od 1 do 11 lipca miałam przyjemność (a może momentami i nieprzyjemność) stacjonować w Lubiążu, na polu namiotowym Toi-Toilandia w zielono-żółtym namiocie pod murem. i może od początku:
szalona Audi 80 wyruszyła z Jastrzębia Zdroju o godzinie 4:30 rano, by przed 9:00 zgarnąć jeszcze z Wrocławia pannę eM. - w Lubiążu wylądowaliśmy krótko po dziesiątej. pole namiotowe było absolutnie puste, więc nikt nie miał wpływu na wybór miejsca dla namiotu. nad rozbitym już zielono-żółtym grobowcem w kształcie kopca (lub też stolca, jak przedrzeźniała 'reporterów' ze SloTV Karolina) dumnie prężyło się drzewo Stefan (jodła?), od zachodu miał on oparcie w ceglanym murze oddzielającym teren klasztoru (bazyliki : D) od reszty świata. zza muru co wieczór dochodziły radosne dźwięki życia w karczmie Cysterskiej a słońce niemal wcale nie zaglądało w te okolice...
pierwsze półtorej dnia można zaklasyfikować jako "nudny" lub nawet "bardzo nudny"…