - good.
    8 - very good, recommended for everyone
    All albums above 8 are personal favorites of mine and also the ones that you should check out first.


    1/10
    The Browning - Hypernova

    3/10
    Bring Me the Horizon - Sempiternal

    4/10
    Amaranthe - The Nexus
    For the Imperium - Hail The Monsters
    Mutiny Within - Synchronicity

    4.5/10
    Queensryche - Frequency Unknown

    5/10
    Dark Age - A Matter of Trust
    Hatebreed - The Divinity Of Purpose

    5.5/10
    Sacred Oath - Fallen

    6/10
    Aska - Fire Eater
    Atrocity - Okkult
    Beastwars - Blood Becomes Fire
    Cardiant - Verge
    Dark Moor - Ars Musica
    Ephel Duath - Hemmed By Light, Shaped By Darkness
    Ministry - From Beer to Eternity
    Misery Signals - Absent Light
    Running Wild - Resilient
    The Safety Fire - Mouth of Swords
    Visions of Atlantis - Ethera

    6.5/10
    A Sound of Thunder - Time's Arrow
    Asgard - Outworld
    Benea Reach - Possession
    Daft Punk - Random Access Memories
    DGM - Momentum
    Hammerforce - Access Denied
    Hibria - Silent Revenge
    Huntress - Starbound Beast
    Jungle Rot - Terror Regime
    Megadeth - Super Collider
    Mindmaze - Mask of Lies
    Nine Inch Nails - Hesitation Marks
    Ovid's Withering - Scryers of the Ibis
    Pearl Jam - Lightning Bolt
    Power Trip - Manifest Decimation
    Sepultura - The Mediator Between The Head And Hands Must Be The Heart
    Soulfly - Savages
    Thrawsunblat - Wanderer on the Continent of Saplings
    Tristania - Darkest White
    Turisas - Turisas2013 - however, the album's name gets 0/10...

    7/10
    Aeternus - And The Seventh His Soul Detesteth
    Altar of Plagues - Teethed Glory and Injury
    Anneke van Giersbergen - Drive
    Annihilator - Feast
    Arsis - Unwelcome
    Ashes of Ares - Ashes Of Ares
    Battlecross - War of Will
    Blackfield - Blackfield IV
    Chaostar - Anomima
    Children of Bodom - Halo of Blood
    Coffins - The Fleshland
    Dagoba - Post Mortem Nihil Est
    Deafheaven - Sunbather
    Diamond Plate - Pulse
    Doomriders - Grand Blood
    Dream Theater - Dream Theater
    Dreamtale - World Changed Forever
    Edenbridge - The Bonding
    Essence - Last Night Of Solace
    Fire! - (Without Noticing)
    Gama Bomb - The Terror Tapes
    Gwar - Battle Maximus
    Hanging Garden - At Every Door
    Inquisition - Obscure Verses for the Multiverse
    Iron Mask - Fifth Son of Winterdoom
    Jorn - Traveller
    Katalepsy - Autopsychosis
    Kill Devil Hill - Revolution Rise
    Kingdom Come - Outlier
    Krokus - Dirty Dynamite
    Månegarm - Legions Of The North
    Magnus Karlsson's Free Fall - Magnus Karlsson's Free Fall
    Manilla Road - Mysterium
    Masterplan - Novum Initium
    Mercenary - Through Our Darkest Days
    Metal Church - Generation Nothing
    Misanthrope - Ænigma Mystica
    Mouth of the Architect - Dawning
    Noumena - Death Walks with Me
    Pessimist - Death from Above
    Philip H. Anselmo & The Illegals - Walk Through Exits Only
    Poisonblack - Lyijy
    Pryapisme - Hyperblast Super-Collider
    Shock - Once Denied
    Skid Row - United World Rebellion - Chapter One
    Skiltron - Into the Battleground
    Stratovarius - Nemesis
    Stryper - No More Hell To Pay
    SuidAkrA - Eternal Defiance
    The Answer - New Horizon
    The Devil's Blood - III: Tabula Rasa or Death and the Seven Pillars
    Toxic Holocaust - From the Ashes of Nuclear Destruction
    Toxic Holocaust - Chemistry of Consciousness
    Until Rain - Anthem To Creation
    Watain - The Wild Hunt
    W.E.T. - Rise Up
    Wisdom - Marching For Liberty

    7.5/10
    Aborym - Dirty
    Agathodaimon - In Darkness
    Airbourne - Black Dog Barking
    Alice in Chains - The Devil Put Dinosaurs Here
    Anthrax - Anthems
    Antigama - Meteor
    Anvil - Hope in Hell
    Artillery - Legions
    Atlantean Kodex - The White Goddess (A Grammar Of Poetic Myth)
    Avantasia - The Mystery of Time
    Black Sabbath - 13
    Chthonic - Bú-Tik
    Church of Misery - Thy Kingdom Scum
    Civil War - The Killer Angels
    Coldspell - Frozen Paradise
    Comedy of Error - Fanfare & Fantasy
    Cronian - Erathems
    Darkthrone - The Underground Resistance
    Deeds of Flesh - Portals to Canaan
    Deep Purple - Now What?!
    Deus Mortem - Emanations of the Black Light
    Disperse - Living Mirrors
    Dream Death - Somnium Excessum
    Esben and the Witch - Wash the Sins Not Only the Face
    Eternal Tears of Sorrow - Saivon Lapsi
    Evile - Skull
    Exhumed - Necrocracy
    Fates Warning - Darkness In A Different Light
    Fire! Orchestra - Exit!
    Fleshgod Apocalypse - Labyrinth
    Fractal Gates - Beyond the Self
    Free Fall - Power & Volume
    Finntroll - Blodsvept
    Frosttide - Awakening
    Fuck Buttons - Slow Focus
    Fuzz - Fuzz
    Howl - Bloodlines
    Illusion Suite - The Iron Cemetery
    James Labrie - Impermanent Resonance
    Jesu - Every Day I Get Closer To The Light From Which I Came
    Joe Satriani - Unstoppable Momentum
    Katatonia - Dethroned & Uncrowned
    Lord - Digital Lies
    Magic Circle - Magic Circle
    Monstrum - Czas
    Moon Safari - Himlabacken Vol. 1
    Mortillery - Origin Of Extinction
    Motörhead - Aftershock
    My Bloody Valentine - m b v
    My Dying Bride - The Manuscript
    MyGrain - Planetary Breathing
    Nails - Abandon All Life
    Newsted - Heavy Metal Music
    Obliteration - Black Death Horizon
    Oliva - Raise the Curtain
    Palms - Palms
    Pelican - Forever Becoming
    Pink Cream 69 - Ceremonial
    Protest the Hero - Volition
    Queensryche - Queensryche
    Rhapsody of Fire - Dark Wings of Steel
    Rosetta - The Anaesthete
    Satyricon - Satyricon
    Scale the Summit - The Migration
    Shining - One One One
    Sinister Realm - World of Evil
    Sodom - Epitome Of Torture
    Sound of Contact - Dimensionaut
    Subsignal - Paraíso
    Suicidal Tendencies - 13
    TesseracT - Altered State
    The Aurora Project - Selling the Aggression
    The Black Dahlia Murder - Everblack
    The Dillinger Escape Plan - One of Us Is the Killer
    The Gathering - Afterwords
    The Winery Dogs - The Winery Dogs
    Thyrfing - De ödeslösa
    Tides From Nebula - Eternal Movement
    Tomahawk - Oddfellows
    Trauma - Karma Obscura
    Turbo - Piąty Żywioł
    Vicious Rumors - Electric Punishment
    Voivod - Target Earth
    Vreid - Welcome Farewell
    White Wizzard - The Devils Cut
    Willowglass - The Dream Harbour
    Wine From Tears - Glad To Be Dead

    8/10
    A Pale Horse Named Death - Lay My Soul to Waste
    Abnormal Thought Patterns - Manipulation Under Anesthesia
    Age of Taurus - Desperate Souls of Tortured Times
    Amon Amarth - Deceiver of the Gods
    Ampacity - Encounter One
    Anciients - Heart of Oak
    Anima Mundi - The lamplighter
    Argus - Beyond the Martyrs
    ASG - Blood Drive
    Autopsy - The Headless Ritual
    Ayreon - The Theory of Everything
    BELIEVE - The Warmest Sun in Winter
    Big Big Train - English Electric (Part Two)
    Birds and Buildings - Multipurpose Trap
    Blaak Heat Shujaa - The Edge Of An Era
    Black Pyramid - Adversarial
    Black Star Riders - All Hell Breaks Loose
    Blood Tsunami - For Faen!
    Bombus - The Poet And The Parrot
    Bölzer - Aura
    Caligula's Horse - The Tide, The Thief & River's End
    Carcass - Surgical Steel
    Cathedral - The Last Spire
    Celeste - Animale(s)
    Chainsaw - War of Words
    Chelsea Wolfe - Pain Is Beauty
    Cloudkicker - Subsume
    Corrections House - Last City Zero
    Cult of Luna - Vertikal II
    David Bowie - The Next Day
    Death Angel - The Dream Calls For Blood
    Dropkick Murphys - Signed and Sealed in Blood
    Earthless - From the Ages
    Endless Boogie - Long Island
    Enforcer - Death By Fire
    Enshine - Origin
    Entropia - Vesper
    Evan brewer - Your Itinerary
    Exivious - Liminal
    Extol - Extol
    Falkenbach - Asa
    Forest Swords - Engravings
    Fright Pig - Out Of The Barnyard
    Ghost - If You Have Ghost
    Ghost - Infestissumam
    Gorguts - Colored Sands
    Hacride - Back To Where You've Never Been
    Haken - The Mountain
    Hail of Bullets - III: The Rommel Chronicles
    Hatchet - Dawn of the End
    Havok - Unnatural Selection
    Hela - Broken Cross
    Henry Fool - Men Singing
    Horisont - Time Warriors
    Hypocrisy - End Of Disclosure
    In Solitude - Sister
    Intronaut - Habitual Levitations (Instilling Words With Tones)
    Jex Thoth - Blood Moon Rise
    Jolly - The Audio Guide to Happiness (Part 2)
    Kadavar - Abra Kadavar
    Kalmah - Seventh Swamphony
    Karnivool - Asymmetry
    Kingcrow - In Crescendo
    Kvelertak - Meir
    Leash Eye - Hard Truckin' Rock
    Lingua Mortis Orchestra - LMO
    Long Distance Calling - The Flood Inside
    Lunarsea - Hundred Light Years
    Lycus - Tempest
    Magenta - The Twenty Seven Club
    Memory Garden - Doomain
    Monolithe - Monolithe IV
    Monomyth - Monomyth
    Monster Magnet - Last Patrol
    Monster Truck - Furiosity
    Motorpsycho - Still Life With Eggplant
    Mourning Beloveth - Formless
    New Keepers of the Water Towers - Cosmic Child
    Nosound - Afterthoughts
    Not a Good Sign - Not a Good Sign
    Obelyskkh - Hymn To Pan
    Oblivion Sun - The High Places
    Obscure Sphinx - Void Mother
    October Tide - Tunnel of No Light
    Officium Triste - Mors Viri
    Omnium Gatherum - Beyond
    Onslaught - VI
    Oranssi Pazuzu - Valonielu
    Orchid - The Mouths of Madness
    Orphaned Land - All Is One
    Powerwolf - Preachers of the Night
    Pretty Maids - Motherland
    Procession - To Reap Heavens Apart
    Purson - The Circle & The Blue Door
    Red Fang - Whales and Leeches
    Revocation - Revocation
    Rotting Christ - Kata Ton Daimona Eaytoy
    Russian Circles - Memorial
    Sahg - Delusions Of Grandeur
    Samsara Blues Experiment - Waiting For The Flood
    Satan - Life Sentence
    Saxon - Sacrifice
    Scorpion Child - Scorpion Child
    Seventh Dimension - Circle of Life
    Sigur Rós - Kveikur
    Shade Empire - Omega Arcane
    Skeletonwitch - Serpents Unleashed
    Soilwork - The Living Infinite
    Spiritual Beggars - Earth Blues
    Spock's Beard - Brief Nocturnes and Dreamless Sleep
    Steak Number Eight - The Hutch
    Steven Wilson - The Raven That Refused to Sing (and Other Stories)
    Stick Men - Deep
    Stonehenge - Bunch Of Bisons
    Subrosa - More Constant Than The Gods
    T - Psychoanorexia
    The Aristocrats - Culture Clash
    The Black Angels - Indigo Meadow
    The Black Heart Rebellion - Har Nevo
    The Fall of Every Season - Amends
    The Flaming Lips - The Terror
    The Flight of Sleipnir - Saga
    The Flower Kings - Desolation Rose
    The Flying Eyes - Lowlands
    The Ruins of Beverast - Blood Vaults - The Blazing Gospel of Heinrich Kramer
    The Ultra Electric Mega Galactic - The Ultra Electric Mega Galactic
    The Vision Bleak - Witching Hour
    The Windmill - The Continuation
    Tribulation - The Formulas of Death
    Twilight of the Gods - Fire On the Mountain
    U.D.O. - Steelhammer
    Ulcerate - Vermis
    Ulver - Messe I.X - VI.X
    Uncle Acid and the Deadbeats - Mind Control
    Uneven Structure - 8
    Violent Silence - A Broken Truce
    Vista Chino - Peace
    Volbeat - Outlaw Gentlemen & Shady Ladies
    Votum - Harvest Moon
    Vulture Industries - The Tower
    Wardruna - Runaljod – Yggdrasil
    Warlord - The Holy Empire
    Wastefall - Meridiem
    When Nothing Remains - THY DARK SERENITY
    Windhand - Soma
    Wisdom Of Crowds - Wisdom of Crowds
    Witherscape - The Inheritance
    Wolf People - Fain
    Wolfchant - Embraced by Fire
    Wolfheart - Winterborn
    Year of No Light - Tocsin

