Festivals » Apr 29 Asymmetry Festival II at Firlej
KONKURS // OPINIE NA TEMAT ZESPOŁÓW ASYMMETRY II
-
- euzebiusz6000 said...
-
- User
- 22 Feb 2010, 13:07
Trzy grosze..
1. ALTAR OF PLAGUE
Zawsze myślałem, że żeby być blackiem, to trzeba mieć białą twarz, topór w ręce i nie umieć grać. Nawet po części dalej tak myślę. Ale Altar of Plagues, dzięki mojemu wsiąknięciu w szeroko pojęty sludge i dzięki ich odchyłkom, jest dla mnie git. Może jeszcze ta szufladka nie jest dla mnie stracona?
2. Black Shape of Nexus
Ciężko i baaardzo wolno.. walec.. nie wiem, niestety nie umiem się przekonać. Może najbliższy split z Kodiak zmieni mój punkt widzenia? Ten numer powoli we mnie wchodzi.. jest ciężko, bez (zbędnych) dłużyzn.
3. Bong-Ra
Absolutnie szalony miażdżący rytm, remix, łamańce - brzmi okrutnie, chyba nie moja bajka. Ale jak ktoś siedzi w tych klimatach, to chyba nie ma większego buzuna nad Bong-Ra. A inkorporacja gitarowych klasyków wychodzi mu wyśmienicie.
4. Comity
Kapelka kojarzy mi się, nie wiedzieć czemu z Mars-Voltą. Pewnikiem dzięki absolutnemu luzowi i zapieprzaniu z muzyką jak leci, do przodu, reszta się nie liczy. Totalny spontan, krzyk, skok, wrzak, pałer.
5. Dark Castle
Strrrraszny wokal, kobieto - czyż to sejtan Cię opętał? Tak czy siak, we dwie osoby potrafią zrobić dużo dobrego hałasu.. a czy wybitnego? Zobaczymy na żywo, na razie kredyt zaufania zdobyty.
6. Drumcorps
Zupełnie nie moja bajka. Ale - spróbujmy. Człowiek za konsoletą, miksujący dźwięki już zagrane.. jest trrr, jest dzyń-dzyń. Nie ma gitar, nie ma garów, dziękuję.
7. Esoteric
Studnia, tu studnia. Klasyka poniekąd, ogromna nazwa, ale nigdy nie zagościła w moim odtwarzaczu na dłużej. Smutno jak cholera, żyletka sama wychodzi z papierowego opakowania.. dzięki wokalowi, jak na wstępie. Takie ramy, taki gatunek. Się tworzy, się ma. Szczerze - gdyby tylko zamienić headlinera w tym dniu, byłbym na pewno. A tak pozostaje piątek..
8. Helen Money
Piękny dodatek, że tak nieznośnie powiem, do festu. Smyczek, niepokój, kojarzy mi się Czechowicz i jego "Na wsi". Piękny niepokój. Piękny.
9. Jesu
O nim moznaby napisać tomy. Człowiek orkiestra, trzon Ciała Bożego, Justin we własnej osobie. Ale to Jesu.. najpierw smutno, lecz jeszcze z kopytem (s/t), potem coraz bardziej piosenkowo i z coraz mniejszą domieszką fabrycznej mocy, pozostał jedynie chłód. Hipnoza, powtarzalność i wokal zupełnie z innej bajki. Niestety, nie widzę tego live (a powinienem, powie niejeden).
10. Kasan
W związku z duużym hype'm na szeroko pojęty post-rock, teraz, niczym nu-metal w latach 90/00, kapelka grająca taką muzykę jest w niemal każdym większym mieście. Ładnie się słucha, ale.. nie odróżniłbym od całego zalewu innych postrockowo grającym kapel. Jednakowoż - bardzo ładnie! Więcej - przezajedwabiście! Gdy tak dalej brnę w kapele, to coraz bardzie żałuję karnetu.. tylko jak ja to powiem Żonie?!?
11. Khuda
Dwóch panów, gitara i perka. Łupią, ale mimo wszystko ograniczone instrumentarium chyba nie pozwala wyjść na szerokie wody. Może to tylko złośliwość, ale - zweryfkuję na zywo. Czyli dalej post-cośtam, grane na mały arsenał.
12. Kylesa
Wychodzimy z hardcora i crusta, wypływamy nieco wolniej na szerokie wody niż funfle z Baroness, bo.. gramy mniej przebojowo, ale z większym wykopem? Chyba tak. Ale nie ma bata, każdy kto usłyszy "Unknown Awareness", musi przyznać, że jest dobrze. Do tego dwie perki - których może tak nie słychać na płycie, ale na żywo zmiażdżą suty, zerwą torbę i pozostawią ugór!
13. Mouth of the Architect
Jeden z zepołów z pierwszej linii post-grania, chyba można podpiąć ich pod Pelican/Red Sparowes, to niemal ta sama liga (choć od ligowania jest tu inny specjalista). Przyjadą z nowym materiałem, warto będzie.
14. Shrinebuilder
Supergrupa? TAK! Neurosis+Sleep+Saint Vitus+Melvins! Granie bardziej stonerowe, niż sludgowe, tylko pięć numerów, szczerze mówiąc nie wstrząsnęły mną, ni zmieszały tak, jak wskazywałby na to skład, ale i tak przewarto zobaczyć taki skład na żywo. Wiele to razy ruszą na trasę?
15. Tesseract
Trochę pitu-pitu, dla mnie tandeta niestety. Ale że opis odczuć potrzebny - śpiewanie jakieś takie nijakie, muzyczka.. nie wiem, czy to się teraz określa mianem emo? Czzysty śpiew, słabe gitary, klimat płaczliwy. Nie dla mnie, ciężko im może być, choć widownia chyba tolerancyjna. Przed Slejerem by nie mieli szans skończyć setu, hehe.. (niestety, nie pochwalam).
16. The Mount Fuji Doomjazz Corporation
Czy opis może być pomocny, gdy wybrali odegranie ścieżki do Elephant Man'a? Pewnie tak, bo odcisną na nim piętno jak sądzę. I chyba lepiej trafić z obsadą do filmu nie można było, bo to co tworzą nagminnie powoduje wyświetlanie się obrazów przed moimi oczami..
17. Time to Burn
Mocne post-metalowe łojenie, dla fanów CoL. Tylko szybciej. Czas spłonąć.
18. Yakuza
Fantastyczny saks Lamonte'a, wokale przechodzące od grindu, poprzez cudownie ciepłą barwę, aż do zaśpiewów na linii ironów, muzyka połamana jak krakersy w chlebaku. Ciężko cokolwiek więcej powiedzieć, może poza tym, że przyjadą z nową płytą, a że kilka już mają, więc nie zapowiada się słabo.
19. Year of No Light
Francuzi z bardzo melancholijnym, spokojnym ale jednak sladżowym graniem. Ponoć stracili wokalistę, więc przeszli do grona mniej wyróżniających się tworów instrumentalnych.. żart. Tak czy siak, zimno bije od nich na kilometr, choć jak z wywiadu wynika, uczciwe chłopy. I właśnie wyszedł ich split z Rosettą i East of the Wall.
20. Zu
Zuo. Dobre zuo. W przeciwieństwie do wielu kapel festiwalowych, band absolutnie wymykający się łatwemu szufladkowaniu. SZerokie istrumentarium, wulkan pomysłów, tłuste aranżacje. Niby brzdęk brzęk, trump trump, a ścina z nóg. Niczym "Red Bats with Teeth" z pamiętnego soundtracku. Czyli to co (nie)zakute metalowe głowy lubią najbardziej.
-
słów kilka:
1.Altar of Plagues – za black metalem nie przepadam, ale ostatnio coraz częściej można w muzyce zaobserwować ciekawe mieszanki styli. Tutaj mamy do czynienia z wykrystalizowanym, wypieszczonym black metalem, który zamiast brudu, szumu i toporów niesie za sobą sludge’owa energie, post-rockowe kompozycje, a przede wszystkim głos wokalisty, który gdy tylko się odezwie zdziera go tak mocno jak mocno zdzierają opony łysi panowie w swoich dopieszczonych Golfach serii III ;]
2.Black Shape of Nexus – trans, ból, surowość i śmiertelna powolność, mimo, że to trochę nie mój biegun doom metalu, to jednak brzmią bardzo solidnie, mocarne kompozycje swoim monumentalizmem na żywo mogą pewnie przyprawić o gęsia skórkę, z chęcią posłuchałbym ich spod głośnika.
3.Bong-Ra – mogę śmiało powiedzieć, ze gatunek jako całość lubię i to bardzo. Oczywiście to samo tyczy się Bong-Ry jako jednego z reprezentatywnych wykonawców breakcore’u. Jednak słuchane w domu szybko się nudzi, za to na żywo jest to maszyna do rozsadzania głów. Totalna jazda bez trzymanki i odjazdy, korpus sam się rwie do zabawy! W Krakowie zagrał długi, eksplodujący set, mam nadzieje, że tutaj będzie podobnie.
4.Comity – Jest szybko i do przodu, jest ciężko, jest jeden wielki schizm, jednak na tle całego gatunku brzmią dość typowo. Solidnie lecz typowo. Żeby nie było to jednak bardzo dobrze, perkusista sprawia wrażenie maszyny. Jednak w gatunku tak młodym jak mathcore ciężko nie być porównywanym do tuzów. Mimo wtórności jednak szacunek się należy. I na pewno zapewnią Firlejowi dobry show!
5.Dark Castle – zespól o zdecydowanie za małym rozgłosie w naszym kraju. Zawsze jestem pełen podziwu kiedy w tak ograniczonej liczbie osób otrzymujemy tak nieziemski efekt. Muzycznie można by ich śmiało porównać do chociażby wspomnianego wcześniej Black Shape of Nexus, ale w tym wypadku wygrywa wokal, mam słabość do wokalistek, szczególnie do takich, które na koncertach zapewne zieją siarką.
6.Drumcorps – jeśli jesteś fanem ciężkich brzmień, to nie ma dla Ciebie przypuszczalnie lepszej elektroniki, niż ta jaka serwuje na Aaron Spectre. Już za sam wybór artystów do coverowania należy mu się sympatia plus to w jaki sposób to jest zmixowane – istny kosmos! Wstyd się przyznać ale gdy usłyszałem płytę Grist w 2006 roku myślałem, ze Drumcorps to jakaś grindcore’owa kapela… jeszcze większy wstyd, że dopiero poprzez Drumcorpsa poznałem Botcha. Az strach pomyśleć co będzie się działo 29. Człowiek petarda!
7.Esoteric – mówią, ze zespół już legendarny. Poznałem dopiero z okazji Asymmetry i jakoś nie zachwycił, niby klasyk, ale ja nie czuje tej zajawki. Szatan podany na tacy, ale jakoś tak zbyt bezpośrednio bez żadnej przystawki, czy tez deseru. Za dużo patosu, za mało tej tytułowego ezoteryzmu.
8.Helen Money – Perełka. Największe odkrycie z rzeczy nieznanych mi na tegorocznej edycji Asymmetry. Nie słyszałem nigdy nic podobnego, stąd może ten wielki zachwyt. Ileż emocji można wywołać dzięki jednej osobie i instrumentowi. Alison potrafi wręcz magicznie bawić się naszym nastrojem, muzyka tak zróżnicowana, że ciężko ja do czegokolwiek porównać. Jestem bardzo ciekaw aury jaka tworzy wokół siebie na koncercie.
9.Jesu – dwie rzeczy na świecie są pewne – to, ze umrzemy i to, ze nieważne jak słabą płytę wydał by Broderick pod szyldem Jesu i tak wierni fani będą go kochać. Ja zatrzymuję się raczej na początkach twórczości i mam nadzieje, ze chociaż część właśnie z wcześniejszego repertuaru przedstawi w Firleju. Muzyka chwilami usypiająca, tylko po to, żeby potem wyśnić nam najgorszy z koszmarów.
10.Kasan – 2 lata za późno. Dokładnie tyle lat temu przeszedł mi boom na wszelkiego typu post-rocki, wtedy to dotarło do mnie, ze gatunek zdaje się zjadać swój ogon i naprawdę ciężko dokopać się do czegoś wartościowego. Kasan brzmi miło dla ucha, ale jednak nie da się powiedzieć, ze oryginalnie. To chyba prawda, że u Niemców brakuje miejsca na jakiś chociażby najmniejszy pierwiastek szaleństwa, tutaj również go nie uświadczymy. Niestety ale nudne i zmechanizowane ;]
11.Khuda – cóż nie wiem jak na żywo, ale płyta dość słabo brzmiąca, widać, że nie mieli dostępu do jakiegoś dobrego studia, strasznie blaszana perkusja, i jakiś niepokojący pogłos – nie wiem może tylko ja to słyszę, ale dla mnie brzmią jak zespół który dopiero stawia pierwsze kroki w muzyce – moim zdaniem trochę odstający od reszty.
12.Kylesa – Jeden z najjaśniejszych punktów całego festiwalu. Zobaczyć dwa zestawy perkusyjne na żywo w takim piekle – bezcenne. Dawka energii otrzymana na koncercie na pewno starczy na dłuuugo. Jeden z najbardziej przebojowych sludge/crustowych zespołów jakie istnieją. Rodzynek w postaci dziewczyny na gitarze jeszcze bardziej podkręca atmosferę. Ciekawe ile osób wie, że grali w 2006 r. na poznańskim Rozbracie. Mimo usilnych starań wtedy nie udało mi się dotrzeć, mam nadzieje, ze teraz się uda!
