W przerwie między rozdziałami A Dance with Dragons, oglądając bloga Bajeja, wspominam sobie Pohodę.
Podróż w przeuroczym towarzystwie i z dobrą muzyką w tle była, wbrew upałom, całkowitą przyjemnością!
Małe dramaty, jak przyjechałyśmy, bo już myślałam, że nigdy nie znajdziemy Polski na tym polu namiotowym.
Pierwsze wrażenie: trochę szok. To festiwal muzyczny, czy wesołe miasteczko. I te motyle flagi, i te góry w tle. Bożeboże, jak pięknie.
Czwartek: Moby. Wszyscy gdzieś poznikali, zostaliśmy z Karolą i Bajejem sami. Orany, nigdy nie widziałam tak wiksującego Pszemka! Mi się Moby podobał. Szaleć, to nigdy za nim nie szalałam, ale zagrał ok, ja sobie poskakałam, coś tam pokrzyczałam, nawet jacyś Słowacy się bawili - fajnofajno.
Następnego dnia znowu zwiedzanie miasteczka, jakieś słynne bromboraki do spałaszowania, żółte Bazant Radler do wypicia,
Pierwszym koncertem był koncert Braids na scenie Europa. …