    8.5/10
    Amorphis - Circle
    Ataraxie - L'Etre et la Nausée
    Audrey Horne - Youngblood
    Avatarium - Avatarium
    Dark Tranquillity - Construct
    Helloween - Straight Out Of Hell
    Ihsahn - Das Seelenbrechen
    Kylesa - Ultraviolet
    Persefone - Spiritual Migration
    Queens of the Stone Age - ...Like Clockwork
    Summoning - Old Mornings Dawn
    Von Hertzen Brothers - Nine Lives



    Let's spice things up a bit, shall we?
    Ladies and gentlemen, it is my pleasure to announce you top 15 albums of 2013.
    Starting with #15, still with 8.5 rating...


    Nick Cave and the Bad Seeds - Push the Sky Away



    #14

    The Ocean - Pelagial



    #13

    Kayo Dot - Hubardo



    #12

    Clutch - Earth Rocker



    #11

    Progenie Terrestre Pura - U.M.A.



    #10

    Monkey3 - The 5th Sun




    With 9/10 comes also #9.

    Hell - Curse & Chapter



    #8

    Blindead - Absence



    #7

    Àrsaidh - Roots



    #6

    Cult of Luna - Vertikal



    #5

    In Vain - Ænigma






    #4
    Leprous - Coal




    And now, the top 3. Also, 9.5/10.


    #3

    Blood Ceremony - The Eldritch Dark



    #2

    Thunderbaum - Night Of The Lizards




    #1 and, obviously, Album of the Year is...


    Riverside - Shrine of New Generation Slaves




    That'd be all, thanks for reading, if anyone has. Love/hate comments are welcome. Neutral too.

    Total amount of albums rated: 362
    Average: 7.533149
  • 2013 or: Another one of my most objective summaries in the Universe

    12 Jan 2014, 19:40 by Mrozikos667

    Well, one more fantastic year in music has passed. Surely 2014 also won't disappoint because you know what? Every year in music is fantastic as long as you want to explore and constantly look for new stuff. And that's precisely what I did in constant quest for broadened horizons, so don't give me that crap about how bad 2013 was. So yeah, last year, when I rated 250 albums, I solemnly vowed to myself that it won't happen again, that it's just too much music to listen and rate properly. As you can see, that totally worked out, as I have only 325 albums in this year's list. All right, without further ado - here it is, the only 2013 summary you should pay attention to!

    1/10:
    The Browning - Hypernova The Worst Album of the Year
    Falling in Reverse - Alone (single)

    2/10:
    Blessthefall - Hollow Bodies
    Bullet for My Valentine - Temper Temper
    Christopher Lee - Charlemagne: The Omens of Death
    Queensrÿche - Frequency Unknown

    2.5/10:
    Myslovitz - 1.577

    3/10:
    Amaranthe - The Nexus
    Skrillex - Leaving EP
    Tank - Breath of the Pit

    3.5/10:
    Crystal Fighters - Cave Rave

    4/10:
    Alpha Tiger - Beneath the Surface
    Castevet - Obsian
    Deafheaven - Sunbather
    Dream Theater - Dream Theater The Disappointment of the Year
    Eminem - The Marshall Mathers LP 2
    Vienna Teng - Aims

    4.5/10:
    Clipping - midcity
    Damned Creed - Choose A Side
    Ten Typ Mes - Ten Typ Mes i Lepsze Żbiki

    5/10:
    Abyssal - Novit enim Dominus qui sunt eius
    After the Burial - Wolves Within
    Annihilator - Feast
    Armory - Empyrean Realms
    Born of Osiris - Tomorrow We Die ∆live
    Dysmorphic - A Notion of Causality
    Hatriot - Heroes Of Origin
    In Death It Ends - Occvlt Machine
    Jorn - Traveller
    Kodaline - The High Hopes EP
    Metal Church - Generation Nothing
    Power Trip - Manifest Decimation
    Rosetta - The Anaesthete
    Soilwork - The Living Infinite
    Tarja - Colours in the Dark

    5.5/10:
    Airbourne - Black Dog Barking
    Bleed from Within - Uprising
    Cloud Rat - Moksha
    Mielzky - 1.5
    Orchid - The Mouths of Madness
    Red Line Chemistry - Tug of War
    Andrew Stockdale - Keep Moving

    6/10:
    Arsis - Unwelcome
    Autopsy - The Headless Ritual
    Black Sabbath - 13
    Blood Red Throne - Blood Red Throne
    The Body - Christs, Redeemers
    Bonobo - The North Borders
    The Catharsis - Romance
    Circles - Infinitas
    CocoRosie - Tales of a GrassWidow
    Corrections House - Last City Zero
    Counterparts - The Difference Between Hell and Home
    Defeated Sanity - Passages Into Deformity
    The Devil Wears Prada - 8:18
    Entrails - Raging Death
    For the Imperium - Hail The Monsters
    God Is An Astronaut - Origins
    HAIM - Days Are Gone
    Heart in Hand - Almost There
    Howl - Bloodlines
    Huntress - Starbound Beast
    Karnivool - Asymmetry
    Malefice - Five
    My Bloody Valentine - m b v
    Naked Brown - Not so Bad
    Neaera - Ours Is the Storm
    Rhapsody of Fire - Dark Wings of Steel
    Sepultura - The Mediator Between The Head And Hands Must Be The Heart
    Sodom - Epitome Of Torture
    Suffocation - Pinnacle Of Bedlam
    Terra Tenebrosa - The Purging
    U.D.O. - Steelhammer
    VHÖL - VHÖL
    Volbeat - Outlaw Gentlemen & Shady Ladies

    6.5/10:
    A$AP Rocky - Long.Live.A$AP
    Alice in Chains - The Devil Put Dinosaurs Here
    Animators - Magic.Madness.Memphis
    Anti Tank Nun - Fire Follow Me
    Caladan Brood - Echoes of Battle
    Denouncement Pyre - Almighty Arcanum
    The Devil's Blood - III: Tabula Rasa or Death and the Seven Pillars
    Disperse - Living Mirrors
    Killswitch Engage - Disarm The Descent
    Masterplan - Novum Initium
    Palms - Palms
    Paysage d'Hiver - Das Tor
    Saxon - Sacrifice
    Seth - The Howling Spirit
    Tristania - Darkest White
    Vandroya - One
    Warbringer - IV: Empires Collapse
    Wisdom Of Crowds - Wisdom of Crowds

    7/10:
    1926 - Bury The Ghost EP
    1926 - Orphans EP
    Philip H. Anselmo & The Illegals - Walk Through Exits Only
    Antigama - Meteor
    Armed for Apocalypse - The Road Will End
    Avatarium - Avatarium
    Bastille - Bad Blood
    Blut aus Nord - What Once Was... Liber III
    Coffins - Fleshland
    Jamie N Commons - Rumble And Sway EP
    Dante - November Red
    Dark Moor - Ars Musica
    Dreadnought - Lifewoven
    Dreamshade - The Gift of Life
    Essence - Last Night Of Solace
    Eternal Tears of Sorrow - Saivon Lapsi
    Evergreen Terrace - Dead Horses
    Grave Miasma - Odori Sepulcrorum
    Hacride - Back To Where You've Never Been
    Haken - The Mountain
    Havok - Unnatural Selection
    Hessian - Manegarmr
    Immolation - Kingdom of Conspiracy
    Inter Arma - Sky Burial
    Ken Mode - Entrench
    Lingua Mortis Orchestra - LMO
    Long Distance Calling - The Flood Inside
    Misery Signals - Absent Light
    Modern Life Is War - Fever Hunting
    Monster Magnet - Last Patrol
    Newsted - Heavy Metal Music
    O.S.T.R. & Hades - HAOS
    Orphaned Land - All Is One
    Patrons of the Rotting Gate - The Rose Coil
    Pessimist - Death from Above
    Portal - Vexovoid
    Pretty Maids - Motherland
    Svart Crown - Profane
    Thaw - THAW
    Thrawsunblat - Wanderer on the Continent of Saplings
    Justin Timberlake - The 20/20 Experience
    Toner Low - III
    Tyler Bryant and the Shakedown - Wild Child
    Vattnet Viskar - Sky Swallower
    Vista Chino - Peace
    Voivod - Target Earth
    Von Hertzen Brothers - Nine Lives
    Wormed - Exodromos