13.Mouth of the Architect – Ciekawe kompozycje, mnóstwo przestrzeni, niektóre utwory wręcz space rockowe pozwalające na oderwanie się od rzeczywistości. Ich największą bolączką jest to, że są na każdym kroku porównywani do tuzów gatunku. Dla mnie kreują swój własny styl, pomaga w tym na pewno spora szczypta psychodelii.
14.Shrinebuilder – Ich album nie zachwycił, ale jednak członkowie elektryzują każdego i mimo, że razem nagrali cos przeciętnego to każdy z osobna w swoich macierzystych zespół zapisał się znacząco na kartach muzyki extremalnej. To trochę jak z Jesu – nie ma szans zobaczyć Godflesha to obejrzy się Brodericka w innym wcieleniu… ;]
15. TesseracT – Ups… pudło. Przynajmniej dla mnie, najpierw słyszę, ze math metal
myślę sobie o może będzie młodsza Mesuggah czy tez Strapping Young Lad. Potem
słyszę opinie, ze trochę kombinują… zmiana azymutu na Sikht czy tez Devil Sold His
Soul – myślę sobie może być odjazdy z czystymi wokalami też lubię. Jednak w tym
przypadku nie ma ani ciężaru, ani odjazdów, ani nawet kapiny wariactwa, jest coś
czego do końca nie potrafię zrozumieć. Zbyt czule, zbyt miałko, zbyt cukierkowo. Bez
pazura, bez kombinacji, bez duszy. Jakby to puszczali aktualnie na MTV2 to chyba
nikt ze stałej widowni nie wyczuł by nic niepokojącego.
16. The Mount Fuji Doomjazz Corporation – Bong-Ra w kolejnym, najmroczniejszym ze
swoich oblicz. Mimo całej sympatii dla niego jak i nawet dla TKDE , tutaj jest jakość
zbyt bezmelodyjnie, może jestem za wąski w uszach ale dla mnie nie ma tej magii i
wszystko raczej niepokojąco-senne. Na szczęście będzie Człowiek-Słoń wiec o śnie
nie ma mowy!
17. Time To Burn – szczególną sympatią, można powiedzieć wręcz miłością darzę scenę
sludge/post-hc z Francji i Szwajcarii. Time To Burn to bardzo solidny jej
przedstawiciel. Słychać wielkie bogactwo dźwięków, jest tak gęsto i ciasno, że u
niektórych może to wywołać reakcje klaustrofobiczne. Bardzo intensywnie zagrany
sludge, z obowiązkowym miejscem na nutkę francuskiej subtelności ;)
18. Yakuza – Ich koncert chcę zobaczyć najbardziej. Odkąd ich usłyszałem, a będzie to
już ładnych parę lat temu, na stale zagościli w moich uszach. Największą ich zaleta
jest to, że chociażby się bardzo chciało nie można ich do niczego porównać. Czysty
wokal nie koi tak bardzo w żadnym innym metalowym projekcie, krzyk nigdzie nie
brzmi tak schizoidalnie i złowrogo, jazz nigdzie nie potrafi tak wzmocnić efektu
extremalnego grania. Wszystko podane w idealnych proporcjach, na ostatniej płycie
może trochę za mało experymentów, ale wcześniej ustawili sobie poprzeczkę tak
wysoko, ze nie sposób od nich nie oczekiwać absolutu z każdym kolejnym
wydawnictwem.
19. Year Of No Light – znowu Francja, i znowu wielka moja sympatia. Zawsze brzmieli
dla mnie jak duchowi bracia Mouth of the Architekt, może to tylko podobieństwo
okładek, ale myślę, że to również zasługa zapraszania kosmosu do swoich
kompozycji ich przypadku nie ma mowy o rzemiośle, tutaj mamy artyzm w pełnej
okazałości, można zamknąć oczy i odlecieć.
20. Zu – myślę, że doskonale zsynchronizowaliby się jednego dnia dzieląc scenę z
Yakuzą, kolejne, jakże odmienne od klasycznego spojrzenie na jazz. Bardzo
awangardowo, czasami minimalistycznie, czasami kakofonistycznie, a czasami wręcz
jazzcore’owo. Nie przez przypadek zyskali uznanie m.in. u Johna Zorn’a. Bardzo
intrygują, to, że są świetni na żywo zostało już nie raz potwierdzone.
-
- giga-B said...
-
- User
- 23 Feb 2010, 15:38
ŻURNAL PRE-ASYMMETRY 2010
(Artykuł ten powstał specjalnie na ten konkurs, jednak wkleiłem jego kopię do mojego żurnala, w celu większego lansu).
Sporo pracy trzeba włożyć w taki żurnal powiem wam.
Raz że nie znam za bardzo materiału źródłowego (nie interesuje się tak bardzo trzecią ligą) - tak więc czeka mnie mozolne przejechanie majspejsów i jutubów...
Dwa - postanowiłem do tematu podejść profesjonalnie i przyjąłem bardzo konkretną metodologię ocen, która wymusza podejście do każdego wykonawcy od kilku różnych stron.
Główne punkty odniesienia to: STYL (czyli streszczenie co dany zespół próbuje grać i z czym się to kojarzy); LIGA (czyli ogólna powaga zespołu) oraz POTENCJAŁ (czyli czego można się spodziewać po danym artyście na deskach Firjela).
To będzie długi dzień.
Altar of Plagues
Styl - fani bleku poszli w isis
Liga - 3 (conajmniej)
Potencjał - obiecujący
Black metal to dla mnie raczej śmichy-chichy, ale w takim wydaniu może się nawet sprawdzić. Z otwartymi ramionami przyjmuję takie 'ciekawostki', które mają szansę wybić się ponad schemat 'doomowy zespół z niemiec nr 43565', z którym to schematem kojarzy mi się ten fest. Tutaj blekowe sieczki brzmią bardzo skocznie i energicznie, myślę że wciągną ludzi do zabawy. Największa porażka niestety to fakt że zespół odcina się od klasyki blekowej jeżeli chodzi o wizerunek sceniczny - show byłby dużo lepszy gdyby byli wymalowani, w pancerzach z kolcami i ziali ogniem, a tak to na youtube oglądałem tylko nudziarzy w trampkach.
Black Shape Of Nexus
Styl - niemiecki zespół doomowy nr 4136
Liga - 4
Potencjał - przewidywalność na poziomie puszki paprykarzu szczecińskiego
Niemcom nie wystarczyło Men in Search of the Perfect Weapon ani Omega Massif i musieli mieć koniecznie kolejne takie zespoły. Lubię takie granie, ale pierwszą płytę BSoN wydupcyłem po 2 przesłuchaniach, bo już wtedy czułem przesyt tego gatunku. Jedyne na co można mieć nadzieję to że zmiotą live, ale po klipach na żywo z youtube nie zapowiada się - a przy firlejowym brzmieniu to już w ogóle. Jak już mamy sadzić takie europejskie doomokartofle to bardziej bym się ekscytował Monarch!
Bong-Ra
Styl - koleś z dredami puszcza bity
Liga - 3
Potencjał - czuć falę orzeźwienia
Dwie sprzeczne przesłanki wynikają z obejrzanych przeze mnie klipów. Raz - koleś puszcza bity z laptopa i macha dredami... dwa - gra skocznie i metalowo. Sumarycznie wychodzi na plus, ponieważ pośród zatęchłych worów z pocztowym metalem mamy w końcu coś innego, coś żywego. Nie słuchałbym tego tak w domu dla siebie, ale na żywo bardzo chętnie, na pewno chętniej niż niemieckiego zespołu doomowego nr 73532.
COMITY
Styl - grzywcore
Liga - 6
Potencjał - pobity koń
Nie wierzę w to w ogóle - nie fascynowałem się nigdy tymi bezładnymi krzykami (noooo może w liceum sporo słuchałem the locust...) a dwa że absolutnie nie widzę ich, grających w takim tempie i tak gęsto, na scene firlejowej - słyszalność przewiduję na poziomie takim, że najwięksi fani ledwo będą rozpoznawać utwory. Zmarnowane miejsce i biedny, pobity kijem koń.
Dark Castle
Styl - dwuosobowy klocek
Liga - 2, ale bliżej trzeciej.
Potencjał - mniam!
Same plusy tutaj widzę. Dwa instrumenty = będzie słychać (co już Jucifer potwierdził kiedyś tam). Zawodniczka z gitarą - ja jestem jak najbardziej za. Kawałki dobrze pomyślane, riffy dość przebojowe. Nie ukrywam że mam spore oczekiwania co do tego występu.
Drumcorps
Styl - koleś z dredami puszcza bity
Liga - 3
Potencjał - fala orzeźwienia powraca
nie siedzę w tych bitach ale na krótko to co zauważyłem przy porównywaniu tego zaowodnika z tamtym bong-ra to fakt że gra na gitarze na tle tych bitów co puszcza = a to się chwali! Ja bym z chęcią coś takiego widział pośród tych wszystkich pocztowców i emerytowanych kolędziarzy.
Esoteric
Styl - doom ze studni
Liga - 1
Potencjał - mają szanse...
NIe umiałem ich strzymać z tych multipłytowych albumów po 150 minut. Występ na żywo może być porażką, jeśli tylko będą grać wystarczająco długo, myślę że wieksza część publiki polegnie na podłodze, bo żywo to oni nie grają bynajmniej. Mroczne ryki z głębokiej studni też nie pomagają i jedyna nadzieja tkwi w tym, że to absolutni weterani i fachowcy i że pojadą na pełnej pycie, nie pozwalając publiczności na drzemki. Ja niestety jestem zdania, że lepiej być przygotowanym na najgorsze (szczególnie gdy się weźmie pod uwagę walory brzmieniowe klubu) i pozostaje mi się tylko cieszyć że w dzień na którym się pojawię to ich nie będzie.
Helen Money
Styl - klimaciarska przesterowana wiolonczela
Liga - okręgówka
Potencjał - ogromny
Na płycie gra świetnie - przede wszystkim od strony kompozycji, bo bardzo łatwo jest zanudzić słuchacza na śmierć takim przesterowanym rzępoleniem. Ale kobita napisała kapitalne utwory i podejrzewam że na żywo wypadnie to jeszcze lepiej i mocniej - bardzo żałuję że w taki daremny dzień ją organizatorzy ustawili i nie będę miał szansy obejrzeć :( W sumie na tą chwilę to u mnie nr 1 na tym festiwalu.
Macie tu 10/10 live akcję: http://www.youtube.com/watch?v=2mBqV5YBx1s
Jesu
Styl - 'kiedyś byłem słynnym bramkarzem...'
Liga - 2
Potencjał - litości...
Nie wierzę w to całe jesu. Jeszcze bardziej nie wierzę w ten materiał który Justin teraz tłucze. A najmniej już ze wszystkiego wierzę w występ na żywo w Firleju. Justin na żywo kiepsko sobie radzi z wokalami (nie trenował kolęd widać), a przy takim zmulonym soundzie to już zapomnijmy. Rozumiem że od strony ekonomicznej to był dobry krok, bo ściąnie oszalałe hordy fanów, ale ja bym wolał jeszcze raz Helen Money :)
Kasan
Styl - postmetalowy zespoł z niemiec nr 632
Liga - 3
Potencjał - umiarkowany
Tym razem niemcy zaatakowali kategorię pocztową, i to tą z tych lżejszych, bardziej rozplumkanych, bujających pięknymi melodiami i transowym, pełnym zadumy podkładem. I oczywiście bez wokalu - czyli ta sama liga co tides from nebula czy disappearer. Nie powiem że słucha się tego całkiem całkiem (zero fajerwerków, ale lepsze 100x od cult of nuda). Na żywo mają szansę dostać dodatkowej mocy i jeśli tylko nie będą grać za długo (niemcy tak mają że nie wiedzą kiedy przestać) to mógłbym sobie nawet ich tam chętnie posłuchać i się pogibać. Oczywiście byłoby to możliwe tylko po 2 piwach, bo na trzeźwo nie byłbym pewnie w stanie pokonać przeeksploatowania gatunku.
Khuda
Styl - post-instrumentalne plumkanie wersja 794
Liga - 4
Potencjał - obiecujący bufor
Przepiękne plumkaniny bez wokala - brzmi zupełnie odkrywczo nie? No właśnie. Z tym że ja to widzę w szerszym spektrum i jestem w stanie obiektywnie docenić obecność takiego wykonawcy na festiwalu, ponieważ ma szansę stać się skutecznym buforem, wstawionym pomiędzy np. dwa niemieckie zespoły doomowe nr 5634 i nr 7872. O ile oczywiśćie nie wpadną na pomysł żeby plumkać 1,5 godziny. Rozsądne ustawienie tego zespołu na playliście może okazać się sporym sukcesem.
Kylesa
Styl - wczesne neurosis idzie we wczesne baroness
Liga - 2 (bliżej pierwszej)
Potencjał - łatwy do zaprzepaszczenia niestety
Problem z Kylesa jest taki że jest to duży zespół. Dużo źródeł dźwięku może łatwo stać się przyczyną katastrofy. Firlej daje rady gdy są 3 instrumenty, a tutaj mamy tego sporo więcej... Z płyt zespół gra kapitalnie, świetnie rozpracowane 2 perkusje i bardzo, bardzo solidne kompozycje - bardzo rzadki przypadek zespołu który z płyty na płytę gra coraz lepiej. Jednak mimo całego mojego entuzjazmu to mam bardzo poważne obawy, czy cokolwiek z tego co zagrają będzie rozpoznawalne w ogóle.
Mouth of the Architect
Styl - postmetalowy zespół nr 19
Liga - 2
Potencjał - widok schnącej farby
Ci są akurat w 2 lidze (bo w miarę wcześnie wystartowali w tym modnym nurcie) ale nie zmienia to faktu, że gdy obejrzeć ich na żywo to nie różnią się absolutnie niczym od innych tam amenra, minsków czy rozetów. Ja autentycznie nie mam siły wałkować w kółko tych post-wykonawców o wydumanych nazwach i gdyby mieli grać u mnie pod blokiem to bym im z okna nawet pytą nie pomachał.
Shrinebuilder
Styl - dinozaury atakują, nudą straszną smarują
Liga - 5
Potencjał - ręce opadają
Zupełnie niepotrzebny 'projekt', same niby gwiazdy a materiał strasznie przeciętny i nijaki. Jednak przy nikłej szansie obejrzenia OM na żywo, trzeba się widać posiłkować takimi substytutami. Będzie pewnie parę stonerowych zagrywek i sabbathowych riffów no i Scott pewnie krzyknie 'WE'RE STANDING BURNING BEFORE YOU' - trzeba się cieszyć takimi drobnostkami.
TesseracT
Styl - grzywshuggah
Liga - 3
Potencjał - śmiech przez łzy
Przyznam że nie potrafię poważnie podejść do tematu. Gdy słyszę jak chłopczki w trampkach snują swoje emowokale na tle struktur żywcem wyjętych z meshuggah to jakoś odpadam. Po poddaniu tematu, jedyne co zostaje to jakaś predykcja dotycząca ich performansu na żywo - i jedyne co potrafię sobie wyobrazić to fanów grupy z obowiązkowymi grzywkami i trampkami, którzy wczuwają się w te rzewne partie wokalowe. Nie, dzięki, naprawdę pass.
The Mount Fuji Doomjazz Corporation
Styl - lasia pięknie śpiewa
Liga - 4
Potencjał - obiecujący
Nie będę się rozpisywał nad samym zespołem bo naprawdę nie mam pojęcia co to jest, skąd się wzięło i co potrafi - dotrzeć do materiału źródłowego jest wystarczająco trudno, a przede mną jeszcze tyle fascynujących zespołów do opisania... z tego co słyszałem to klimaty spokojniejsze i dziewczyna całkiem fajna i mi to wystarczy - jest to radykalnie inne od pocztowej sieczki i myslę że to świetny pomysł żeby ich ustawić w rozpisce.
Time to Burn
Styl - knucik jest milusi
Liga - 3
Potencjał - marnie i wtórnie to widzę
Niskie strojenie, monolityczne walcowanie gitarowe + krzyki = nic nie słychać. Zapowiada się męczący spektakl, coś w stylu tych niemców co grali przed ASOL i Amenra. Podchwyciłem też riffy w stylu cult of luna (na jednym dźwięku tararara-tararara-tararara-tararara w kółko) co dodatkowo obniża moją wiarę w sensowność tego koncertu.
Yakuza
Styl - przetrąbione hałasy
Liga - 1
Potencjał - trudno powiedzieć
Na pewno każdy z Was kiedyś zadał sobie pytanie: 'co by się stało gdyby do ostro łojącego zespołu nawrzucać instrumentów dętych?' I ja wam teraz odpowiem: 'powstałaby kaszana aż zęby bolą'. Wszystko mnie drażni w tym zespole - te saksofony, trąbki czy co tam jeszcze, wokal, pretensjonalność - nie mogę ich po prostu, jak Tomasz Lis. Nie będę się więc silił na obiektywną ocenę potencjalnych możliwości firlejowo-koncertowych, pies ich trącał.
Year of No Light
Styl - postmetalowy zespół nr 156 evolved
Liga - 2
Potencjał - może nie być tragicznie
Płyta NORD mimo oklepanego schematu (nazwa, litości) i dennego wokalu, nie była wcale zła. Co ciekawe, zespół wokala gdzieś zgubił i dorzucił drugą perkusję (!) tak więc może być ciekawie. Nie słyszałem chyba nic w tym ich nowym składzie, tak więc jestem otwarty i z chęcią dam się pozytywnie zaskoczyć - chyba że będą jechać hity z nord i nic nie będzie słychać, to wtedy idę na piwo (ew. szukać dziewczyny z dark castle).
Zu
Styl - zgrzytający włosi
Liga - 2
Potencjał - wierzę we włochów
Jeżli wybiorą trochę mniej finezyjne utwory to będzie murowana miazga. Gorzej natomiast gdy pójdą w te przekombinowane, wtedy boję się że akustyka firlejowa nie nadąży. Wybór Zu to jeden z lepszych pomysłów organizatorów, bo ten festiwal bynajmniej nie kojarzył się jak dotąd z wykonawcami o takiej energii i finezji. Szkoda że ich nie zobaczę w akcji :(
I na tym kończy się mój konkursowy żurnal - starałem się ocenić zespoły w ramach jednej, konkretnej imprezy, ich dobór, miks stylów, możliwości generowania dźwięków na żywo. Jak będzie - zobaczymy. Na razie tylko lista podsumowująca moje przedzieranie się przez materiał źródłowy - wymieniam zwycięzców w różnych kategoriach.
Największy magnes na mnie - KYLESA
Najbardziej przereklamowany - SHRINEBUILDER
Najlepszy wykonawca wcześniej dla mnie nie znany - HELEN MONEY
Wykonawca, którego wolałbym jednak nie poznawać - TESSERACT
^____^
but for some reason, it's never on sale -
- ravenspark said...
-
- User
- 23 Feb 2010, 19:48
Altar of Plagues - chociaż gatunek, jakim jest black metal, nie gości wręcz wcale w moim odtwarzaczu, to po odsłuchaniu najnowszego wydawnictwa Irlandczyków 'White Tomb' jestem pod wrażeniem. 'Dense black metal' w ich wykonaniu to dojrzałe, klimatyczne nagranie, któremu bliżej do shoegaze i post rocka niż tradycznych brzmień spod szyldu 'sex and violence'. Słychać, że mają wiele wspólnego z Fen czy Khanate, ale paradoksalnie, przypaść powinni do gustu najbardziej zwolennikom muzyki spoza black metalowych kręgów. Słuchając Altar of Plagues nie można oprzeć się wrażeniu, że wszystko w ich najnowszym, konceptualnym albumie jest wręcz idealnie wyważone i każdy moment wydaje się dokładnie przemyślany. Jest w nim pewien niepokój - podkreślany dodatkowo warstwą tekstową - który nie pozwala przejść wobec niego obojętnie. Czas teraz przekonać się, jak Altar of Plagues przemówi w bezpośrednim kontakcie. Jeden z czarnych koni festiwalu.
Black Shape Of Nexus - zespół ten zjeżył mi włosy na karku, ale bynajmniej nie z powodu swojego image'u, lecz... zdolności do wydobywania z moich głośników dźwięków na długo po wyłączeniu ich strony myspace. Wprawiło mnie to w zadumę na tyle, że zdołałem się wreszcie wsłuchać na chwilę w tą kakofonię pisków i szumów - i wprawiła mnie ona w pewien niepokój. Chociaż, gdyby Krzysztof Krawczyk śpiewał nadal po wyłączeniu radia, bądź (co gorsza) był na każdej stacji, sytuacja byłaby równie niebezpieczna. Tymczasem z lękiem i przestrachem będę się spodziewał niespodziewanego ataku b-son z moich głośników w każdej chwili. Jest w nich coś złego i niedobrego.
Bong-Ra - breakcore to gatunek dla mnie praktycznie nieznany, chociaż np.. Venetian Snares lubię i to niekoniecznie tylko jego remiksy 'Tej ostatniej niedzieli' (ciekawostka: Öngyilkos Vasárnap to właśnie pierwotna wersja tego legendarnego utworu, wykonywana przez Billie Holliday). Do wykonawców tego nurtu zachęciły mnie relacje z koncertów - podobno pot spływa z sufitu, ludzie się mordują, palą ogniska, rodzą dzieci, publika 'sra się i pluje krwią'. Odsłuchanie 'Full Metal Racket' nabawiło mnie pewnych lęków o moją kondycję na koncercie następnego dnia, ale postaram się podołać temu wyzwaniu. Niemniej mam nadzieję, że dobrze po Bong-Ra wywietrzycie.
Comity - granie podobne do The Dillinger Escape Plan, przyjemnie zaskakuje szaleństwo wykonawców, ciągłe zmiany tempa i nastroju, w osłupienie wprawiają wesolutkie momenty skontrastowane z rozkrzyczaną, połamaną nawalanką. Czyżby koncertowa bomba?
Dark Castle - obrodziło tymi muzycznymi parami. Czyżby do takich sław, jak Nadja czy Jucifer miał dołączyć duet Dark Castle? Ich ostatnia płyta 'Spirited Migration' pokazuje, że.. tak! Ta pochodząca z Florydy formacja swoją muzyką przywraca prawdziwie złowieszczy doom do łask. Jest potężnie, ale nie kosztem melodii, jest dynamicznie, ale nie kosztem klimatu. Bo tego w muzyce duetu jest mnóstwo. Wszystko podlane żywym, lampowym brzmieniem, co stanowi dobrą odskocznię od komputerowo wycyzelowanych medialnych cukierków. Całości obrazu sonicznego zniszczenia dopełnia gardłowy wokal gitarzystki Stevie Floyd. W tym zespole nic nie jest na sprzedaż.
Drumcorps - podobnie jak na Bong-Ra, liczę na kontynuację dousznej penetracji. Drumcorps wydaje się łączyć więcej skrajnośći niż Bong-Ra, mieszając elementy muzyki ekstremalnej z ambientem, momentami operując ciszą, chociaż osobiście wolę breakcore w tym pierwszym wydaniu. Myślę,
że ekstremy będzie jednak więcej, zważywszy, że publika będzie żądna krwi.
Esoteric - szczerze, nie słyszałem o tym zespole przed festiwalem. Nie wiem, na ile jest to przykładem mojej indolencji, takie są jednak fakty. Samą konwencję znam zaś dość dobrze, a przed konfrontacją z Esoteric miałem okazję poznać twórczość Niemców z Ahab i byłem tym bardziej żądny kolejnej dawki najposępniejszego doomu. Esoteric wypada na tle innych zespołów gatunku całkiem nieźle, na pewno nie można ich posądzić o skostniałość, mają również tendencje do zaskakiwania nagle przyspieszając bądź wprowadzać chwile relaksu melodyjnymi gitarowymi pasażami. Jednakże wielkiego bagażu emocji muzyka Esoteric moim zdaniem nie zawiera, z ich najnowszą płytą zapoznawałem się przy śniadaniu i smakowało mi tak samo jak zawsze. No, może musiałem popić kawą, żeby nie przysnąć czasem.
Helen Money - porównanie z Amber Asylum z pewnością trafne. Dużo rockowych naleciałości, chęć eksperymentowania, a jednocześnie całe tony uczuć, które wydobywa ze swojej wiolonczeli Alison Chesley to cechy charakterystyczne tego projektu. Doskonały przerywnik w metalowej nawale festiwalu. Animowany teledysk do 'Mondo' schwyta za krtań żelaznym uściskiem.
Jesu - headliner, którego przedstawiać nie trzeba i jednocześnie zespół budzący chyba najwięcej kontrowersji w całym festiwalowym składzie. Justin Broadrick w swoim projekcie przeszedł bardzo długą i bolesną muzyczną ewolucję. Wielu powie, że Jesu już dawno się skończyło, że Justin
od dawna idzie bardziej na ilość niż jakość, że odcina kupony, nie mówiąc już o wyciszaniu metalowych korzeni. Z tymi zarzutami można polemizować, ale nie można zaprzeczyć jednemu: że pierwsza długogrająca płyta Jesu jest jednym z najbardziej poruszających momentów w historii
muzyki, którą postawili sobie poprzeczkę tak wysoko, że nie zdołali jej już przeskoczyć. Liczę, że podczas festiwalowego koncertu Justin przemyci chociaż krótkie przebłyski swojego dawnego geniuszu. I mam wrażenie, że się nie zawiodę.
Kasan - właściwie jedyni reprezentanci post rocka na festiwalu, wciąż jeszcze muzyczni nowicjusze. Ich utwory zaskakują jednak chwytliwymi momentami, pełne są zaskakująco dobrych aranżacji. Z krótkiej styczności z muzyką niemieckiego zespołu wyniosłem bardzo pozytywne wrażenia. Niby nic odkrywczego, ale nie można im odmówić świeżości. Zjedliby Tides From Nebula na zakąskę.