    7.5/10:
    Arckanum - Fenris kindir
    The Aristocrats - Culture Clash
    Author & Punisher - Women & Children
    Darkside - Psychic
    Demonical - Darkness Unbound
    Disfiguring the Goddess - Black Earth Child
    Disfiguring the Goddess - Deprive
    Evile - Skull
    Fire! - (Without Noticing)
    Fleshgod Apocalypse - Labyrinth
    Fuck Buttons - Slow Focus
    Gorguts - Colored Sands
    Hate - Solarflesh: A Gospel Of Radiant Divinity
    Hierophant - Great Mother: Holy Monster
    Jungbluth - Part Ache
    Leash Eye - Hard Truckin' Rock
    Massemord - A Life-giving Power of Devastation
    The Nihilistic Front - Procession To Annihilation
    Obliteration - Black Death Horizon
    Pariso - Consanguinity
    The Psyke Project - Guillotine
    Purson - The Circle and the Blue Door
    Seeds Of Iblis - Anti Quran Rituals
    SHXCXCHCXSH - Strghts
    Sons Of Aeon - Sons Of Aeon
    Tatvamasi - Parts Of The Entirety
    TesseracT - Altered State
    Truth Corroded - The Saviours Slain
    Uncle Acid - Mind Control
    Vorum - Poisoned Void
    Year of No Light - Tocsin
    W.E.N.A. - Nowa Ziemia
    Witherscape - The Inheritance

    8/10:
    Aborym - Dirty
    Alameda 3 - Późne królestwo
    All Pigs Must Die - Nothing Violates This Nature
    Altar of Plagues - Teethed Glory and Injury
    Artillery - Legions
    Avantasia - The Mystery of Time
    Birds and Buildings - Multipurpose Trap
    The Black Dahlia Murder - Everblack
    Carcass - Surgical Steel
    Chelsea Wolfe - Pain Is Beauty
    Coldspell - Frozen Paradise
    Colleen - The Weighing of the Heart
    Cult of Luna - Vertikal II EP
    Daft Punk - Random Access Memories
    Deep Purple - Now What?!
    Earthless - From the Ages
    Endstille - Kapitulation 2013
    Exhumed - Necrocracy
    Exivious - Liminal
    Falkenbach - Asa
    Fallujah - Nomadic EP
    Fen - Dustwalker
    Forest Swords - Engravings
    Glorior Belli - Gators Rumble, Chaos Unfurls
    Hail of Bullets - III: The Rommel Chronicles
    The Haxan Cloak - Excavation
    Heaven Shall Burn - Veto
    Helloween - Straight Out Of Hell
    Inquisition - Obscure Verses for the Multiverse
    Iwrestledabearonce - Late For Nothing
    Jex Thoth - Blood Moon Rise
    Koldbrann - Vertigo
    Kvelertak - Meir
    Kylesa - Ultraviolet
    Lòdz - Something In Us Died
    Moderat - II
    MyGrain - Planetary Breathing
    Mystic Prophecy - Killhammer
    The National - Trouble Will Find Me
    New Keepers of the Water Towers - Cosmic Child
    No Consequence - IO
    Norma Jean - Wrongdoers
    Oathbreaker - Eros|Anteros
    Obelyskkh - Hymn To Pan
    Oceans of Slumber - Aetherial
    Omnium Gatherum - Beyond
    Oranssi Pazuzu - Valonielu
    Pelican - Forever Becoming
    Peste Noire - Peste Noire
    Plaga - Magia gwiezdnej entropii
    Pretty Lights - A Color Map of the Sun
    Queensrÿche - Queensrÿche
    Red Fang - Whales and Leeches
    Rorcal - VILAGVEGE
    A Sound of Thunder - Time's Arrow
    Spektr - Cypher
    Stray from the Path - Anonymous
    Sulphur Aeon - Swallowed by the Ocean's Tide
    Torture Division - The Sacrifice EP
    TRC - Nation
    Tribulation - The Formulas of Death
    Twilight of the Gods - Fire On the Mountain
    Vulture Industries - The Tower
    Wardruna - Runaljod - Yggdrasil
    Kanye West - Yeezus
    Woe - Withdrawal

    8.5/10:
    Alter Bridge - Fortress
    Amon Amarth - Deceiver of the Gods
    Ampacity - Encounter One
    Austra - Olympia
    Ayreon - The Theory of Everything
    Bardo Pond - Peace On Venus
    Boards of Canada - Tommorow's Harvest
    Nick Cave and the Bad Seeds - Push the Sky Away
    Chimaira - Crown of Phantoms
    CHVRCHES - The Bones of What You Believe
    Clutch - Earth Rocker
    Daughter - If You Leave
    Death Grips - Government Plates
    Deus Mortem - Emanations of the Black Light
    Entropia - Vesper
    Esben and the Witch - Wash the Sins Not Only the Face
    Gris - À L'âme Enflammée, L'äme Constellée...
    In Vain - Ænigma
    Kayo Dot - Hubardo
    The Knife - Shaking the Habitual
    Krimh - Explore
    Monkey3 - The 5th Sun
    Mord'A'Stigmata - Ansia
    Onslaught - VI
    Paramore - Paramore
    Progenie Terrestre Pura - U.M.A.
    Revocation - Revocation
    Rotting Christ - Kata Ton Daimona Eaytoy
    Run the Jewels - Run The Jewels
    Shining - One One One
    Skeletonwitch - Serpents Unleashed
    Spiritual Beggars - Earth Blues
    Stara Rzeka - Cień chmury nad ukrytym polem
    T'ien Lai - Da'at
    The Thing - BOOT!
    Trauma - Karma Obscura

    9/10, entering the territory of awesome:
    Amorphis - Circle
    Arcade Fire - Reflektor
    Arctic Monkeys - AM
    Àrsaidh - Roots
    Asgard - Outworld
    Ataraxie - L'être Et La Nausée
    Audrey Horne - Youngblood
    August Burns Red - Rescue & Restore
    Babooshki - Vesna
    Benea Reach - Possession
    Beneficjenci Splendoru - Bóg, Honor, Mam Talent
    Bring Me the Horizon - Sempiternal
    Celeste - Animale(s)
    Coheed and Cambria - The Afterman: Descension
    Dark Tranquillity - Construct
    Dawn of Midi - Dysnomia
    Death Angel - The Dream Calls For Blood
    Fates Warning - Darkness In A Different Light
    Franz Ferdinand - Right Thoughts, Right Words, Right Action
    Hatchet - Dawn of the End
    Hatebreed - The Divinity Of Purpose
    Hell - Curse & Chapter
    Ihsahn - Das Seelenbrechen
    Jucifer - за волгой для нас земли нет
    L.U.C & Motion Trio - Nic się nie stało
    Leprous - Coal
    Merzbow, Mats Gustafsson and Balázs Pándi - Cuts
    Nails - Abandon All Life
    The Ocean - Pelagial
    Satan - Life Sentence
    Stonehenge - Bunch Of Bisons
    Thunderbaum - Night Of The Lizards
    Trivium - Vengeance Falls
    White Wizzard - The Devils Cut

    9.5/10, beyond awesome:
    Blood Ceremony - The Eldritch Dark
    Bölzer - Aura EP
    The Dillinger Escape Plan - One of Us Is the Killer
    Fire! Orchestra - Exit!
    Hammerforce - Access Denied
    Obscure Sphinx - Void Mother
    Persefone - Spiritual Migration
    Protest the Hero - Volition
    Queens of the Stone Age - ...Like Clockwork
    Riverside - Shrine of New Generation Slaves
    Subrosa - More Constant Than The Gods

    10/10, transcendence:
    Blindead - Absence
    A change in style is always a tricky thing, but these guys pulled it off so easily as if it were no more difficult than eating your morning's croissant. That the sounds became lighter and not so sludge-influenced doesn't mean that the music is less crushing and enticing. Until Behemoth releases the new album - hands down the best Polish metal band.
    Summoning - Old Mornings Dawn
    Considered cheesy by some, for me Summoning's music is equivalent to reading best fantasy books. Driven not by guitars but by synthesizers, it evokes the image of a warrior sounding his horn while standing over the Falls of Rauros. In a word: beyond epic.
    Ulcerate - Vermis
    The best death metal band in the world, they were compared to Gorguts ca. million times. Frankly, they surpassed this threshold long ago and are in a league of their own. Having who may be the best drummer in heavy metal world, they play their hellish, dissonant music like it were the soundtrack to the end of everything.

    667/10 and the title of The Album of the Year:
    Cult of Luna - Vertikal

    Cinematic in the best possible sense of the word, "Vertikal" bursts through the speakers not only with sheer power but - first and foremost - with pure emotions. Even if you're not into this type of music, just sit down and listen for a bit. You will discover that harsh vocals and walls of riffs and synths are a perfect vehicle to tell the story of despair, solitude and love. This album moves me in a way that only the greatest sounds can - I can cry to it while I headbang furiously. Also, try to see them playing this stuff live - unforgettable is a silly understatement.

    Total amount of albums rated: 325
    Average: 7.26 (thought it was lower, actually)

    Here's to exciting 2014! See you in more or less a year. Now - comment. Bash, flame, whatever - every kind of publicity is a good one.
  • Psychodelicznie zawodzący wilkołak.

    10 Jan 2014, 13:48 by Trapciol

    Wolf People - Fain


    Wolf People jest grupą mało znaną w Polsce. Niby „zebrali” wiele ciepłych słów po wydaniu poprzedniej płyty Stepple w 2010 oraz występie na Inorock Festiwal, jednak szybko o nich zapomniano… Nowa płyta przyszła niemal niezauważenie w końcu kwietnia 2013. I mało który portal, wortal czy magazyn muzyczny ją zauważył. A szkoda!

    Album doskonale wpisuje się w obecną tendencję łączenia starych patentów z nowoczesnością. Sam sposób nagrania kojarzyć się może z trendami modnymi kilka dekad temu. Wolf People, niczym onegdaj wielcy Zeppelini, udał się na brytyjską wieś, aby w ciszy i skupieniu nagrać swoje dzieło. I właśnie klimatem lat 60 i 70 przesiąknięty jest ten album. Kompozycje, oparte na dialogu dwóch gitar, od samego początku przynoszą skojarzenia z Wishbone Ash, szczególnie z ich pierwszymi wydawnictwami (taki Argus na przykład). Oczywiście wszystko to jest okraszone znacznie większą ilością psychodelii.