Khuda - już po paru chwilach wiedziałem, że tego zespołu nie polubię. Wychodząc z założenia, że mając jednego gitarzystę w zespole, Khuda będzie obfitować w niezłe, chwytliwe zagrywki wypełniające całą przestrzeń. A tutaj niemiłe zaskoczenie: jeden gitarzysta nagrywa się na pięć
ścieżek, z których każda jest nędzna. Khuda opiera swoje utwory na ciągłym wałkowaniu motywu, który zaczyna w pewnym momencie doprowadzać do lekkich skurczów, dodawszy do tego biedne brzmienie gitary, która sprawia wrażenie niedostrojonej, całość tworzy eksplodującą mieszankę
doprowadzającą do agresji. Podziękował.
Kylesa - rodzeństwo Baroness i jednocześnie zespół z wielu powodów unikalny. Ich zeszłoroczna płyta 'Static Tensions' została przez społeczność internetową okrzyknięta prawdziwym objawieniem, które zupełnie zdeklasowało konkurencję. Wokal Laury Palmers oraz dwie perkusje dodają ich muzyce przebojowości, której podobni wykonawcy szukają z niemałym mozołem; a rezultaty takich poszukiwań również bywają niepewne. Cechą charakterystyczną Kylesy jest czysta radość grania i prostota przekazu. Komentując lub rozmawiając o nich trudno nie zacząć posługiwać mało cenzuralnymi pochlebstwami, ale taka właśnie jest ich muzyka - prosta, wulgarna i pełna pasji. W moim odczuciu mają duże szanse na przejście do ścisłego kanonu muzyki rockowej i jednocześnie na popularyzację sludge'u w jego nieprzekombinowanej odmianie.
Mouth of the Architect - w końcu w Europie. Zespół od początku pozostający na uboczu post metalowej sceny, wielokrotnie przechodzący zmiany personalne oraz zmagający się z różnymi trudnościami. Może to właśnie te okoliczności powstrzymały ich od dostania się na sam szczyt, na który z pewnością zasługują. Ich płyta 'Ties That Blind' jest wypadkową tego, co w tym gatunku najlepsze - ciężkiego brzmienia, melancholii i świetnych kompozycji. Kolejne wydawnictwo MotA nie było równie błyskotliwe, ale cóż - nie ma zespołów niezastąpionych. Kawałek podchodzący z ich najnowszej epki, który umieścili na swoim myspace, budzi nieodparte skojarzenia z... Rosettą. Czyżby oba zespoły łączyło coś więcej, niż
wspólny wydawca?
Shrinebuilder - ta supergrupa miała być prawdziwym objawieniem. W końcu indywidualności tworzące jej skład stworzyły niemały kawałek współczesnej alternatywnej kultury muzycznej. Jaki jest więc Shrinebuilder w rzeczywistości? Jest, niestety, przeciętny. Muzyka sprawia wrażenie robionej od niechcenia, a aranżacje bywają nużące. W zespole błyszczy Al Cisneros, którego zaśpiewy rodem z OM przenoszą tą płytę chociaż odrobinę do wieczności. Czekam na jeszcze jedno wydawnictwo z ich strony, żeby wydać ostateczny osąd - a tymczasem liczę, że muzycy
nadrobią braki kompozycji podczas koncertu swoją charyzmą.
Tesseract - pewien mój znajomy podczas rozmowy o Asymmetry II powiedział 'z tych kapel znam tylko Tesseract' - pomyślałem, że dobre i to, zwłaszcza, że ja również Tesseracta wówczas nie znałem. Miała być to jedyna reprezentacja djentu na festiwalu, więc z niemałym zainteresowaniem zabrałem się do poznawania twórczości zespołu. Dzisiaj, z perspektywy czasu, ze stoickim spokojem, muszę stwierdzić, że obcowanie z muzyką Tesseract było dla mnie piorunującym przeżyciem. Obejrzawszy dostępne na youtube wideo z ich występu na Hellfest, mogę stwierdzić, że to oni właśnie będą tym pożądanym przez uczestników policzkiem stylistycznym. Wokalista aparycją i maniera przypominający dziwnie Justina Timberlake'a, Hugh Grant na basie, groźnie patyczkowaci gitarzyści, którzy umiejętnie tworzą nie nazbyt połamany podkład pod wokalne rozhisteryzowane rozterki, które w sam raz powinny podpaść do gustu słuchaczom niewymagającym, a jednocześnie bardzo wrażliwym. Z opinii 'krytyków z internetów' wywnioskować można, że zespołowi temu w niedługim czasie wróży się wielką karierę. Cóż, gimnazja na pewno zawojuje. I'm slowly fading... ouiajeeee!
The Mount Fuji Doomjazz Corporation - po pierwsze: wspaniale, że na festiwalu znaleźli się reprezentanci doom jazzu. Bardziej złowieszcza wersja TKDE zaczyna na najnowszym wydawnictwie 'Succubus' przypominać Bohren, mniej tu elektroniki, więcej zaś instrumentów. Płyta ta na długo
zagościła w moim odtwarzaczu i jestem tym doświadczeniem bardzo podbudowany. Przesiąknięta klimatem noir muzyka z pewnością zachwyci zwolenników dekadenckich brzmień. Po drugie: wspaniale, że grać będą do filmu (chociaż trafność jego wyboru uważam za dyskusyjną) - jest to poniekąd muzyka tła, którą dopełniać powinien obraz. Zmysły na pewno będą pracować pełną parą.
Time to Burn - całkiem klimatyczne granie, podobne do wczesnych dokonań Cult of Luna. Gdyby tylko nie ten wrzaskliwy wokal, byłoby bardzo dobrze. Nie wiem, czy to jakaś lokalna tradycja, że francuscy krzykacze pieją jak koguty. Mi blackmetalowy skrzek tutaj po prostu nie pasuje.
Yakuza - Bruce Lamont miał już okazję pojawić się w Firleju, teraz zaś powraca w swojej macierzystej formacji. Muzyka Yakuzy to momentami prawdziwy chaos o orientalnym posmaku, który czasami może jednak irytować. W moim osobistym odczuciu bolączką tego zespołu jest fatalny, fałszujący ponad wszelkie dopuszczalne normy czysty wokal. To on przeszkadza mi w obcowaniu z zespołem. Koszmarki pokroju 'Black Liver Market' śnią mi się po nocach. Krzyk w Yakuzie jest zaś wyborny, piaszczysty, suchy jak zefir. Prawdziwa perła. Także momenty śpiewane omijam, krzyczanych słucham z przyjemnością. Miejmy nadzieję, że gitary trochę przygłuszą to zawodzenie. Albo zagłuszy je Helen.
Year of No Light - po aktualnych przetasowaniach w składzie francuski post metal będzie miał okazję zaprezentować się na Asymmetry z całkowicie nowej strony. Przyznam, że wokale na 'Nord' nieszczególnie mnie zachwyciły, stąd z dużym zainteresowaniem przyglądam się dalszemu rozwojowi
zespołu, już w wersji czysto instrumentalnej. Z ich muzyki płynie pewna szczerość, również jeżeli chodzi o surowość brzmienia, którą niektóre zespoły dawno gdzieś zagubiły. Chociaż wypowiedzi udzielone przez nich w wywiadzie festiwalowym były nieco artystowskie. Zobaczymy.
Zu - gdybym zawierzył opisom, musiałbym uznać Zu za zespół jazzowy; tymczasem moim zdaniem bliżej im do metalu w jego ekstremalnych odmianach. Z pewnością dla typowego jazzmana dłuższe obcowanie z Zu skończyłoby się dużą traumą. Połamana muzyka włoskiego tria wymaga odpowiedniego podejścia, inaczej może doprowadzić do niekontrolowanych ataków agresji. Ich występ na festiwalu w otoczeniu breakcore'u jest trafiony. Umiejętnie dozowani, zgodnie z przypisami na ulotce, błyszczą.
pozdrawiam, dzienny student.
Edited by ravenspark on 27 Feb 2010, 13:23 -
- xM6x said...
-
- User
- 24 Feb 2010, 22:54
to takie tammm..
Altar of plagues
Black Metal z elementami Ambientu ? Dla mnie to żadna nowość odkąd pierwszy raz usłyszałem Alcest. Jednak zdecydowanie przy tych zespołach nie można postawić znaku równości.Przy Altar of Plagues na pewno nie pójdę z moją dziewczyną poskakać po łące i pozrywać kwiaty.
Muzycznie panowie nie trafiają do końca w moje gusta. Drwal - metalu nie słucham, a takie Altar of Plagues.. jako tło do robienia codziennych czynności - może być. Ale nic więcej.
Black Shape of Nexus
Pal krzyż ! W wersji down-tempo. dronedoomdoomdrone metal. Z takimi zespołami mam jeden problem, nie chcę mieć ich na przenośnych odtwarzaczach
muzycznych. Powód ? wyobrażacie sobie sytuację, gdzie idąc ciemną nocą do mieszkanka, nagle na ulicy gasną wszystkie światła, ziemia pęka, zaczyna wylewać
się piekielna lawa z której powoli wyłania się poroże samego Lucyfera, a na dodatek.. właśnie słuchasz Black Shape of Nexus. Nigdy ale to przenigdy nie chciałbym się znaleźć w takiej sytuacji. Z tegoż powodu słucham ich tylko w godzinach około południowych.
Czego i Wam życzę, no chyba że lubicie kakę w majtach.
I jeszcze jedno, kocham jak moje głośniki nie wyrabiają przy niektórych dźwiękach i słodko charczą. Uzmysławia mi to wyższość muzyki uduchowionej nad techniką.
ps. chce ich nowego longa. wygląda przecudnie.
Bong-ra
Myśląc Bong-ra widzę teledysk do 666. Muzyki wolę sobie nie przypominać, klasyczna "nie moja bajka". Miałem krótki epizod z takim graniem w gimnazjum..
Beztroski czas umilałem sobie soundtackiem z Animatrixa który leciał na odtwarzaczu CD marki Philips, przypominającego królika. To były czasy..
Od tamtej pory słuchalna muzyka elektroniczna ma dla mnie wymiar o wiele bardziej minimalistyczny.
Wracając do bong-ra.. Wstawki rodem z krainy spod znaku trójkolorowej flagi i pewnej roślinki. To tylko dodaje kolejne punkty w rankingu zespołów asłuchalnych. A gitary ? No cóż.. Jakbym używał soli zamiast cukru do herbaty byłoby okej. Jednak tak nie jest. Chociaż kto wie, gusta muzyczne lubią się zmieniać. Może w bardziej lub mniej odległej przyszłości przekonam się do takich cudów XXI wieku.
Comity
Określenie Comity jako muzyki eksperymentalnej nie za bardzo mi pasuje. Comity jako muzyka chaotyczna już jak najbardziej. Braku pomysłowości tym panom na pewno nie można zarzucić. Cała masa elementów z których składa się muzyka metalowa otoczona siarczystym wokalem. Nie odważę się podjęcia próby zaszufladkowania prezentowanej muzyki do któregokolwiek ze znanych gatunków. Natomiast na pewno można użyć paru określeń: ciekawa, interesująca, niebanalna. Na koncertach muszą robić konkretny zamęt i chwała im za to !
Ps. oglądając urywki koncertów skojarzyłem dużego, lekko szczerbatego pana grającego na gitarze. Toż to gitarzysta Parween ! Kto by pomyślał że muzykant post-hardcorowej kapeli pokroju Amandy Woodward gra w kapeli będącej pomiotem szatana !
Dark Castle
Ciężki, powolny, oblepiony smołą. Walec. Ale nie taki zwykły, polski.Piekielny. Co ciekawe, kieruje nim urocza kobieta z gwiazdkami i kwiatuszkami
na ramionach. Co doskonale słychać w rzadkich, aczkolwiek wyraźnych melodycznych gitarach, bardzo subtelnie przemycanych pomiędzy szatańskie wyziewy.
Masa ciekawych patentów opartych na solidnych fundamentach, wydawałoby się wysuszonego do granic możliwości sludge/doom/post (?) metalu. Słucha
się dobrze, bez krzywiących się uszu, mimo odrobiny wtórności, poproszę więcej takich zespołów, szczególnie tak ładnie wyglądających (chodzi o grafikę oczywiście..)
Drumcorps
Zdecydowanie bardziej zjadliwe niż bong-ra. Tu widać ciekawy pomysł kombosa elektroniki i gitary, a nie tylko łubu-dubu. Podobno muzyka łączy pokolenia, Drumcorpse wydaje mi się ,że może połączyć metali i techolubów gorącym uczuciem. Szkoda tylko, że odwołuje się (mówię to na podstawie Animosity) do kapel które już lata (tudzież miesiące) świetności mają już za sobą..
No cóż.. Może się przekonam, może nie. Poczekamy do koncertu. Ale gig to będzie rzeź, prawda ?
Esoteric
Eh.. ciężkie jest życie recenzenta. Włączyłem, posprzątałem, zrobiłem nudle, zjadłem, wyłączyłem, włączyłem Unbroken. Że kult tak ? Możliwe, jednak jest to kolejna "znana i lubiana" kapela która ewidentnie mi nie podchodzi. Przecież w tej muzyce nic się nie dzieje, nie ma elementów które zahipnotyzowałyby mnie co w takich klimatach jest przecież najważniejsze. Panowie są tacy mroczni i straszni ale mają konta na wszystkich szanowanych społecznościowych portalach (tylko gdzie n-k się pytam ???). Tylko dla ortodoksyjnych fanów. Jak dla mnie - nuda, nuda, nuda panie..