    Ciężko wyróżnić jakiś utwór, gdyż wszystkie one stanowią niespotykanie spójną całość. I właśnie w całości najlepiej słucha się tego krążka. Buduje się klimat, który jest największą zaletą wydawnictwa. Każdy utwór budowany jest wokół stoner rockowej, nisko grającej sekcji rytmicznej ponad którą wybija się apatyczny głos wokalisty. Z drugiej strony album ma nowoczesne, klarowne brzmienie. Ponadto ani przez chwilę nie jest nudno, każdy utwór wzbogacony jest mnóstwem ciekawych efektów dźwiękowych. Wszystko to pozwala na pełen odlot, a chyba o to głównie chodzi w muzyce psychodelicznej.
  • Favourite 13 of 2013

    5 Jan 2014, 11:38 by soundaddict

    No i kolejny rok, kiedy to czasu na muzykę było mniej niż bym tego chciał. Na szczęście nie zmienia to faktu, że bez problemu wybrałem trzynaście świetnych krążków do zestawienia. I wbrew ohydnym pomówieniom, nie są to jedyne przesłuchane przeze mnie płyty w tym roku. Smuci mnie mała ilość zaliczonych koncertów, cieszy coraz więcej płyt na półce... tym razem wyjątkowo dużo z tych poniższych już u mnie wylądowało. Sprawdźcie, może też coś kupicie.


    Black Sabbath - 13

    Nowy album staruszków z BS nie zawodzi. Pięknie nawiązuje do zamierzchłej przeszłości zespołu, obawiam się tylko czy wyznacza jakikolwiek kierunek na przyszłość, bo mam takie dziwne przeczuciem, że to będzie ostatnia płyta Sabbath. Jeżeli tak się stanie, to jest to naprawdę piękny pogrzeb. Niektórzy bardzo narzekają na brzmienie tej płyty, mnie jakoś szczególnie ono nie boli. A może po prostu trzeba kupić płytę zamiast słuchać mp3?


    Blindead - Absence

    Affliction to bardzo dobry album, ale w mojej ocenie Autoscopii nie przebija. Absence to już zupełnie inna bajka i chyba dobrze się stało, bo nowe Blindead nie chce się ode mnie odczepić. Fakt, że czasami aż brakuje mi porządnego przyłożenia na tej płycie, ale ostatecznie całość wypada wyśmienicie. Ciekaw jestem co przyniesie przyszłość.


    Bring Me The Horizon - Sempiternal

    Zespół który budzi sporo kontrowersji, gdyby mnie to jednak obchodziło to Sempiternal nie zagościłby w moim zestawieniu. Grunt, że kontynuując i rozwijając styl obrany na poprzednim albumie, Bring Me The Horizon po raz kolejny już nagrywa świetny krążek. No podoba mi się no, to co mam zrobić, udawać że nie?


    Cult Of Luna - Vertikal

    Trochę na następcę Eternal Kingdom trzeba było czekać, ale udało się powtórzyć sukces. Najciekawsze, że największe wrażenie robią na mnie wszystkie "niemetalowe" rzeczy, które się tu dzieją.


    Deep Purple - Now What?!

    Naczytałem się o tej płycie wiele dobrego. I jest to jeden z niewielu albumów, których nie słuchałem przed ich zakupem. Nie mogłem sobie jednak odmówić tej przyjemności. Recenzje nie kłamały, naprawdę jest aż tak dobrze. Niestety tu podobnie jak w przypadku Sabbs, mam dziwne przeczucie nadchodzącego końca.


    For The Imperium - Hail The Monsters

    Kolejny rok z rzedu ta dziwaczna ekipa wskakuje do zestawienia. Album jako całość jest bardziej zwarty, powiedziałbym sensowniejszy, ale na tej płycie generalnie nic nie ma sensu. I o to właśnie chodzi tym porąbanym ludziom, żeby szokować i zaskakiwać słuchacza.


    Hacride - Back to Where You've Never Been

    Ani lepsza, ani gorsza, po prostu inna od poprzedniczki. I biorąc pod uwagę poziom poprzedniego wydawnictwa nie ma w tym nic złego. Szkoda tylko, ze Hacride nadal nie zyskuje należnego uznania. Może następnym razem się uda.


    Heaven Shall Burn - Veto

    Przyznam, że mimo tego, że są uważane za słabszy moment w karierze, to oba Iconoclasty często wracają do mojego odtwarzacza. Chyba HSB to zwyczajnie moja bajka jest, a jak nagrywają płyty jeszcze lepsze, to tym lepiej. Nie waham się napisać, ze Veto jest w tej chwili ich najmocniejszą pozycją.


    Mutiny Within - Synchronicity

    Ekipa, która oskarża internety o niepowodzenie swojego debiutanckiego krążka. Nie ukrywam, że okrutnie mnie to bawi i sprawia, że zespół może się wydawać co najmniej niepoważny. Rozwiązanie zagadki słabej sprzedaży jest banalne, trzeba było nagrać lepszą płytę! Tak jak to zrobili w przypadku Synchronicity, paradoksalnie jednak nie można tego kupić na CD. Życzę im powodzenia w dalszej karierze :D


    Riverside - Shrine of New Generation Slaves

    Riverside wśród najlepszych tego roku chyba nikogo nie zaskakuje. Zaskoczyła natomiast lekka zmiana formuły, z niemal progmetalowej na hard rockową. Jeśli ktoś jakimś cudem jeszcze tego zespołu nie zna, to teraz jest dobry moment aby nadrobić zaległości. Zresztą w ich przypadku każdy moment jest dobry.


    Soilwork - Living Infinite

    Od ładnych kilku lat Soilwork jest gdzieś w czołówce moich ulubionych zespołów (czyli gdzieś w pierwszej setce). Dla nich zniosłem nawet niebywały smród tegorocznych i mam nadzieję ostatnich Ursynaliów. Na początku miałem wrażenie, że mogli z tego zrobić jedną płytę, ale gdybym miał wybrać fragmenty do odrzucenia, to jakoś nie bardzo potrafię.


    Tesseract - Altered State

    Bałem się tej płyty, jak żadnej innej w tym roku, bo ich debiutancki One postawił poprzeczkę bardzo bardzo wysoko. Jednak obawy były niepotrzebne, a gdybym z tego całego zestawienia mógł mieć tylko jeden jedyny album, to byłby nim właśnie ten.


    Turbo - Piąty Żywioł

    Bardziej piosenkowo niż na Strażniku, ale po którymś tam przesłuchaniu zdałem sobie sprawę, że płyta podoba mi się tak samo jak poprzednia. Dodam jeszcze, że Strażnika Światła uważam za jedną z najlepszych pozycji rodzimego heavy metalu. Co to mówi o tej płycie?

    Koniec. Porządek był oczywiście alfabetyczny. A wam i sobie, życzę kolejnego tak przyjemnego muzycznie roku.
    Teraz czas na trolling :)

  • Najleprzi w 2013

    3 Jan 2014, 21:14 by RyszardDedukuje

    1.

    Paysage d'Hiver - Das Tor
    zimno i śnieżnie

    2.

    Alameda Trio - Późne Królestwo
    #Tyytan #1

    3.

    Stara Rzeka - Cień chmury nad ukrytym polem
    #Tyytan #2

    4.

    Gaspar Claus - Jo Ha Kyu
    dużo japońskiej awangardy naraz

    5.

    His Electro Blue Voice - Ruthless Sperm
    włosi rzenrzo i drą ryja

    6. Deafheaven - Sunbather
    najleprzy pedalski bm

    7. My Bloody Valentine - mbv
    ładne, ale mogli wydać w 1993

    8. Function - Incubation
    klawe techno

    9. Fuck Buttons - Slow Focus
    jebać przyciski na 100%

    10. Autechre - Exai
    otekre jak malowane

    11. Jerusalem in My Heart - Mo7it al-mo7it
    arabska awangarda

    12. Sällskapet - Nowy Port
    smutne syntezatory

    13. Fire! - (without noticing)
    ogień w szopie

    14. Kerridge - A Fallen Empire
    bardzo czarne techno

    15. Fire! Orchestra - Exit!
    ogień w orkiestrze

    16. WWW - Atomová včela
    groźne czeskie rapy

    17. Colin Stetson - New History Warfare Vol. 3: To See More Light
    Stetson dmie w rure

    18. The Haxan Cloak - Excavation
    straszno trohe

    19. Subjected - Zero
    łup łup łup

    20. Violetshaped - Violetshaped
    łup łup łup

    21. Melt-Banana - Fetch
    japończycy na amfie

    22. Forest Swords - Engravings
    psychodeliczne duby/dubna psychodelia

    23. The Knife - Shaking the Habitual
    nie wiem ale dziwne

    24. Dadub - You Are Eternity
    techno ale głębokie

    25. Man is a Rope - Expensive Cuts
    trochę post-punk, troche nie

    26. Factory Floor - Factory Floor
    wiksa, industrial i syntezatory

    27. Kayhan Kalhor & Erdal Erzincan
    ulubiony pers + turas

    28. Vatican Shadow - Remember Your Black Day
    czeczeński terroryzm i techno

    29. Teho Teardo & Blixa Bargeld - Smill Smiling
    blixa śpiewa, ktoś tam gra

    30. The Field - Cupid's Head
    pętle troszke mroczniejsze

    31. Stave - Reform
    łup łup łup

    32. Boards of Canada - Tomorrow's Harvest
    deski się obudziły

    33. Rodion G.A. - The Lost Tapes
    antyczne rumuńskie dziwy

    34. Prurient - Through the Window
    cyberpunk i techno

    35. Dead in the Dirt - The Blind Hole
    rozkurw


    także:
    AkuYou
    ÄÄNIPÄÄ
    Black Sun Roof!
    Cassegrain
    Cellular Chaos
    Dawn of Midi
    Dreamdecay
    El Mahdy Jr.
    Emptyset
    Haunted Horses
    James Plotkin & Paal Nilssen-Love
    Melt Yourself Down
    Mohammad
    OAKE
    Pantha du Prince & The Bell Labolatory
    Pharmakon
    RSS BOYS
    Shadowlust
    Streetwalker
    i inni
  • ansand 2013

    29 Oct 2013, 12:46 by Obywatel

    Sun 13 Oct – Unsound Festival 2013

    W zeszłym roku człowiek biedował, to i na dwa festiwale w roku pozwolić sobie nie mógł, ale w tym to już by mnie chyba świerzb złapał, jakbym nie pojechał, nie dowiedział się jak jest i nie poprzeżywał sobie tego wszystkiego, czym jedni (głównie goście z zagranicy) tak się zachwycają, a na co drudzy (głównie polaczki biedaczki) tak marudzą. Może i koncepcja rozwalania koncertów na siedem dni nie wszystkim musi pasować (trza przecie gdzieś spać i jakość przeżyć te siedem dni na studenckim hehe funduszu, wydając resztki hehe stypendium), ale dla mnie ze względu na całkowite zajebanie wakacji pracą nad magisterką, wyjazd do Krakowa był jakimś tam substytutem wyjazdów poważniejszych. Zwłaszcza, że do tej pory byłem tam tylko raz i na chwilę, toteż nie omieszkałem całych dni spożytkować na zwiedzanie i zaglądanie w różne zakamarki muzeów, willi, kościołów, księgarni, pętli tramwajowych (>kup bilet tygodniowy >ciesz się że jeszcze jesteś studentem >jeździj w opór po mieście) i chuj wie czego jeszcze. Powiem więc, choć nie wypada używać tego słowa w post-ironic internetach, że był to naprawdę magiczny wyjazd i ucieszyłem się z niego tak, że się aż tego nie spodziewałem. O czym ostrzegam z góry, bo może w relacji tego aż tak nie widać.

    DZIEŃ 1

    Na koncerty trafiłem niemal prosto z drogi, a niedziela na wylotach była ciężka tego dnia (chociaż zaliczyłem fajną wycieczkę do Miechowa po drodze i piękne widoki majaczącej w tle Jury od razu nastroiły nostalgicznie i optymistycznie). Zaczęło się wszystko w Mandze, żywym pomniku Andrzeja Wajdy. Trochę tam duszno, ale klimatycznie, siedzieć można co najwyżej na twardych stopniach, no bo ma być po japońsku. Ciemno, nastrojowo, minimalistycznie, i w tę ciemność i nastrojowość wchodzi Anna Zaradny. Trudno ją usłyszeć solo, bez kolaboracji - no i chyba dlatego, że jakoś specjalnie nie porywa. Kręci gałkami jakieś drony, próbuje hipnotyzować, coś tam momentami się nawet sensownego dzieje, ale i tak największą uwagę przyciąga jej mhroczny strój i mimika twarzy, która wyraża więcej niż tysiąc słów. Szczerze mówiąc, trudno było mi się skupić, nawet nie dlatego, że nie siedziałem na tyłku (bo siedziałem), ale dlatego, że cała ta rozimprowizowana elektronika nie trzymała w jakimś napięciu, momentami wydawała się dość przypadkowa. Koniec końców, nie było jednak źle, jakiś potencjał został ukazany. Jak na otwarcie to żadna rewelka, ale jak na warmup wprowadzający w interferencyjny klimat, całkiem poprawne. W chwilę potem zaczęły się hałasy dobiegające z fińskiej konsolety. Mika Vainio, niby niepozorny brodacz w czapeczce, połówka duetu Pan Sonic, rozbujał publikę swoimi szorstkimi rytmami, opartymi na industrialnej surowości połączonej z dubstepowymi naleciałościami. A że nagłośnienie było w pytę, cały set zabrzmiał mocarnie i był potwornie absorbujący. Po prostu nie dało się tego nie słuchać, nie podrygiwać mimowolnie, albo nie czuć, jak każdy nerw w ciele pulsuje mocniej, a krew w żyłach płynie jakby intensywniej i szybciej. Tego mi było trzeba, to mnie obudziło do życia po całym męczacym dniu. Ale to, co dobre, szybko się kończy, a fiński napierdalacz musiał ustąpić w końcu subtelnemu żeńskiemu duecikowi Tropic of Cancer. Ludzie psioczyli na niego mocno - że banalne, że spać się chciało, że nijakie, że mdłe. Faktycznie, może i były to zwykłe pioseneczki w stylu Juliee Cruise, oparte na niu łejwowym brzmieniu basu i klawiszy, może i wokal był za cicho, a gitara grała banały, ale szerze mówiąc, nie przeszkadzało mi to. Może nie było klimatu z Twin Peaks, ale lekko senna atmosfera była taka w sam raz do posłuchania i leniwego pobujania się. Tylko tego dymu mogliby panowie techniczni puszczać mniej, bo momentami nie było pod sceną czym oddychać.

    To nie byl zły dzień, ale zmęczenie dało się we znaki. Czym prędzej spłynęliśmy więc z miasta, bo na wiksy w stylu "darmowe opening party" i tak z zasady nie chodzę.

    DZIEŃ 2

    Instalacja Chrisa Watsona w ogrodzie botaniczym sprowadzała się do tego, że dźwięki przez niego zarejestrowane wypełniły salę palmiarni. Ludzie z poważnych portali muzycznych marudzili, a ja siedziałem sobie spokojnie na ławce pośród tropikalnej duchoty, słuchając owadów, słoni, nosorożców i chłonąłem klimat. Na wernisaż wczorajszy się nie załapałem - jeszcze wtedy nie wiedziałem, że będzie to jedyna unsoundowa instalacja, której się przyjrzę. Ale jeśli ktoś mimo wszystko wyrobił sobie na jej podstawie złe wyobrażenie o twórczości Watsona (że to taki "mebel dźwiękowy" i przypadkowy kolaż), niech posłucha choćby El Tren Fantasma i wtedy dopiero się wypowiada.

    Koncerty znów w Mandze, znów tylko trzy. Zaczęło się od występu największego polskiego towaru eksportowego ostatniego roku, tyytana niezalu, czyli Kuby Ziołka. Sczerze mówiąc, nie wiem dlaczego postanowiono, by wystąpił znów jako Stara Rzeka, skoro pod względem koncertowym na pewno o wiele lepiej sprawdziłby się z Hokeiem, albo Kapitalem. Owszem, na pewno poradził sobie lepiej niż na Offie, ale tyłka nadal nie urywało, a niektórzy wyszli wręcz zniesmaczeni. MImo wszystko, wciągnęło mnie. Na pewno udało mu się stworzyć lepszy klimat (thx to zakaz fotografowania, jak ja kocham ciemność w której nie błyskają pierdolone flesze amatorów lustrzanek), na pewno był też o wiele bardziej wyluzowany w improwizacjach. Sunął majestatycznie tymi swoimi hałasami, momentami rozpraszał się zanadto techniką, w moim przekonaniu nawet zgrabnie mu to wychodziło, tyle że być może moc gdzieś uciekła. Podobało mi się o tyle, o ile nie miałem wielkich oczekiwań co do tego materiału na żywo - choć np. My Only Child zawsze świetnie brzmi i na koniec potrafi osłodzić atmosferę jak mało co. Z pewnością nie można tego niestety powiedzieć o następnym artyście - Nate Young w ogóle nie zapadł mi w pamięć i wynudziłem się setnie. Szczerze, nawet już nie pamiętam dokładnie, co grał i czy było to brudne, łagodne, szorstkie, ambientowe, czy harsznojzowe. Wiem tylko, że wynudziłem się jak nigdy na elektronicznym koncercie i zanotowałem sobie jedynie coś w rodzaju "kupa na kupie i kupą pogania". Nudy nie do ogarnięcia, co jakiś czas wspierane jakimś mocniejszym bitem, co by obudzić publikę. Generyczne i męczące. Może to mnie w jakiś zły humor wprawiło, bo występ B/B/S też miałem ochotę przespać. Z dystansu uznałem, że to wcale nie było takie złe, że można się było nawet dać zahipnotyzować jak - nie przymierzając - na Swansach, ale chyba zabrakło mi cierpliwości i wyrozumiałości. Doceniam rozimprowizowany set z Bakerem i Skodvinem grającymi na klasycznych instrumentach, doceniam zamysł w tej jednostajności, ale po Youngu trudno było mi się przestawić na odbiór czegoś takiego. Szczerze, nie obraziłbym się, gdyby pałker walił w gary trochę częściej, bo to głównie dzięki hipnotycznemu rytmowi muzyka wyróżniaja się na tle podobnych dronowych zapętleń i generycznych rozpiździajów. Wiadomo, że w eksperymentalnym graniu eksperymenty nie zawsze się udają - mnie podobało się umiarkowanie, ale byli tacy, którzy wychodzili zachwyceni. Pod koniec ożywiłem się wyraźnie, zwłaszcza za sprawą perkusji, i wciągnęło mnie tak, jak na samym początku, więc jest szansa, że gdybym mógł podczas koncertu usiąść wygodnie w fotelu, to bym w ogóle nie marudził. Tak w ogóle to dość długo grali.

    DZIEŃ 3

    Na gadki chodzić mi się nie chciało, tyle atrakcji na mieście że nawet do głowy mi nie przyszło. Ale na wernisaż wystawy o wojnie w Kongo się spóźniłem i pożałowałem tego sromotnie, gdyż ponieważ organizatorzy ubili tak świetny deal z Bunkrem Sztuki i innymi galeriami, że posiadacze tygodniowych karnetów nie mogli sobie za darmo wejść na wystawy towarzyszące festiwalowi. Owszem, wpuszczano ich na wernisaż, a poza tym płać dychę kmiocie. Według dobrze poinformowanych ludzi instalacja była zajebista, ale ja wolałem wydać moją dychę na coś innego. Kwestii karnetów tygodniowych nawet mi się podejmować nie chce.

    Wtorek był ostatni dniem wieczornych w Mandze (Manddhhzeeee?) i naprawdę chciałbym już skończyć to jojczenie, ale co ja mogłem, skoro zaczęła bezpłciowa i bylejaka Jenny Hval, reklamowana jako radykalna eksploratorka "polityki równości płci, seksualności i przemocy" ? Noc jeszcze młoda, a i tak spać się chciało, bo nie ma w tych pioseneczkach niczego, co by mnie mogło przyciągnąć na dłużej. Żeby to chociaż dynamiczne, albo w ogóle jakiekolwiek było. Podobnie wynudziłem się na Innode, choć miałem nadzieję że na żywo mogą wypaść lepiej niż na przeciętnym albumie. Niby względnie dużo się działo w sensie instrumentalnym, ale w ogóle nie czułem się wciągnięty, prędzej przeżuty i wypluty. Brzmiało to trochę jak projekt gości, którzy niedawno obczaili, jak robi się elektroniczne szumy i trzaski i jeszcze nie nacieszyli się wszystkimi standardowymi bajerami. No cóż, może dla nich to była frajda, ale dla słuchacza nawet średnio wyrobionego, czytaj: dla mnie, wiało potworną nudą. Gdyby nie (dobra) kawa po dwa złote, nie wiem czy po prostu bym się nie przekimał, bo w końcu organizm trochę zwiedzaniem miasta zmęczyłem na dniu i byłem tylko o butelce wody i suchych pierogach. Na szczęście to, co złe, przemija szybko i nie pamięta się o tym zbyt długo, zwłaszcza kiedy ostatni koncert wypada dokładnie tak dobrze, jak się przewidywało. Fire! powtórzyli rozpierdol z Offa, a nawet go przewyższyli. W ciasnej drewnianej salce dźwięk rozkurwiał kosmos, bas wydawał się jeszcze intensywniejszy, a improwizacje Gustaffsona bardziej szalone i nieokiełznane. Panele aż podrygiwały. To naprawdę w ciul koncertowa kapela i dalej uważam, że następną płytę powinni nagrać z lajwa, na spontanie, naładowani tą dziwaczną energią, która jest w stanie mieszać improwizowany jazz z krautrockowymi i punkowymi rytmami, nie tworząc wśród słuchaczy wrażenia, że to jakaś siara i banał. Ostatni kawałek z You Liked Me Five Minutes Ago to miły ukłon i kontrast wobec koncertu w Katowicach, gdzie zamiast niego pod koniec zabrzmiała dość łagodna ballada. Tu było wręcz nerwowo, a przy tym namiętnie i z pasją, choć z pewnością ten koncert nie wypadł na tle całego festiwalu aż tak świetnie, jak w sierpniu.