Helen Money
Irytujące, że muzyka jaką uprawia Helen Money, jest tak mało popularna. Fascynujące są warstwy z jakiej składają się utwory. Na pierwszym planie wiolonczela, spełniająca medium między odbiorcami (profanum), a szumami tła, sprzężeniami, ścianami dźwięku znanymi z black-metalowych, post-rockowych działalności (sacrum). Wyjątkowa, czy nie, na pewno zyska rzesze wyznawców - mistyka pierwszej klasy.
Jesu
Hałdy spopielonego miksu węgla ze śniegiem, kałuże rozmywające chodniki, jaskrawe plamki okien kukurydz przykuwające oko za szybą nocnego, rozbiegani ludzie w noise'u, drone'ach, patrzący tylko na buty, by się solą nie pobrudziły. Czyżby Jesu grali silesian shoegaze? Ale za mało w tym industrialu i metalu miasta. Serio.
Kasan
Zespół mi obcy i nieznany jak ksiądz w kościele obok. W takim wypadku moje pierwsze wrażenia po wejściu na myspace.:
Wrażenie pierwsze: ładne zdjęcie główne. pierwszy pomyślunek - skoro grają muzykę psychodeliczną łamane na eksperymentalną i mają foto kojarzące się z ciężkimi czarno-białymi filmami - musi być dobrze.
wrażenie drugie: badziewny layout.
wrażenie trzecie (player się jeszcze nie załadował): ładne zdjęcia. Używają wizualizacji - widać duszę artystów. Tłumy na koncertach, grali w fajnych miejscach. MUSI BYĆ DOBRZE!
wrażenie czwarte (player się wreszcie załadował): kilka znanych kapel w top friend's. pewnie chodzi o inspiracje. zapala się pierwsza czerwona lampka, kilka przynudzających mnie osobiście kapel (nie będę wymieniać po nazwiskach). No ale jest Pelican, Russian Circles, mimo ostatnich słabszych płyt, cały czas ich lubię. No okej niech będzie.
wrażenie piąte: muzyka. No i tu zaczęło się rozczarowanie.. post metal jakiego sporo. co gorsza, słaba kopia. wieje nudą, mam wrażenie, że panowie na siłę starają się być bardzo artystyczni, zamiast porządnego pierdolnięcia z powplatanymi melodycznymi elementami wyszedł metal do podrywania panienek na koncercie. klikam na krzyżyk.
rozpisałem się, niestety.
Khuda
Zespoły majspejsowe - kolektywy tworzące muzykę, a następnie zamieszczający ją (muzykę) na Myspace. Cechy charakterystyczne:
1.wystarczy jedno odsłuchanie, większa ilość skutkuje niekontrolowanymi ruchami związanymi ze zmęczeniem, znanymi jako ziewanie
2.okładka albumu posiada duże walory estetyczne;
3.okładka albumu stanowi jedyny czynnik zakupu albumu
4.z. m. specjalizują się w apokaliptycznych wizjach przeskanowanych na płyty CD
5.apokaliptyczne wariacje kończą się po dziewięciu minutach (wyjątek: słuchacz przerywa apokalipsę kliknięciem na myspace pornogwiazdy)
6.przez z. m. zwiększają się statystyki majspejsowych stron pornogwiazd.
Kylesa
Dwa zestawy tłucząco - łomoczące na scenie.. aleee urwał !! Jeden z nielicznych zespołów który stosuje zasadę progresu, a nie regresu muzycznego. Kolokwialnie - ostatnia płyta to jebane mistrzostwo świata !! Mają niepowtarzalny styl, świetne brzmienie i nawet gumisiowe podskoki basisty nie zmniejszają mojego uwielbienia wobec zespołu.
Wyróżnię ich najkrótszą recenzją, dodam tylko jedno - BOGOWIE!
Mouth of the Architect
Kolejna kopia sludge/post metalowa. I co z tego pytam się ? Skoro robią to bardzo dobrze to proszę bardzo. Nie zrozumiałbym zachwytów nad tą kapelą, ponieważ nie wnosi do gatunku nic nowego, jednak w pełni w pełni akceptuję oraz podpisuję się wszystkimi kończynami pod uznaniem ją za solidną. Bardzo subtelne połamańce, dobry, ciężki wokal, ciekawe kompozycje. Wszystko w jak najlepszym porządku. Brakuje jednak elementów charakterystyczny i zaskakujących. Mogło to by być przebieranie się za kurczaki, śpiewanie o wyższości marchewki nad ziemniakiem albo po prostu odrobina muzycznej innowacji. W/w elementów brak, co pozwala mi uznać kapelę za dobrą i solidną, zasługującą na solidną trójkę w skali niemieckiej.
Shrinebuilder
Super grupa. I co z tego? Jako człowiek mający gdzieś kultowość i prekursowość niektórych zespołów mówię nie. Niektóre kapele uznawane przez znawców
gatunków za bogów są dla mnie asłuchalne. Potrafię docenić ich wkład w rozwój muzyki jednak nie potrafię ich słuchać mimo usilnych prób zrozumienia fenomenu. Podobnie jest z Shrinebuilder. Sędziwi panowie z brodami obmyślili plan zawładnięcia światem, jednak pozjadali po trochu własne ogony.
Efektem jest mało charakterystyczny metal progresywny, bezbarwny, na dodatek bez smaku. Jak ugotowany ziemniak. Niestety.. potencjał poszczególnych muzykantów duży, może nawet wielki jednak.. nuda panowie, nuda, przykro mi. Jeszcze raz, jestem na nie. Atakuje mnie kot, więcej nie napiszę.
Tessaract
Jacy ładni panowie ! Czyści, schludni, ulizani, widać że odżywki do włosów i kremy do pielęgnacji pod oczy nie są im obce. Nie są obce również w muzyce.
Niestety. Jeden z członków zespołu bardzo przypomina Jareda Leto z 30 seconds to mars. Na miejscu Brytyjczyków nie zastanawiałbym się i użyłbym w/w cech
oraz członków (powtórzę: CZŁONKÓW) do zrobienia kariery w MTV albo chociaż Esce Rock. Muzycznie, bardzo wygładzona maczuga. Porcelanowa rzekłbym nawet.
Starania połączenia metalu z Linkin Park wyszły .. fajniutko. Progresywny emo - metal ? Nie dziękuję, idę się pociąć żelem do włosów.
The Mount Fuji Doomjazz Corporation
Doomjazz, darkjazz - ile osób, przez takowe łatki, przeraziły się na myśl, co może prezentować 'to coś' i koniec końców folie tkwią na nienaruszonych płytach. Kij z ich uprzedzeniami. Germańskie kraje lubują się w wertowaniu legend i klechd o Zygfrydzie, Fauście i tym podobnych (raz na dobre to nie wyszło). Magia, patos, ciarki.Jednym słowem - Mount Fuji, Kilimanjaro i Bohren und der club of Gore to czarnoksiężnicy jazzu. Wielu uległo czarom, a mimo to słuch im nie zaginął. Byłem, widziałem, doznałem.
Time to Burn
Pierwsza sprawa. Neyeli jako ostateczne pierdolnięcie. Utwór którym panowie już na samym początku niesamowicie podwyższają sobie poprzeczkę.
Z resztą sami opisali się w piękny sposób "..which smells evil". Jednak schodząc dalej nie jest już tak cudownie.. Niby wszystko w porządku ale do piątego - dziesiątego odsłuchu.. Potem ciekawsze staje się hipnotyzujące ptaszysko spoglądające na Ciebie z okładki płyty. Nie żeby mi się nie podobało ale nie jest to zespół który można skatować tysiące razy nie dając swoim uszom sekundy wytchnienia. Zespół solidny, jednak wtórny, nawet teledysk do Nayeli jakbym już gdzieś widział.. Co nie zmienia faktu, że francuska scena post-hardcore króluje nad każdą inną.
Yakuza
Pamiętam, że swojego czasu katowałem ich przez dobre pół roku. Niestety, skatowąłem na śmierć, a przynajmniej na dłuższy okres czasu. Nadarza się jednak okazja przypomnienia tej zacnej kapeli. Nie pasuje mi maniera wokalna, klimatycznie i stylowo pasuje do koncepcji zespołu, do mnie już nie koniecznie. Momentami zbyt zwyczajne, momentami zbyt awangardowo - orientalne. Ale saksofon cały czas robi piekielnie dobrą robotę. To jednak za mało, żebym na nowo mógł katować moje uszy panami ze stanów. Wielka szkoda, ponieważ potrafię wyobrazić sobie kapelę idealną, grającą surowy, klimatyczny metal, wplątując motywy na saksofonie. A może istnieje już taki zespół tylko nie dane mi go było poznań ? Tak czy siak. Yakuza na żywo to jeden z ciekawszych patentów na tegorocznym Asymmetry, czego potwierdzeniem jest back to the mountain znaleziony na myspace. Buja taka muza.
Year of no Light
Pierwsze wrażenie, wizualne - bardzo ładne. Pierwsze wrażenie muzyczne - jest dobrze. Słowo klucz do zrozumienia tej kapeli to "atmosphérique" (szczególnie jeśli wyobrazimy sobie, że ów słowo jest wymawiane przez urodziwą Francuzkę). Bardzo zgrabne połączenie post-rockowych elementów z metalowym rzucaniem mięchem w wegetarian. Bardzo lubię gdy zespoł jest spójny muzycznie, klimatycznie i graficznie. I właśnie dlatego podoba mi się Year of No Light. I chwała im za to, że udowadniają, że żabojady nie tylko post-hardcorem stoją.
Ale czy we Francji żyją jelenie (tudzież bizony) ?
Zu
Miałem do nich kilka dłuższych podejść, nigdy nie udało im się na stałe zagościć w moim serduchu. Może jestem za młody, może za dużo słucham punka, a może przeraża mnie trębacz. Nie wiem. Wiem to, że mogę wlepić im na czoła etykietę muzyki eksperymentalnej (od dużego E po A przez Y tudzież T). Jednak jak dla mnie zbyt przerażającej i momentami przekombinowanej.. O wiele bardziej podchodzą mi zespoły o mniejszym stopniu uwikłania. Kwestia gustu a może dojrzałości muzycznej? Okaże się za 20 lat. Na pewno będę mieć szansę zweryfikowania przedstawionej opinii o ile nie ucieknę przerażony w/w demonicznym wzrokiem trębacza lub wyskakującym nażelowanym Pattonem zza głośników lub ewentualnie muzyką..
Za kilka przecinków za dużo oraz kilka za mało, słabą składnię oraz dykcję (format tekstu też najpiękniejszy nie jest..) najmocniej przepraszam. Buziaki
==Mikołaj==
-
- stachu_grot said...
-
- User
- 27 Feb 2010, 15:02
Moi poprzednicy opisali asymetryczne kapele na tyle dokładnie, włącznie z określenie dokładnej ligi w której grają, że każdy może spokojnie je wszystkie sobie wyobrazić. Dlatego pozwoliłem sobie na luźne, nieortodoksyjne podejście i zamiast tematycznych opisów przedstawiam tylko luźne impresje w formie dowolnej i dodatkowo coś dla oka. Przydatność dla czytających mniejsza, ale mam nadzieję, że przy czytaniu będziecie mieli chociaż część tej frajdy, którą miałem tworząc to coś.
1. Altar of Plagues
Na pierwsze danie szef kuchni poleca czarną polewkę po irlandzku. Poleca się spożywać na surowo i doprawiać do smaku brzmieniem Neurosis.
2. Black Shape of Nexus
Jest sludge, jest impreza. Impreza dla ludzi z wolnym refleksem. Niezgorsze, ale raczej przekąska niż danie główne.
3. Bong-Ra
Umc, umc, umc, gadda, gadda, gadda, umc - PARTY HARD!
Białe rękawiczki i gwizdki lepiej jednak zostawić w domu.
4. Comity
Ten zespół jest tym dla Asymmetry czym małe rączki dla Tyranozaura. Niby fajnie, że jest, ale i tak się do niczego nie przyda. Za karę nawet obrazka nie będzie.
5. Dark Castle
O, umieją grać. O, jest kobieta w składzie. Tylko dlaczego tak krzyczy?
6. Drumcorps
Umc, umc, umc, gadda, gadda, gadda, umc - PARTY HARD 2!
Tylko jakby bardziej metalowo.
7. Esoteric
Jeśli na weselu na którym jesteś kapela zaczyna przygrywać do kotleta utwory Esoteric to całkiem prawdopodobnie to nie wesele tylko stypa.
Doomni weterani z wysp.
8. Helen Money
Prześliczna wio, wiolo, wiolonczelistka la la la
Jej oczy lśnią, jej usta drżą
Gdy dłonią swą struny przyciska
9. Jesu
Prognoza pogody na koncert Jesu: znad Wielkiej Brytanii nadciągnie zachmurzenie z przejaśnieniami i możliwym zamgleniem. Wrażliwe osoby proszone o zabranie chusteczek higienicznych.
10. Kasan
- ej, znasz Kasan?
- nie
- ja też nie... ale kolega mówił że to takie jak Mogwai trochę
- aha, czyli wtedy na piwo?
- na piwo.
11. Khuda
Kochany pamiętniczku, dzisiaj założyliśmy z kolegą zespół. Nie mamy jeszcze wokalisty ani basisty, ale myślę, że niedługo kogoś znajdziemy...
12. Kylesa
Kelner, ktoś wrzucił punka do mojego metalu. I do tego dał mu dwie perkusje.
13. Mouth of the Architect
Zarzuca się im zbytnie podobieństwo do zespołu na I, ale nie znaczy to, że nie da się tego posłuchać.
14. Shrinebuilder
Halo, Wino, to ja Steve. Słuchaj, może zebralibyśmy paru chłopaków i zeszli na mały jam do piwnicy? Nie, nie będę nagrywać, obiecuję...
15. Tesseract
Ktoś opisał ich wcześniej jako połączenie Meshuggah i Linkin Park. Coś w tym może być. Prognoza - chwila wytchnienia przy zimnym browarze.
16. The Mount Fuji Doomjazz Corporation
David Lynch skrada się wśród mroku. Na ławeczce siedzi piękna kobieta w czerwonej, aksamitnej sukni wieczorowej. Nuci kołysankę. Drży. Ze strachu, może z zimna. David wychyla się z mroku, przeczesuje swoją grzywę i mówi coś kompletnie niezrozumiałego. Odchodzi. Kobieta zaczyna płakać. Kurtyna opada. Krytycy interpretują tę scenę jako wyraz ukrytych pragnień i tęsknot do traumatycznych przeżyć w dzieciństwie.
17. Time to Burn
Is.Land jest faj.ny i to bardzo. Wieszczę dobry koncert. Wyjdą, pohałasują, wejdą, a później pani sprzątaczka weźmie miotłę i zmiecie trupy spod sceny.
18. Yakuza
Nie ogarniam jak oni nagrywają swoje dźwięki, ale niech robią tak dalej. Uwaga, za marudzenie po koncercie grozi odcięcie małego palca.
19. Year of No Light
Może nie dają tyle przyjemności co bagietki, miłość francuska czy Zinedine Zidane przy piłce, ale wstydzić się za nich Francja nie musi.
20. Zu
Jeśli pewnego dnia usłyszysz w radiu totalnie szalony zespół, który brzmi jak jazzowy skład karmiony tylko surowym mięsem to albo słyszysz Zu, albo grzybki do wczorajszej grzybowej to jednak nie były borowiki.
-
- Karpacz said...
-
- User
- 27 Feb 2010, 15:35
Coś ostatnio dużo było o jedzeniu w naszym szałtboksie, więc popłynę na fali popularności kebaba :] Co zatem serwują nam szefowie kuchni z naszego ulubionego Firleja?
(Aha, proszę się ze mnie nie śmiać i wybaczyć słabość i płytkość porównań, ale niestety na tyle pozwala moja kreatywność. „Bo tutaj jest jak jest po prostu, każdy orze tak jak może”.)
ALTAR OF PLAGUES
Czarna polewka, zwana też czarniną.
A jakże. Jedyny przedstawiciel Czarnej Sztuki na Asymmetry II. Chociaż każdy kto zna, wie, że do tradycyjnie pojmowanego black metalu daleko im jak z Dublina do Oslo. Ciekawa, wciągająca muzyka, chociaż znam lepsze zespoły zarówno black, jak i tzw. post-metalowe. „White Tomb” to bardzo ciekawa płyta (choć osobiście chyba wolę EP-kę „Sol”). Brzmiałby tak pewnie „Panopticon” nagrany przez Szatana.
Miałem cichą nadzieję na jakiś nietuzinkowy black i zostałem bardzo miło zaskoczony. Wielki plus dla organizatorów! I rada/prośba na przyszłe edycje festiwalu: WIĘCEJ DIABŁA!
BLACK SHAPE OF NEXUS
Bratwurst (kiełbasa).
Zawodnicy wagi ciężkiej. I nie stwierdzam tego wyłącznie po brzuchu jednego z członków zespołu. Powooolne tempo, głęboki bas. Tak jak lubię. Przy nich zatrzymam się pewnie na dłużej. Moc mają konkretną, ciężar zdolny zrobić papkę z mózgu, przy odpowiedniej głośności oczywiście.
BONG-RA
Kurczak w pięciu smakach.
Albo i w pięćdziesięciu. Ten gość z Holandii wrzuca do kotła z nazwą Bong-Ra tyle składników, że nie sposób zliczyć. Mam bardzo mieszane uczucia co do tego projektu. Z jednej strony miłe naparzanki (Slayer!!!), z drugiej reggae, którego nienawidzę i słuchać po prostu nie mogę, bo robię się agresywny. Jestem raczej zwolennikiem żywego instrumentarium, tym bardziej na koncercie, ale jeśli będzie odpowiednia żywiołowość i tzw. "pierdolnięcie", nie powinienem się nudzić.
COMITY
Kaszanka, ale z musztardą.
O nie, tylko nie mathcore – pomyślałem, gdy odwiedziłem ich profil na last.fm. Z góry skazałem ich na moją niełaskę, no i pozytywnie mnie zaskoczyli, głównie za sprawą dobrego wokalu i ciężaru. Niestety wciąż nie jest to muzyka, która jest w stanie zatrzymać mnie na dłużej. Kilka razy i dziękuję.
DARK CASTLE
Dziczyzna.
Uuu, sieką aż miło. Bez żadnych skrupułów i do tego celnie. Na dodatek żeńska połowa składu straszy wokalem i aparycją. Po wysłuchaniu płyty byłem pod nielichym wrażeniem. Koncert powinien być srogą konfrontacją. Oby nie było co zbierać. Zdecydowanie jeden z najciekawszych projektów, jakie poznałem dzięki Asymmetry II.
DRUMCORPS
Wołowina w pięciu smakach.
Ooo, tu się robi ciekawiej niż na Bong-Ra. Więcej niepokojących dźwięków, mocniej, ciężej. Słychać gitary. Podobają mi się zwłaszcza te cyber-grindcore'owe zapędy. Jest dobrze, chociaż ten rodzaj muzyki to nie moja działka. Na koncercie można postać i pomachać bańką. Oj, bo jeszcze zmienię zdanie i kupię bilet na 29.04 ;)
ESOTERIC
Bigos.
Ciężkostrawny skurczybyk. Ale i tak go uwielbiamy :) Po raz pierwszy nabrałem smaka na Esoteric po tym, jak Jarboe zachwalała ten zespół na wspólnej trasie koncertowej. Przez płyty przebrnąłem i to z uśmiechem na ustach. Podobno na żywo to potęga. Jeśli tylko z nagłośnieniem będzie dobrze, koncert może być wielki. Większość ludzi pewnie odpadnie po połowie pierwszego utworu (gdzieś koło piętnastej minuty), ale co tam. Zostaną najwytrwalsi, DOOM METAL to nie rurki z kremem!!!
HELEN MONEY
Homar.
Wiem, że coś takiego istnieje, ale nie próbowałem. Podobnie z wiolonczelą. No, kiedyś się słyszało Apocalypticę, ale to taki słaby żart :D Helenki oczywiście do tej pory nie znałem, ale okazało się, że ma dużo ciekawego do zaproponowania. Interesuje mnie szczególnie jej gra na żywo, to może być świetne wprowadzenie do występów tych grubszych ryb festu. Po koncercie Helen Money na pewno będę w dobrym nastroju.
JESU
Owsianka.
Trochę taka bez smaku i życia. Tylko dlaczego kosztuję jej codziennie? Może i najsłabszy projekt Broadrick'a, nie wiem. Ja bardzo go jednak lubię, choć świetne albumy przeplata bezbarwnymi i nijakimi. Tęsknie za czasami z "Heart Ache", najlepszym dziełem Jesu. Później się trochę chłop zagubił gdzieś na pograniczu ambientu i elektroniki. Na szczęście ostatnie wydawnictwa to zwyżka formy. A występ live? Wielka niewiadoma.
KASAN
Flaczki.
Na poprzedniej edycji Asymmetry wielkim odkryciem był dla mnie post-rockowy This Will Destroy You. W tym przypadku raczej nie ma szans na podobną ekscytację. Kasan nie wydaje się być tak ciekawy jak TWDY, czy chociażby jak opisana niżej Khuda. Oczywiście dam im szanse na koncercie. Jeśli nie pójdę do baru po drugim utworze, to będzie sukces .
Aha, plus za tytuł "Revenge of the Giant Spacefrog" \m/. Jeśli panowie wyjdą na scenę przebrani za wielkie żaby, to będę bardzo na tak!
KHUDA
Fish & chips.
Widzę potencjał, widzę. To, co usłyszałem na myspace przypadło mi do gustu. Na więcej na razie nie było czasu, ale przed festem na pewno nadrobię. Nie ma tu zbytniego, zamulania. Są ciekawe patenty (chociaż pewnie oklepane) i słucha się bez irytacji. Mocniejsze i szybsze fragmenty szczególnie robią wrażenie.
KYLESA
Kebab!
Kiedy kiszki marsza grają (i to na dwóch zestawach perkusyjnych) to dobre rozwiązanie, żeby się najeść do syta. O ładne zastępstwo za Electric Wizard postarali się organizatorzy "Static Tensions", czyli ostatnia płyta, to niemal same hiciory (już nie mogę się doczekać "Running Red" czy "Unknown Awareness" na żywo!). Starsze albumy też dają radę, choć to jeszcze nie ten poziom. Co ciekawe, kobiecy wokal w tym zespole wyjątkowo mnie nie mierzi. Twarda baba. Już teraz zastanawiam się, czy starczy mi odwagi, żeby poprosić o wspólne zdjęcie.
MOUTH OF THE ARCHITECT
Śledź. Post-ny.
Ech, pospolite się robi takie granie. Nie znajduję tu nic, co by wyróżniało MOTA wśród wielu innych kapel w tym gatunku. Niby wszystko ładnie zagrane, nie ma się do czego przyczepić jeśli chodzi o kompozycje, ale znów brakuje błysku i znamion geniuszu. Jest porządnie. Tylko albo aż.
Śledź może być za słony. Wtedy trzeba popić, najlepiej specyfikiem o nazwie Neurosis.
SHRINEBUILDER
Schabowy!
Niby bardzo znany, nic nowatorskiego, ale smakuje wyśmienicie! Pod nieobecność Electric Wizard główne danie Asymmetry II. Hm, taki dream-team, a prawie wszyscy narzekają. Że niby płyta słaba biorąc pod uwagę możliwości muzyków. Ja do narzekających nie należę, podoba mi się. Powiem więcej: dwa pierwsze kawałki ocierają się o geniusz. Zawładnęły mną na długo. Potem jest już gorzej, ale to nie znaczy, że źle. Liczę na ciary na plecach, przynajmniej momentami.
TESSERACT
Kapusta kiszona.
Nie mogę... Z matematyką nie lubię mieć do czynienia, w muzyce również. Ba, ja nawet wielbionej przez niemal wszystkich Meszugi nie lubię, więc czego mam szukać u tych chłopców z UK? Zdecydowanie wolę 2,5-godzinne doom'owe albumy z czterema riffami na krzyż, niż te wywijajce. Powiem szczerze - szkoda mi było czasu na przesłuchanie całego albumu, odwiedziłem tylko majspejsa. Nuda, brak kopa, cienki wokal. Nie mogę...
THE MOUNT FUJI DOOMJAZZ CORPORATION
Befsztyk - krwisty, słabo wysmażony.
Jeee, coś dla fanów horroru, czyli dla mnie między innymi. Muzyka wykonywana przez ten projekt (słuchana zwłaszcza w nocy) nie pozwala poczuć się pewnie i bezpiecznie. Niepokojące, ambientowe tło, tajemniczy saksofon. Wystarczy zamknąć oczy i już widzimy czający się, złowrogi kształt. Bardzo blisko.
Ciekaw jestem, jak to wszystko wypada na żywo. Pewnie w odbiorze przeszkadzają ci wszyscy ludzie dokoła Ale przy odpowiednim skupieniu i "odłączeniu się" może to być niezwykłe przeżycie.
TIME TO BURN
Placki ziemniaczane.
Zbytnio oryginalne toto nie jest, ale też nie ma zbytnich powodów do narzekań. Jedyne, co mi tu nie pasuje, to hardcore'owy wokal. Wiem, wiem… to specyfika takiej muzyki, ale po prostu nie przepadam za takimi wrzaskami. Niemniej Time to Burn to może być bardzo mocny punkt koncertów w ramach Asymmetry II. Liczę na to, że nie zawiodą, podobnie jak nagłośnienie.
YAKUZA
Wodorosty i kilo ryżu (spożywane pałeczkami).
Czyli coś, co ciężko mi zrozumieć. Znów mamy kombinowanie na całego, nie bardzo to się jednak kupy trzyma. Zakręcone to, chyba aż za bardzo. Może po prostu potrzeba czasu, żeby to ogarnąć (a czasu niestety nie mam, musiałem ich przesłuchać "na szybkiego"). Wokal mi nie podchodzi. Całość ratuje nieco saksofon. Za najjaśniejszy punkt uważam cover Pink Floyd, co mówi samo za siebie.
A może na koncercie doznam olśnienia i będę umiał docenić? Nie wykluczam.
YEAR OF NO LIGHT
Pizza (ale tylko margherita).
Nie jest to mój faworyt w post-metalowym graniu. Traktowałem ich zawsze jako mniej ciekawą wersję Cult of Luna. Pewnie niesprawiedliwie. Ich jedyny długograj "Nord" nie był lekarstwem na długie zimowe wieczory. Miło się słucha, ale też specjalnie nie ma się czym podniecać. Jednak ze względu na koncertowe niedobory takiej muzyki w naszym kraju przyjmę ich z otwartymi ramionami na Asymmetry II.