    DZIEŃ 4

    Nigdzie nie bylem, nic nie widziałem, do synagogi wieczorem zdążałem. A tam, jak się okazało, obsuwa konkretna. Napatrzył się człowiek na wszystkie te esy floresy i arabeski na ścianach, zadumał się nad tym, dlaczego mu nic na głowę nie dali kiedy trzeba przecie, aż w końcu dowiedział się, że wykonawcy zagrają w odwrotnej kolejności, bo ten pierwszy nie dojechał był jeszcze. Zaczęli więc Kwadrofonik. W Glissando można było przeczytać generic pierdolenie o tym, że występ był niedobry bo za mało dysonansów na mocnych częściach taktu i że w ogóle takie plebejskie to wszystko. Mnie w ogóle plebejskość nie przeszkadza, zwłaszcza że muzyka zabrzmiała wyjątkowo przyzwoicie i ładnie (po prostu ładnie, nie cukierkowo, ani banalnie). Ja miałbym zarzut raczej taki, że kwartet ma zdecydowanie za mało luzu i gra dość sztywno, akademicko, nie zatracając się zbytnio w interpretacjach autorskiego materiału z Folklove - choć z pewnością kompozycjom nie można odmówić uroku, nawet wtedy, gdy w dość przewidywalny sposób wykorzystują ludowe elementy (wpleciona w jeden z utworów pieśń kurpiowska czegoś jednak mu przydaje). Ciekawostką dla akademików i fanów "najnowszych trendów w muzyce współczesnej" mogło być wykonanie kompozycji George'a Crumba Makrokosmos III, które jednak wypadło po prostu poprawnie. Ot, wykształceni muzycy grają wykształconych kompozytorów. Utwór nawet ciekawy, ale nie ustrzegł się wielu manieryzmów tej muzyki współczesnej, o której tak zapamiętale deliberuje się w radiowej dwójce (choć nie powiem, że nie był interesujący). Mimo wszystko jednak nic mnie nie znudziło, bo całość płynęła sobie swobodnie i spokojnie. Lekką pretensją zaczęło zajeżdżać dopiero wtedy, gdy na scenę władował się Stefan Wesołowski, znany dotąd jako aranżer smyczków na Trenach Jacaszka. Usiadł z laptopem i altówką przy pianinie, puścił jakieś elektroniczne i smyczkowe podkłady, zwołał małą sekcję z Sinfonietty Cracovii i zaczął się festiwal krainy łagodności, manierycznych pasaży skrzypcowych i przeładowanych aranżacji. Nie rozumiem, dlaczego ten człowiek, mając Jacaszka jako tak znakomitą inspirację dla tworzenia muzyki ładnej i nienachalnej, zdecydował się na zalanie publiczności toną pretensjonalnych zawodzeń. Jasne, było to momentami urokliwe i sympatyczne, ale zdecydowanie przearanżowane, za dużo wszystkiego naraz. Żadnej przestrzeni, żadnego klimatu, wszystko się dusiło w tych ograniczonych strukturach, w których prawie żaden instrument nie cichł na dłuższą chwilę. No dobra, może i było to ładne, ale przekraczało momentami granice dobrego smaku, zwłaszcza że wykonawca też jakiś taki zmanierowany się wydawał. Na plus zapamiętam jeden naprawdę bardzo ładny moment, w którym cichy, elektroniczny bit podkreślały pojedyncze nuty wygrywane na puzonie, brzmiące zupełnie jak ejtisowe klawisze. Niestety w chwilę potem znów wparadowały smyczki, pianina i ciul wie co jeszcze. I smutłem.

    Na Sleep Concert wybierałem się naładowany mimo wszystko pozytywną energią, pełen nadziei, ale i obaw, dotyczących tego, jak to wyjdzie. Nikt nie wiedział, czego się spodziewać, byli np. tacy, którzy za wszelką cenę nie chcieli iść spać. Ja wiedziałem, że chcę, że tego zresztą wymaga ode mnie konwencja - bałem się co najwyżej tego, że Robert Rich nie pozwoli mi zasnąć, albo też będzie płatał figle w środku nocy. We wnętrzach Hotelu Forum panowała atmosfera podobna do atmosfery opuszczonych bloków w Prypeci. Nawet wykładziny w sali balowej były z lat osiemdziesiątych. Jak w takich warunkach przeżywać koncert-legendę? Trudno powiedzieć. Sam Rich stwierdził, że to szaleństwo, że nigdy na tych koncertach nie było tylu osób i że trudno będzie wygenerować tę intymną niuejdżową rytualną atmosferę wspólnoty. Miałem w dodatku tego pecha, że ułożyłem się na podłodze dokładnie w tej części sali, w której na noc nie wygaszono świateł i musiałem przyglądać się żarówkom oświetlającym postkomunistyczne wnętrza. Mam raczej tępą wyobraźnię i wolałbym tego, co Rich nazwał "dźwiękami ciemnego lasu" doświadczać w ciemności. Ale cóż. Zaczął od bardzo ładnych pejzaży, łagodnych, melodyjnych i rozimprowizowanych tematów, które w ogóle nie brzmiały jak improwizacje. Grał dość cicho, ale nie na tyle, żebym musiał słyszeć gadki różnych ciepłokrwistych erazmusów, które zamarzały z zimna bo nie wzięły śpiworów (ale mimo wszystko - że też nikt nie pomyślał o tym, że sali, w której ludzie będą spać na podłodze, przydałoby się jakieś ogrzewanie...). Nie pamiętam, kiedy odpłynąłem pierwszy raz. To było coś dziwnego, trochę tak, jakby muzyka chciała zawiadywać fazami snu i dyktować tempo falom mózgowym. Nie opiszę jak to jest, budzić się z zimna i słyszeć jednostajnego, usypiającego drona, w którego przerodziły się w końcu wszystkie melodyjne tematy. Trudno powiedzieć komuś o tym, czego doznaje się, leżąc na wznak na dywanie sali konferencyjnej starego hotelu, walcząc ze snem choćby po to, żeby usłyszeć jeszcze trochę dźwięków, a potem rozpływając się w błogostanie. Bo tak było - budząc się przed ósmą rano i słysząc te same pejzaże, co na początku naprawdę czułem się wypoczęty i zadowolony, pomimo tego, że z zimna musiałem po uszy zawinąć się w śpiwór. Było mi dobrze, spokojnie, bezpiecznie. Niedługo potem siedziałem na hipsterskim leżaku w knajpie urządzonej w dawnej recepcji i pijąc herbatę za pięć złotych, patrzyłem z daleka na Wawel. W ogóle nie chciało mi się spać.

    DZIEŃ 5

    O dziewiętnastej, po powrocie z włóczęgi po mieście, okazało się, że jednak chce mi się spać i to cholernie. I byłem z tego powodu niezadowolony, bo wiedziałem, że raczej niezbyt ożywiające koncerty czekają na mnie w monumentalnym kościele św. Katarzyny. Zaczęła Julianna Barwick, ekspertka od słodkich, zapętlonych, chóralnych fraz. W przeciwieństwie do niektórych wykształconych malkontentów, wiedziałem czego się spodziewać i nie zawiodłem się. Usypiałem ze zmęczenia, nie z nudy, bo koncertu nudnym mimo wszystko nie sposób nazwać. Bardzo miłe doświadczenie - falująco-spadające harmonie wokalne zapętlone i powtarzane w minimalistycznej manierze, kilka dosadniejszych i banalniejszych fraz na osłodę, i dużo zaangażowania emocjonalnego w kreowanie atmosfery sielskości i anielskości. I te delikatne ciarki na plecach, kiedy do kompozycji włączał się dziewczęcy chór (to musiało być dla nich przeżycie), dzięki któremu można było unieść się lekko nad ziemię, może nie w przestworza, ale ze trzyjści centymetrów ponad chodnik na pewno. Tyle że wnętrze kościoła, choć świetnie współbrzmiało z muzyką, wydawało mi się trochę niewykorzystane - z pewnością nadaje się lepiej dla muzyki, którą cechuje większy rozmach stylistyczny. Tutaj było skromnie, ale ładnie. Z pewnością w o wiele lepszy i bardziej totalny sposób zagospodarowali przestrzeń Charlemagne Palestine i Rhys Chatham. Artyści o różnych temperamentach, dorastający w cieniu klasyków minimalizmu, nie występowali ze sobą od lat, a jednak muzycznie dogadali się bez zarzutu. Cały koncert był grą, zabawą, zaaranżowaną polemiką dźwiękową - ale najlepsze było to, że choć wszystko było bez reszty wyimprowizowane, to sprawiało wrażenie czegoś perfekcyjnie zaplanowanego.Po krótkiej sprzeczce instrumentalnej, Charlemagne odkrył kościelne organy i nie odpuścił im do końca występu. Pojedynczy akord wybrzmiewał przez ponad godzinę, a na jego tle Chatham dokładał swoje gitarowe, trąbkowe, czy fletowe loopy, nawet trudno powiedzieć, czy minimalistyczne (bo chociaż dźwięków grano niewiele, to wszystko razem we współbrzmieniu jakoś przytłaczało), czy raczej monumentalistyczne to wszystko robiło wrażenie. Jakby jeszcze tego było mało, pierwszy z artystów postanowił przypomnieć wszystkim o swoich żydowskich korzeniach i w momencie, w którym wielu liczyło pewnie w duchu na zakończenie utworu, zaczął zawodzić synagogalne melodie, głośno i donośnie. Efekt był różny - raz piorunował, raz śmieszył, raz wstrząsał, ale z pewnością obojętnym nie pozostawiał. To wszystko miało jakiś taki niezwykły, trudny do uchwycenia klimat, który z jednej strony wywodził się z minimalizmu, a z drugiej strony zaprzeczał zupełnie jego idei - tak dużo działo się w tak niewielkich przestrzeniach dźwiękowych. Nie wiem, czy wszyscy pojęli żartobliwą naturę całego przedsięwzięcia, bo wyglądali na dość sztywnych - ale kiedy Charlemagne wyciągnął na koniec dwa pluszowe misie, żeby to na nich odegrać zakończenie występu, widownią wstrząsnął serdeczny śmiech. A ja znów poczułem się senny i to do tego stopnia, że odpuściłem sobie zupełnie wieczorne koncerty w Forum i nie mam pojęcia, co się tam działo.

    DZIEŃ 6

    Na Bluncie nie byłem, ponoć wypadł słabo, jak w jakiejś okrojonej wersji (w ogóle to chamisko zagrało secret giga w Alchemii, który okazał się jakimś durnym performensem w stylu "haha przyszliście i puszczam wam haha minimal techno bo haha to nie jest koncert tylko taka zgrywa że ludzie mają sobie gadać haha" - i przez to ludzie pospóźniali się na przykład na Richa). Wyspany ruszyłem do kina Kijów. Dzisiej miał być dzień wizuala.