ZU
Zu… nie zupa, nie makaron. Kur**, to może być wszystko.
Kolejne wydziwiaki, ale ładnie jazzują. Z awangardowymi (albo próbującymi być awangardowymi) zespołami jest ten problem, że zazwyczaj przeginają w którąś stronę i robi się klops. Tutaj nie jest źle. Gdzieś tu pobrzmiewa też metal, za co plus ode mnie. Podobno Tom Araya jest ich Elvisem. Moim także, więc chyba ich polubię.
-
- pho666 said...
-
- User
- 7 Mar 2010, 16:59
1. Altar of Plagues - Nad wyraz często artyści zajmujący się black metalem ulegają pokusie radykalnej zmiany stylu, jest to zjawisko o tyle ciekawe, że raczej rzadko spotykane w innych gatunkach. Prawdopodobnie wynika to z faktu, że z zasady zamknięty jest na wszelkie zmiany, a pod względem autoplagiatów przebija go tylko niemiecki metalcore późnych lat dziewięćdziesiątych. W końcu ile można śpiewać (?) o paleniu kościołów albo lasach pomorza (?), czasem nawet Nergal potrzebuje odrobiny wytchnienia od prze-przesterowanej gitary i poczwórnej stopy. W przypadku Altar of Plagues jest to mieszanka wielu (chociaż nie aż tak odległych od siebie) gatunków, jest tu sludgowy ciężar, bez wątpienia można dostrzec też wpływ post-rocka. Mimo wszystko całość jest spójna i przemyślana. Długo czekałem na płytę, która byłaby tak dobra jak "Souvenirs d'un autre monde" Alcest, a White Tomb można za taką uznać i spokojnie polecić osobom które z blackiem nie miały do czynienia.
2. Black Shape of Nexus - Walec drogowy, stutonowa lokomotywa, czołg torujący drogę przez zatłoczone skrzyżowanie, to pierwsze skojarzenia nasuwające się po przesłuchaniu Black Shape of Nexus. Jest ciężko, powoli i gnuśnie. Całość robi ciekawe wrażenie, ale kilkunastominutowe kompozycje, w połączeniu z nieśpiesznie wybrzmiewającą gitarą, na dłuższą metę stają się nużące. Natomiast Microbarome Meetings to nic innego jak jednostajne dźwięki o częstotliwości od 50 do 500Hz, więc nawet nie będę się silił na recenzję. Mimo wszystko, mam wrażenie, że odbiór muzyki na żywo, zwłaszcza przy odpowiednim nagłośnieniu, może znacząco wpłynąć na recepcję.
3. Bong-Ra - Człowiek legenda. Mimo że w środowisku "prawdziwych" breakcorowców nie jest darzony szczególną sympatią (co najwyżej lekceważącym politowaniem) to nie sposób odmówić mu wkładu w rozwój gatunku. Nie da się ukryć, że jest gwiazdą, w gatunku, który je z gruntu odrzuca, co samo w sobie stanowi kuriozum, jest jednocześnie błogosławieństwem i przekleństwem :D Szerokie spektrum zainteresowań muzycznych, oraz sukcesy artystyczne osiąganie przez Jasona Kohnena w zupełnie odmiennych, wydawałoby się, gatunkach muzycznych, czynią go idealnym wykonawcą Asymmetry Festivalu. Najpierw razem z zespołem The Mount Fuji Doomjazz Corporation zaprezentuje nam mroczną odmianę jazzu (z cyklu: nie jest to jazz, którego słucha twój ojciec). Co prawda w warunkach domowych o niebo lepiej sprawdza się bliźniaczy projekt, Kilimanjaro Darkjazz Ensemble, lecz w tym wypadku muzyka ma stanowić jedynie tło do filmu, a drony sprawdzają się w tym celu wyśmienicie (co udowodnił Jim Jarmusch w Limits of Control).
Tego samego dnia będzie dane zobaczyć Jasona Kohnena w radykalnie innej odsłonie, zaprezentuje najbardziej ekstremalny ze wszystkich gatunków elektroniki - breakcore. Jego osiągnięcia na tym polu są nie do przecenienia, jego dorobek to 6 pełnych albumów oraz 20 epek. Muzyka, którą prezentuje pod tym szyldem waha się od umiarkowanych połamańców (Bikini Bandits, Kill! Kill! Kill!, z którego utwór 666MPH można było podobno zobaczyć na MTV) przez średnie połamańce, określane mianem raggacore, czyli dżungla z jamajskim wokalem i odpowiednio gęsta perkusja (w tym momencie wypada nadmienić, iż Bong-ra posiada swoją wytwórnię Clash records, która skupia wykonawców tego właśnie gatunku). Końcowym, niemalże idealnym stadium rozwoju w/w wykonawcy są ostateczne połamańce serwowane na SickSickSick, wybuchowa mieszanka przesterowanych gitar i obłędnie pociętej perkusji ma prawo się podobać. Inna sprawa, że mając okazję zobaczyć Jasona Kohena na żywo, mogę stwierdzić, że set "nie do końca" pokrywał się ze studyjnymi dokonaniami, więc zupełną zagadką pozostaje czy usłyszymy raggacore czy gabbera. Podsumowując: to nie muzyka, to breakcore.
4. Comity - Jak na razie ich dokonania ograniczają się do dwóch płyt długogrających. Pierwsza, z 2003 roku "The Deus Ex-Machina As a Forgotten Genius" to kawał solidnego łojenia i niezła dawka chaosu. Płyta raczej nie zaskakuje, ale mimo to jest przyjemna w odbiorze. Zupełnie inna bajka jest z "...As Everything Is a Tragedy" wydaną trzy lata później. Zdziwienie budzi już sam rzut oka na tracklistę: 99 niezatytułowanych utworów, z których rzadko który przekracza dwadzieścia sekund, ale paradoksalnie nie jest to płyta grindcorowa. Często sąsiadujące utwory różnią się w bardzo niewielkim stopniu (zabieg celowy), przez co całość jest trudna w odbiorze ( mój rekord to 44 kawałek). Ogólnie dla fanów eksperymentów i ciężkiego grania (jak by nie patrzeć target asymmetry).
5. Dark Castle - Wszystko fajnie, ale mam wrażenie, że gdzieś to już słyszałem (za wyjątkiem wokalu). Ów wokal przemawia, moim zdaniem, zdecydowanie na niekorzyść (aczkolwiek z pewnością znajdą się też zwolennicy). Spośród dziesiątek podobnych kapel, Dark Castle nie zaskakuje, ani nie wyróżnia się w żaden sposób. Na razie jestem dość sceptycznie nastawiony, ale liczę na pozytywne rozczarowanie.
6. Drumcorps aka Aaron Spectre - czyli breakcore w najcięższej możliwej odsłonie, tym razem zajmujemy się miksowaniem najbardziej chorych, odrażających i bluźnierczych (za H.P. Lovecraft'em) dźwięków uzyskiwanych przy pomocy gitary elektrycznej. Dość powiedzieć, że mamy tu Converge, Botcha i Pig destroyera (w nanosekundowych kawałkach). Efekt jest co najmniej piorunujący. Kolejnym argumentem przemawiającym za tym właśnie artystą są jego występy na żywo. Co prawda nie dane było mi to stwierdzić naocznie, ale po krótkiej analizie, przy udziale ekspertów, zgromadzonych materiałów wideo, odnoszę wrażenie, że to właśnie będzie gwóźdź programu. Aaron Spectre zajmuje się też miksowaniem punk-rocka, kilka swoich dokonań zawarł na szczególnie udanej płycie o wymownym tytule "Amen, Punk" (chodzi oczywiście o amen break, najczęściej wykorzystywany sampel perkusyjny w historii, a który stanowi punkt wyjścia prawie każdego breakcorowego utworu). Mam cichą nadzieję, że nie zabraknie tej właśnie płyty, bo o "Grist" jestem zupełnie spokojny.
7. Esoteric - Doom metal, tylko tyle i aż tyle. Ich najnowsza płyta została od razu okrzyknięta najlepszym dokonaniem dekady w tym gatunku. Co prawda nie mogę tego zweryfikować, jedynie stwierdzić, że poprzeczka została zawieszona wysoko. 100 minut z The Maniacal Vale to podróż przez wszystkie dziewięć kręgów piekła. Przy odpowiednim podejściu Esoteric pozwala wyzwolić całą gamę emocji, coś na rodzaj katharsis; w przeciwnym wypadku po prostu znudzi.
8. Helen Money - ciekawa alternatywa dla wszystkich neo-metali i post-sladży. Przesterowania wiolonczela to ostatnia rzecz, której można by się spodziewać. In tune to album pełen melancholii i nostalgii. Jeśli chodzi o wywoływanie tych emocji to sprawuje się świetnie, pytanie tylko czy ten stan jest pożądany przez słuchacza. Ciekawe jest też, jak różnorodny efekt można uzyskać przy pomocy jednego tylko instrumentu.
9. Jesu - Jak wieść gminna niesie, każda następna płyta Jesu jest gorsza od poprzedniej, a wysłuchać jednej to jak wysłuchać wszystkich. Jednak żelaznej publiki Justina Broadricka zupełnie to nie przekonuje, a słuchanie dokonań swojego idola z pozycji kolan skutkuje tym, że Jesu jest głównym headlinerem festiwalu. Zasadniczo recenzje płyt wydają się w tym miejscu zbyteczne, bo naprawdę ciężko znaleźć osoby, które by o Jesu nie słyszały. Jednakowoż, jako zabieg marketingowy spełnia swoją rolę w stu procentach. Truizmem jest twierdzić, że popularność poprzednich projektów Broadricka (w szczególności Godflesh) odbiła się na popularności Jesu. Można też pokusić się o śmiałą tezę, że gdyby kolejność Godflesh->Jesu została zmieniona, ani jeden ani drugi zespół nie byłby znany szerszej publiczności.
10. Kasan - Konkurs: znajdź 3 różnice dzielące Kasan i losowo wybrany zespół post-rockowy. Do wygrania cenne nagrody, odpowiedzi proszę wysyłać na adres shoutbox@asymmetry. Muzyka Kasan eufemistycznie mówiąc nie zaskakuje, jest schematyczna i do bólu przewidywalna. Ale mimo wszystko może się sprawdzić, w domowych warunkach, jako tło do wykonywania innych czynności, gdyż nie angażuje zbytnio słuchacza. Nie jestem przekonany czy sprawdzi się w warunkach koncertowych, ale obym sie mylił w przypuszczeniach.
11. Khuda - Długo słuchałem Stratospherics w nadziei, że w końcu przekonam się do tego zespołu, ale ostatecznie muszę stwierdzić, iż Khuda raczej odstaje od standardów. Co prawda wszystko zagrane według szablonu, ale efekt jest raczej mizerny. Niestety, ściana gitarowa przy użyciu jednego instrumentu może być ciężka do uzyskania. Jedyne, co odróżnia ten zespół od reszty to imitacja basu, co raczej ciężko uznać za atut.
12. Kylesa - zespół którego nikomu nie trzeba przedstawiać. Żywe, przebojowe granie, które sprawia, że nogi same rwą się do tańca. Jest tu ciężko, ale jednocześnie energicznie i melodyjnie. Najkrócej ujmując mamy tu sludge zagrany nieco szybciej, co w połączeniu z punkowym zapałem daje efekt, obok którego nie sposób przejść obojętnie. Jak już zostało stwierdzone, z płyty na płytę Kylesa poczyna sobie coraz lepiej, przy czym Static Tensions będzie im naprawdę ciężko przebić. Jeśli chodzi o występ na żywo, to nie mam wątpliwości, że będzie to przeżycie mistyczne. "Unknown Awarness" to najlepsza rzecz, jaka mogła przytrafić się Asymmetry. Mam ochotę, naprawdę, zedrzeć sobie gardło na tym kawałku. SEEEEEEDS OF SCOOOORN ARE PLANTED!!!!!1111
13. Mouth of the Architect - Pierwsze minuty Tides That Blind - Cult of Luna po raz 667, na szczęście byłem w dużym błędzie. Delikatne, wyszukane, starannie konstruowane melodie, dopracowane w największym możliwym stopniu to znak rozpoznawczy Mouth of the Architect. Prawdę mówiąc nie spodziewałem się fajerwerków, raczej kolejnego klonu, czegoś, co słyszałem już wiele razy, a przesłuchanie tych trzech płyt traktowałem czysto utylitarnie. Jednakże takie podejście do tego zespołu jest co najmniej krzywdzące. Za najlepszą płytę uważam Quietly, a Hate and Heartache to prawdziwe opus magnum. Szkoda, że zespół, któremu w żaden sposób nie można odmówić warsztatu muzycznego, ani umiejętności konstruowania melodii, w naturalny sposób, ma tak ograniczone grono słuchaczy. Niestety 9/10 osób nie jest w stanie usłyszeć nic poza wokalem, a partie instrumentalne "nie mają pierdolnięcia" (dla osób nie związanych z gatunkiem), ale jakże mylne jest to przeświadczenie :D
14. Shrinebuilder - zupełnie mnie nie jara. Niby supergrupa a materiał poniżej przeciętnej. Absolutny brak finezji i polotu. Kawałki nudne, nijakie i pisane na siłę. Plastikowa roślinność i to z dolnej półki. Chyba, że ktoś jest ślepo zapatrzony w osoby tworzące zespół, w innym przypadku zakopać i zapomnieć.