    Dream Cargoes, czyli projekt paru muzyków, których nawet nie znam, zaprezentowało całkiem zgrabny i fajny materiał muzyczno-wizualny o człowieku szukającym życia na pustyni po zagładzie świata. Pierwsza część, ze smyczkami z Sinfonietty Cracovii wyszła ładnie, ale zwyczajnie, post-falloutowo, mocno w stylu GY!BE, czyli całkiem sympatycznych, rozlazłych tematów, które zapomina się zaraz po przesłuchaniu. Druga była o niebo lepsza, bo już te życie się odkryło, co nie, i wtedy wizuale i mocniej abstrakcyjne, i atomy się na naszych oczach rozszczepiały i fraktalna świata natura widoczna, a przy tym muzyka jakaś taka mocniej elektroniczna i bardziej zdecydowana i ciekawa. Całość oglądało się dobrze, jak dobry spektakl - na wygodnych kinowych siedzeniach to ja mogę zresztą wszystko lepiej przetrawić. Za to prawdziwą bombą audiowizualną okazał się Robert Henke (znany też jako Monolake). Nie wiem czy te glicze, świsty i trzaski obroniłyby się bez tego, co na ekranie, ale razem z tym tworzyły piorunującą mieszankę. Geometryczne kształty rysowane nieustannie w rytm muzyki przez dwa białe lasery na czarnej powłoce ekranu pobudzały wyobraźnię i wzmacniały odbiór muzyki o jakieś dwieście procent. To wszystko kołowało się w takim szalonym tempie, te kreski, kropki, koła, kwadraty, cyfry, półsłowa, cholerawiecojeszcze, że nie patrzeć na to byłoby grzechem. Mimo wszystko szkoda trochę, że sama warstwa audio bez tej otoczki nie byłaby już tak pasjonująca. Enyłej, można było dać się przynajmniej zahipnotyzować albo i otumanić - ale tak czy owak, czas zlatywał przy tym niezmiernie szybko i ani się człowiek obejrzał, było po wszystkim.

    Kiedy dotarłem na wiksę w Forum, nie spodziewałem się, że AŻ TAK to wygląda - wiecie, jacyś ochroniarze na każdym kroku, cały budynek trzęsący się autentycznie w posadach od mocnych dźwięków, obmacywanie na bramkach i klimat jak na jakichś klubowych imprezkach (alkohol pity przed wejściem i te pe), że tylko selekcji brakowało. Fakt, przyszło sporo przypadkowych ludzi, a i ci nieprzypadkowi też raczej przyszli wiksować. I było tam duszno w chuj od ludzi, od spoconych, tańczących ludzi. Przez pół godziny w pokoju drugim przysłuchiwałem się polskiemu duetowi Besgaczi, masakrującemu nojzujące dźwięki przy pomocy klarnetu i napierdalającej elektroniki, ale zrobiło się jakoś tak za głośno, więc poszedłem do sali balowej, gdzie jeszcze niedawno tak fajnie spało się na Richu - zająłem strategiczne miejsce i zacząłem podziwiać. Załapałem się na końcówkę setu polskiej artystki Olivii, akurat wtedy, kiedy ustępowała miejsca Laurel Halo. Ta zaś zaprezentowała całkiem przyjemne klimaty zarówno do słuchania, jak i do bujania się, na szczęście nie mające nic wspólnego z piosenkami z jej solowej płyty. Zgrabne techno, zgrabne ozdobniki, no całkiem miło i bez pretensji. Potem zjawili się The Muholland Free Clinic - nie mogę sobie ich dokładnie przypomnieć, chociaż pamiętam, że byli jednym z zaskoczeń wieczoru, bo zamiast podrygujących dźwięków postanowili zarzucić coś dla tych, którzy więcej słuchają, a mniej tańczą. Rozpływali się w ambientopodobnych, analogowych klimatach i wychodziło im to cokolwiek dobrze, chociaż nie raz nie dwa przyłożyli z trochę grubszej rury. Ja improwizację kocham ponad wszystko, więc tym bardziej nie miałem na co marudzić, świetnie się ich słuchało, przysiadając na parapecie pod oknem. Kiedy przyszli Underground Resistance (bez masek i z jabłuszkiem na laptopie, no ja jebix) publika dostała szału, no bo wiadomo, legenda i w ogóle. I zespół też się tak magicznie poczuł i ustami swojego lidera cały czas nas zapewniał jak to fajnie i cudownie być tu z wami kochani. A ja poczułem się uniesiony dopiero, kiedy zaczęli grać, bo rozkurwili momentalnie i z miejsca. Zagrali swoją płytę i co tam jeszcze mieli, ale nikt nie zwracał chyba uwagi na repertuar - kontakt z publiką był świetny, wzajemnie się wszyscy nakręcali do tego stopnia, że nawet gdyby ktoryś z nich krzyknął "zesrałem się", to i tak usłyszałby gromkie "jeeeee" w odpowiedzi. Ale przesadzam, bo naprawdę było pozytywnie, funkująco i dość przaśnie. Pokładanych nadziei nie zawiedziono - I AM UR, WE WILL RESIST (looped x74). Regis, który zwalił się na scenę zaraz po klasykach detroitu, wypadł dla odmiany jakoś tak bez wyrazu. Puścił z laptopa to, co miał ze swoich wsiech lat twórczości, tańcował na tle biało-czarnego filmu wojennego z szonem konerym, którego nie kojarzę, i tyle. Może cała ta otoczka go uratowała, bo poza mocnym industrialnym pierdolnięciem, jakie znam z jego płyt, nie było w tym występie jakiejś iskry, jakiegoś zaskoczenia. Przyszedł, jebnął, i chwatit' . Nie powiem żeby mi się nudziło, lubię Regisa jak mało co, ale poza argumentem "nie mam takich głośników w domu" nie znajdowałem powodów, dla których warto było czekać na ten koncert aż do trzeciej nad ranem. Senny i lekko zawiedziony nie zostałem już na Kerridge'u, który, jak mi potem doniesiono, okazał się czarnym koniem imprez w Forum. Trudno, trudno się mówi.

    DZIEŃ 7

    Jezusmario, ile się działo (nareszcie!) - już od piętnastej w Mandze koncerty. Nojzy na ciepłe leniwe sobotnie popołudnie i wyjątkowo dobra pizza z pizzerii nieopodal, do której ustawiają się kolejki. Co prawda od pierdolnięcia się raczej nie zaczęło - Robert Piotrowicz przedstawił po prostu całą gamę różnych dźwięków oczywistych dla fanów elektroniki jak riffy Judas Priest dla fanów rocka, i na tym skończył. Za to miła niespodzianka miała spotkać mnie tuż za chwilę. Nie byłem na bieżąco z fejsbukiem, nie wiedziałem o zmianach w lajnapie i do ostatniej chwili myślałem, że zaraz zobaczę Pharmakon, z czego cieszyłem się średnio. Tymczasem na scenę wgramolił się pan w berecie, który z wyglądu wydał mi się znajomy, a kiedy zagrał kilkanaście pierwszych taktów, przeczucie zamieniło się w pewność. Mark Fell wjechał w set z gracją, ostro i z chirurgiczną precyzją, zupełnie jak na Offie, tylko że chyba jeszcze bardziej zdecydowanie. I zajebiście, rozłożyłem się na niewygodnych drewnianych schodach i słuchałem w błogostanie, nigdy mi się takie rzeczy nie znudzą - mógł grać nawet kropka w kropkę to samo, co w Katowicach, i tak nie zwróciłbym uwagi, bo zarówno w wydaniu studyjnym, jak i koncertowym, gość jest zjawiskowy. Kocham te jego szybkie pochody strzelających chaotycznie dźwięków i tę chłodną, akademicką wstrzemięźliwość w stosowaniu bajerów. Pierwszy raz poczułem się prawidłowo zrelaksowany i pochłonięty bez reszty muzyką, która sama przeze mnie przepływała, a ja nie musiałem się nawet zanadto na niej skupiać. Tak samo zajebiście (chociaż nie aż tak jak ludzie na parkiecie) poczułem się, kiedy swoje zaczął Pete Swanson, który być może dopiero na tym koncercie udowodnił wielu, że jego twórczosć nie jest tylko nieudanym odpryskiem po Yellow Swans. Wręcz przeciwnie - jest hałaśliwa, motoryczna, niezwykle intensywna i kopiąca czachę tam, gdzie powinna. Swanson wciągnął ludzi na scenę i machał łbem do upadłego w towarzystwie całego stada napalonych miłośników elektroniki, którzy po koncercie koniecznie chcieli oblukać jego sprzęt. Głośniki chodziły na pełnych obrotach i wypełniało je naprawdę mocne i sensowne granie - może żałuję trochę, że za mało było tych klimatycznych momentów z Man With Potentiai i tych poapokaliptycznych niepokojących dźwięków, ale tak czy owak było świetnie. Nastrój przed wieczorem był zrobiony.

    A wspomnianym wieczorem, w muzeum inżynierii miejskiej (kolejnej dusznej przestrzeni, a przecież można było otworzyć okna) miał się odbyć ostatni koncert Altar of Plagues przed zakończeniem ich działalności. Nie słuchałem ich wcześniej, ale gig wypadł całkiem przyzwoicie. Całkiem fajne ściany dźwięku i oszczędne melodie, robiły wrażenie najbardziej w momentach, w których wszystko wchodziło w lekko szugejzowy klimat - choć niestety nie było tych momentów zbyt wiele. Wokala można by spokojnie wywalić, nic ciekawego muzyce nie przydawał i był dość przeciętny, ale sama warstwa instrumentalna była całkiem OK. Bez uniesień, bez ekscytacji, z zaduchem w tle i z bolącym od stania krzyżem, nie słuchało się najgorzej. Inaczej zupełnie rzecz ma się z Earth - bardzo na nich liczyłem, myślałem że pogrążą wszystkich w tym swoim jednostajnym, hipnotycznym, doomowym klimacie, tymczasem zaczynam dojrzewać do myśli o tym, że był to jeden z gorszych koncertów festiwalu. Nie wiem czemu zespół uparł się, żeby zrobić lekki zwrot w stronę harmonii rodem z country i southern rocka, tak bardzo ignorując swój stary materiał (gdyby nie zagrali Ouroboros is Broken to w sumie nic z tego klimatycznego Earth by nie było). Nie wiem, dlaczego nie zadbano o jakąkolwiek oprawę świetlną i kazano nam oglądać muzyków skąpanych w statycznych i przypadkowych kolorach reflektorów (na AoP ta czerwień naprawdę robiła robotę). Nie wiem wreszcie, dlaczego Carlson nie potrafił, czy też nie mógł porządnie nastroić gitary, w związku z czym pomiędzy kawałkami publika musiała ścierpieć pięciominutowe przerwy, wypełnione kręceniem kluczami i nieudolną konferansjerką. Wiem natomiast, że to wszystko mocno osłabiało dramaturgię, nawet jeśli wykonawstwo było na zadowalającym poziomie (mimo wszystko lubię Earth i nie chcę o nich źle myśleć). Nie przyswoiłem sobie za bardzo tego koncertu - no, może pierwszą połowę. I nastrój był niezrobiony.

    Na nocnej wiksie w Forum kolejny koncert rozczarowań, choć przecież wszystko zapowiadało się świetnie. Nie zdążyłem na sam początek, ponoć RSS B0ys byli nieźli, ale dla mnie całość otwierał dopiero Wilhelm Bras, przygrywający ludziom do drinków. Kiepski pomysł, powinni dać mu całe ciemne pomieszczenie, bo cały zabieg z latarką na głowie psu na dupę, dookoła widno, jak to przy barze, i większość nawet nie zorientowała się, że cokolwiek gra. A grało przecież fajnie i przyjemnie, w połowie zaczęło schodzić się nawet coraz więcej ludzi i set milutko się rozkręcał. Mimo wszystko uparłem się, żeby zobaczyć Porter Ricks, więc zmyłem się przed końcem. Tamci zaś, najpierw nie wychodzili na scenę długo z powodu problemów technicznych, a później, pomimo tego, że nadal nie ogarniali, zaczęli nieśmiało materiałem z Biokinetics. I byłoby fajnie, gdyby nie to, że co chwilę dopadały ich nowe problemy - a to lupy za cicho, a to zabrakło werbla, a to nie można było zagłuszyć nijak napierdalania zza ściany... Wyglądało to cokolwiek nieprofesjonalnie i zrobiło mi jakiegoś nerwa. Kiedy już grali to, co mieli grać, brzmieli przeładnie i klimatycznie, ale za każdym razem, kiedy coś się rozpieprzało, traciłem całkowicie kontakt z ich muzyką. Nie wiem, czy nie ogarniali sprzętu grającego, czy to bezsilność wobec napierdalania zza ściany tak ich skonsternowała, ale jedno wiem: to nie był zbyt udany koncert. Wczuwałem się, wkładałem dużo wysiłku w to wczuwanie, ale i tak nie pomagało. Pod koniec było zdecydowanie lepiej, brzmienie wyklarowało się wreszcie na solidnych podstawach, nie gubiły się pojedyncze ścieżki - ale niestety czas minął i nie można było już niczego odwrócić. Lekko rozstrojony i wkurwiony uspokoiłem się na jakiś czas, gdy za konsoletami zasiedli Andy Stott razem z gośćmi z Demdike Stare. Myślałem że na poprzedni koncert zwaliły się tłumy, ale teraz miałem dopiero przekonać się o tym, jak bardzo się myliłem. Stałem zdecydowanie za blisko strefy wiksowania i łokcia nie było gdzie wcisnąć. Pomyślałem w duchu "ha, mroczne klimaty was wykurzą, futłorkowcy" - i faktycznie, koncert zaczął się od ciężkich, ale i nastrojowych dronów, które w mig skłonił do odwrotu niektórych cokolwiek przypadkowych dresików. I było fajnie, miło, falująco, już się uśmiechałem i witałem się z gąską, aż tu nagle artyści postanowili przejść do czegoś, co w moim mniemaniu było spłyceniem pięknych możliwości, tkwiących w takiej niepowtarzalnej kolaboracji muzycznej. Wraz z kolorowymi wizualizacjami, zafundowali wszystkim dość imprezowe granie w stylu lat'90, męczące swoją jednostajnością. I niewiele poza tym się wydarzyło, wszystko wzięło w łeb i spłyciło się do w sumie całkiem miłych dźwięków, ale takich, które mógł na ten koncert przywieźć ktokolwiek inny. I zrobiło mi się smutno, źle i wkurwiono, i w ogóle bez humoru, i pojechałem tam, gdzie ciepłe łóżko, bo naprawdę cały klimat imprezek w Forum podobał mi się mniej więcej tak, jak Juliannie Barwick (autentyczna relacja mooondka: Julianna przyjeżdża taksówką pod hotel, słyszy napierdalanie, widzi stado pijanych ludzi, z przerażeniem wsiada do taksówki i odjeżdża). No cóż, bywa.

    DZIEŃ 8

    Tego, że nie poszedłem na dzwoneczki, będę sobie wyrzucał do końca świata, biorąc relacje pod uwagę. Ale chuj, trza być twardym, nie miętkim. Miętkie to mogły sobie być siedzenia w Filahrmonii. I były.

    Jacaszek wraz z zespołem Kwartludium postanowili zaprezentować nowy projekt Catalogue Des Arbres, który być może w płytę się niebawem przerodzi. Pełno tam ponoć nagrań terenowych (ja nie słyszałem), a cała kompozycja miała oddawać ducha natury. Dla niekumatych poleciały jeszcze przyrodnicze wizuale (chuj, że wyświetlone na organach Filharmonii kojarzyły się raczej z wieżowcami w wielkim mieście). Powiem tak: trzeba mieć sporo samozaparcia, by całość tego koncertu przyswoić z uwagą. Zamiast melodii i struktur rytmicznych, Jacaszek postawił przede wszystkim na ciszę - instrumenty używane są tu raczej do generowania dźwięków niemuzycznych (szum wiatru, gwizd, skrzypienie drzew...), zaś całości kompozycji nie spaja żaden konkretny element. Projekt to ambitny i wyjątkowo interesujący w sferze założeń, ale wykonanie wypadło dla mnie cokolwiek przeciętnie. Coś tam szumi, coś tam dmucha, ale nie poczułem, że to jakaś przyroda, wręcz przeciwnie, cały czas narzucały mi się jakieś postindustrialne skojarzenia. Coś tam próbuje budować nastrój, ale tego nastroju za mało, za to sporo przestrzeni niezagospodarowanych, dźwięków dziwnie urwanych. Wydawało się też to wszystko dość monotonne, jeden utwór jakby wywiedziony z drugiego i w jego obrębie pozostający. Może gdybym umiał lepiej wysilić wyobraźnię, zobaczyłbym w tym coś więcej, ale poza niesamowitym wyczuciem warsztatowym muzyków, trudno było mi dostrzec coś, co wciągałoby bez reszty. Po wszystkim oklapłem na fotelu, tak bardzo zmęczył mnie wysiłek skupiania się na tych dźwiękach. Aż wreszcie przyszedł on, gwiazda i rozkurwiacz całego festiwalu. Oren Ambarchi postanowił wykonać Knots razem z Sinfoniettą Cracovią dyrygowaną przez Eyvinda Kanga (!) i pałkerem. I co ja mogę, no po prostu zajebioza, szał ciał i energii przepływającej przez cały budynek wszerz i wzdłuż. Na wpół improwizująca orkiestra smyczkowa genialnie uzupełniała przestrzenie pomiędzy gitarowymi dronami a wściekłym łomotem perkusji. Szczegółów już nawet nie pamiętam, tak mnie wtedy porwało. Miało się wrażenie chwilami, że to wszystko jest obok siebie, że ze sobą nawzajem się nie zgrywa, ale za każdym razem kiedy tylko tak pomyślałem, przychodził moment pierdolnięcia tak przepięknego, że krzesła trzęsły się w posadach. Przy czym koncert wcale nie był ekstremalny, wręcz przeciwnie, unosiła się nad nim jakaś subtelna delikatność. Cały pomysł być cholernie ryzykowny, ale udał się jak mało co, nawet pomimo momentów braku porozumienia między Kangiem a Ambarchim (szukali się czasem wzrokiem ale bez powodzenia). Chciałoby się tego wszystkiego więcej, silniej, mocniej i dłużej. To było zakończenie, na jakie ten festiwal z pewnością zasługiwał.

    Sprawy inne, można nie czytać

    Pochwalić trzeba z pewnością: organizację (wpuszczanie ludzi do ciasnych miejsc świetnie skoordynowane, nie wspominając o relatywnie małej ilości obsuw), nagłośnienie (poza kilkoma małymi wpadkami) i dobrą informację o miejscach iwentów. Atmosfera też była w pytę, miło widzieć na koncertach więcej względnie ogarniętych ludzi, którzy nie tylko uważnie słuchają, ale też potrafią coś sensownego powiedzieć i nie łażą ciągle odurzeni browarami, rozlewając pod siebie. Miło widzieć też artystów, którzy chodzą na występy innych i kręcą się wśród publiki przez większość festiwalu (widywałem laskę z Tropic of Cancer, Swansona, Ziołka, Jacka Sienkiewicza, Lutto Lento i innych) i że wszyscy są tutaj tak blisko, tak na swojskie wyciągnięcie ręki. I miło naprawdę być na festiwalu, na którym większość koncertów można odebrać w przestrzeni, która sprzyja przeżywaniu muzyki i wczuwaniu się w nią, a nie kurwa Stara Rzeka o piętnastej w gorącym namiocie. Anty-wizualne podejście twórców tegorocznej edycji też bardzo mi się podobało, nie tylko dlatego, że wkurwiają mnie flesze, ale dlatego, że całe to założenie mocno koresponduje z moimi własnymi - nie lubię całej tej kultury obsesyjnego utrwalania, zapisywania i dokumentowania. Przeżycia są niepowtarzalne, a nawet najlepsze zdjęcie i film może być jedynie namiastką tego, co było i nie wróci. Wymuszenie skupienia się na muzyce, a nie na rejestrowaniu zdarzenia to był dobry pomysł. I dobre jest też to, że ludzie się stosowali - robili zdjęcia rzadko, a jak już, to z ukrycia. Rysunki to świetny pomysł, zróbcie tak też w przyszłym roku.

    Zganić można za: głupią politykę karnetową (na to nie wejdziesz, na to też w sumie nie, to też wydarzenie towarzyszące, więc sorry, wiemy że masz karnet na całość, ale wiesz co, to akurat nie jest całość, albo wejdziesz na wernisaż ale na wystawę nie bo TAKIE UMOWY) - zróbcie je droższe, jeśli to taki problem z kasą, ale pozwólcie mieć pass na WSZYSTKO. Ew. zróbcie dwie wersje karnetu czy coś. Po drugie: były takie dni, że człowiek szedł na dwa/trzy koncerty i koniec, szkoda że program nie jest jakoś bardziej skondensowany. Po trzecie, wiksy w Forum mają dość osobliwy klimat z pewnością nie dla każdego, a przecież zaprasza się na nie też artystów, po których wielu spodziewa się klimatów, które lepiej przyswaja się gdzie indziej (choćby Mulholland Free Clinic coś stracili przez to). Poza tym, to trochę nieuczciwe, że to właśnie tam koncentruje się tak wielu wykonawców, zważywszy na to że punkt drugi.

    podsumowanie

    Było fajnie. Naprawdę. I mógłbym tu wiele osobistych rzeczy jeszcze napisać, ale ta relacja zrobiła się już nieznośnie długa. Że pomimo marudzenia w większości mi się podobało, że miałem tak czy owak jedne z ciekawszych przeżyć związanych z obcowaniem z muzyką w większym skupieniu niż na letnich festiwalach, gdzie tylko biegam od namiotu do namiotu i martwię się o to, czy mi wody wystarczy. Cieszę się. Naprawdę.

    .
    .
    .
    .
    .
    .

    special thx to: Peosmirr (za wszystko: gościnę, pokazanie tanich i dobrych knajp, okazjonalne wożenie dupy)
    pozdro: Moooondek i redscab (wiksy w samodhodzie 8]), wruk_publiczny i wszystkie niezale których widuje się na wszystkich niezalowych koncertach, a których z ksywek nie znam ale z widzenia już dość dobrze

    .
    .
    .
    .
    motyw przewodni festu:



    no to pa