15. Tesseract - czyli czterowymiarowy obiekt zbudowany z ośmiu sześcianów. Raczej ciężko to sobie wyobrazić, ale dużo trudniej zrozumieć decyzję o zaangażowaniu takiego a nie innego wokalisty. O ile warstwa instrumentalna nie odbiega zbytnio od standardów i jest to zręczna kopia Meshuggi, do której ciężko się przyczepić, to wokale całkowicie i bezdyskusyjnie niweczą cały wysiłek. Smutne jest to, jak łatwo można zaprzepaścić potencjał, bo technicznie naprawdę nie można im niczego odmówić. Demo i sampler brzmią jeszcze w miarę przyzwoicie, ale to, co dzieje się później woła o pomstę do nieba. Zdecydowanie i z całą stanowczością nie polecam.
16. The Mount Fuji Doomjazz Corporation - Co prawda wspominałem o tym zespole przybliżając postać Jasona Kohena, więc żeby się nie powtarzać: Muzyka Mount Fuji jest wysoce niepokojąca i tajemnicza. Prawdopodobnie podobny efekt można by uzyskać próbując zagrać ambient na instrumentach dętych (ale jest to mocne uproszczenie). Mówiąc o Mount Fuji Doomjazz Corporation nie sposób nie wspomnieć o Kilimanjaro Darkjazz Ensemble, które łączy nie tylko podobny skład. Z ciekawostek, które udało mi się wychwycić to m.in., że "Nine" jest odmienną aranżacją "Lobby" (oba utwory znajdują się na debiutanckich płytach). Nowością na drugich albumach obu zespołów jest uroczy damski wokal, który po prostu hipnotyzuje (pewnie to jest tytułowy sukkubus). Jestem przekonany, że połączenie Mount Fuji Doomjazz Corporation z obrazem Lyncha da świetny efekt. Co prawda osobiście wybrałbym Eraserhead (jeśli już padło na tego reżysera), albo Call of Cthulhu z 2005 roku; jest to film czerpiący z tradycji kina niemego, które jest inspiracją dla muzyków obu wymienionych zespołów.
17. Time to Burn - #1: faktycznie nisko stroją, ciekawy efekt. #2: mistrzowski wokal, agresja na niemożliwym do osiągnięcia poziomie, nie wiem, co trzeba zrobić żeby osiągnąć wyższy poziom ekspresji, chyba wypruć sobie flaki na scenie (gg allin nie wchodzi w rachubę). #3 teledysk do Nayeli: transowo-hipnotyzujący, liczę na podobne wizualizacje na żywo. Fajnie by było wykorzystać agumented reality do uzyskania podobnego efektu na koncercie, ale to chyba dopiero za kilkanaście lat ;( #4: MOOOOOOLOCH, tak można określić Is.Land jednym słowem. Ta płyta intryguje od pierwszej do ostatniej minuty. Jak u Hitchcocka, najpierw mamy trzęsienie ziemi, a potem napięcie tylko rośnie. Chwile wytchnienia, między dźwiękowym holocaustem, dają spokojniejsze, instrumentalne partie, niestety nie na długo. Całość cechuje mordercze tempo, które nie oszczędza słuchacza. Is.Land to maraton przez muzyczną apokalipsę, nie muszę dodawać, że stanowi to gratkę dla najmocniejszych zawodników.
18. Yakuza - pierwsze, co przychodzi na myśl to 01000011110011 - ponad czterdziestominutowa jazzowa improwizacja raczej nie zdarza się często na płytach wykonawców, których muzyce blisko jest do metalu. Drugie podejście: buddyzm + mafia + saksofon + metal = schizofrenia. Trzecia sprawa: wokal jest świetny, a ci, którzy twierdzą inaczej to niekomercyjni muzyczni laicy niemający bladego pojęcia, o czym mówią. Way Of The Dead i Samsarę powinien znać każdy, bo są to płyty naprawdę wybitne, Transmutations i Amount to Nothing może już nie do końca. Ale ostatecznie Yakuza to zespół naprawdę nietuzinkowy, a ich występ z pewnością będzie jednym z jaśniejszych punktów festiwalu
19. Year of No Light - cóż można powiedzieć, kolejny zespół post-neo-after-quasi-proto-doom-metalowy do kolekcji. Spokojnie można ustawić na półeczce obok Rosetty, Callisto, Cult of Luna, Mouth of Architect, Lvmen, Impure Wilhelmina, Isis, Tephra, ...
20. Zu - Zachęcony wieloma pozytywnymi opiniami, sięgnąłem po ten zespół, i żadną miarą się nie zawiodłem. Najprościej mówiąc, Zu to dziki jazz, wrzynający się w czaszkę, który na długo pozostaje w pamięci. Dwie pierwsze płyty: Bromio i Igneo to całkiem przyjemny free jazz. Na następnej płycie, Way of the Animal Powers z 2005 roku można usłyszeć wpływy nojz rocka, prawdę mówiąc nigdy nie mogłem przekonać się do tego gatunku, toteż uważam ten album za najsłabszy w dorobku. Zupełnie inaczej jest z Carboniferous, jest zdecydowanie najszybsza, najżwawsza i nagrana z największym przytupem w wyniku czego doskonale trafia w moje gusta. PS - John Zorn. 100% recenzji Zu zawiera to nazwisko, nie inaczej tym razem.
najlepsze combo: 29.04
największe oczekiwania: Kylesa
największa porażka: Tesseract
najlepsza decyzja: zainteresowanie się brejkorami przez firleja (oby był to stały trend)
nadzieje: większe zróżnicowanie gatunkowe, np w/w brejkory, popieprzony jazz (np norweskie shining) albo nieco bardziej eneretyczna muzyka (np fucked up)
-
- SwansAreUndead said...
-
- User
- 8 Mar 2010, 00:43
-
- Majter_bdg said...
-
- User
- 8 Mar 2010, 07:24
-
- Keenesh said...
-
- User
- 8 Mar 2010, 11:10
Dobra, kolej na mnie:
1. Altar of Plagues
Black metal ożeniony z post-rockiem w ich wydaniu nie jest może najbardziej awangardowym i niekonwencjonalnym tworem, ma w sobie jednak to coś, co sprawia, że słuchacz z miejsca angażuje się emocjonalnie w grane przez nich dźwięki i utożsamia z nimi. Pomimo długich i rozbudowanych kompozycji nie ma tutaj mowy o nudzie – utwory wciągają na tyle, że nawet nie zauważam, kiedy mija te 12 czy 15 minut. Siłą tego projektu jest niewątpliwie umiejętne budowanie napięcia i klimatu za pomocą wyciszonych pasaży i przerywanie ich agresywnymi eksplozjami siarczanej agresji. Co ciekawe, młodzi Irlandczycy z każdym kolejnym wydawnictwem podnoszą sobie coraz wyżej poprzeczkę - pierwsze EPki trzymały dobry poziom, debiutancki longplay zwalił mnie z nóg - aż strach pomyśleć, co będzie dalej, bo widać, że chłopaki się rozwijają... All in all – jeden z moich tegorocznych faworytów na Asymmetry.
2.Black Shape of Nexus
Drone/Doom metal to gatunek w którym jestem raczej laikiem, na szczęście BSON to kapela która potrafi zainteresować słuchacza tego typu graniem. Chłopaki z Reichu naprawde potrafią zagrać nisko i mocno zachęcając przy tym czasami do kiwania łbem. Przesłuchałem parę ich kawałków i intryguje mnie nieco fakt, że w niektórych bawią się w ambientowy drone, a w innych z kolei idą bardziej w doom metal oparty o proste i monotonne, motoryczne riffy. A gdyby tak to połączyć razem, czy tak nie byłoby lepiej? No ale nie ma co gdybać, Panowie mają swoją wizję która jak narazie sprawdza się dobrze, więc po co kombinować. Na koncercie BSON szukajcie mnie przy barierce!
3. Bong-Ra
Tańce połamańce – nie, to chyba nie dla mnie na dłuższą metę. Ale na krótszą – i owszem. Myślę, że w tym całym szalonym i opętańczym elektronicznym zgiełku, jaki oferuje Bong-Ra, mógłbym się całkiem nieźle zabawić na koncercie – gdybym tylko wybierał się tego dnia do Firleja.
4. Comity
Nigdy nie byłem specjalnym fanem rzeczy z pogranicza mathcore/experimental/progressive – no i Comity tego stanu nie zmieni. W twórczości Francuzów brakuje mi czegoś specjalnego, charakterystycznego, co przykułoby moją uwagę na dłużej i zachęciło do więcej niż jednego przesłuchania. Tymczasem z powodu tego deficytu interesujących melodii czy riffów Comity brzmi dość przeciętnie, co dodatkowo potęguje spora długość ich kompozycji. Nie sądzę, abym po Asymmetry wrócił jeszcze do ich twórczości.
5. Dark Castle
Na sladż także jestem troszkę cięty, jednakże Dark Castle udało się przekonać mnie do swojej twórczości. Co najzabawniejsze, nie wiem nawet dokładnie czym. Pomimo licznych fajnych patentów nie znajduję tutaj bowiem ani pierwszoligowych riffów, ani melodii pozostających w mojej głowie długo po przesłuchaniu materiału. Brak także jakiegoś szerszego eklektyzmu i różnorodności. No więc, co takiego ma w sobie ten duet? Bo chyba nie o Pannę na wokalu chodzi - nigdy na to nie leciałem. Może to po prostu ten klimat i nastrój, w jaki wprowadza ta muzyka, pozwalając się nią cieszyć tak po prostu – bo jest „fajna” i tyle.
6. Drumcorps
Podobnie jak w przypadku Bong-Ra, tak i tutaj nie zamierzam się za bardzo rozpisywać. Breakcore, choć nie uważam go w jakimkolwiek przypadku za jakiś gorszy, czy mniej wart uwagi gatunek, jak na razie nie wciągnął mnie. Mogę sobie posłuchać breakcore'owych coverów Aarona raz czy dwa, a nawet wybrać się na koncert, oczywiście, jednakże na dłuższą metę to po prostu nie moja bajka.
7. Esoteric
Przy okazji dodania Esoteric do składu tegorocznego festu ktoś na lastowym profilu Asymmetry zaproponował, aby przed ich koncertem rozdać publice na wszelki wypadek poduszki. Coś w tym, szczerze powiedziawszy, jest – kompozycje Brytyjczyków nie dość, że są długie, to jeszcze bardzo wolne i mało urozmaicone. Jednakże nawet jeśli ktoś już uśnie słuchając tych dźwięków, to gwarantuję, że sen będzie miał słodki. Muzyka Esoteric pomimo zamulającego charakteru potrafi wciągnąć i zainteresować. Nie wiem jak, nie wiem dlaczego, ale słuchając ich muzyki, po prostu czuję, że to nie tylko takie sobie plumkanie, ale że są to świadomie wykreowane kompozycje, zmierzające w konkretnym kierunku. Poza tym, jakżebym nie mógł polubić kapeli z takim potężnym brzmieniem.
8. Helen Money
Spośród wszystkich opisanych tutaj artystów Helen Money może poszczycić się zdecydowanie największą subtelnością i minimalizmem. Twórczość Allison Chesley łącząc wiolonczelę z ciekawymi przesterami tworzy intrygującą i ambitną mieszankę, w której znajdziemy najróżniejsze dźwięki i emocje. Surowość aranżacji i brak innych instrumentów zdecydowanie działa na korzyść Helen M. - utwory mają dzięki temu bardzo kameralny i momentami intymny nastrój, który mam nadzieję uda się odtworzyć także w Firleju. Jeśli komuś nie przypadła do gustu Apocalytpica a jednak lubi dźwięki wiolonczeli to może być to dla niego świetna, i chyba ciekawsza, alternatywa.
9. Jesu
Na wstępie przyznam się bez bicia, że moje uszy ani przez milisekundę nie doświadczyły brzmienia Godflesha, w którego cieniu zdaje się ciągle być Jesu. Ja wiem, że to uber klasyka i nie wypada nie znać, ale nie ma tego złego,co by na dobre nie wyszło - przynajmniej nie oceniałem nigdy ich twórczości przez pryzmat Godflesha, na którego twórczość jeszcze w moim życiu czas przyjdzie. No ale wracając stricte do tematu – czym jest Jesu? Dla mnie to kapela o potężnym potencjale, który, jak na razie, nie został chyba jeszcze w pełni uwolniony. Potężne, wolne i przytłaczające riffy „prowadzące”, połączone z delikatnym wokalem Justina Be i kontrastującymi swą przestrzennością „przeszkadzajkami” gitarowo-elektronicznymi to świetny zestaw. Mam tylko czasami wrażenie, że przydałoby się tutaj więcej urozmaicenia jak chociażby zmiany tempa, czy „wsadzenie” większej ilości pomysłów do jednego utworu – i wtedy już całkiem byłoby pozamiatane.
10.Kasan
Hm..sam nie wiem co tutaj napisać. Niemcy grają post-rocka – no fajnie, ale....ale to już było wiele razy, i rock pocztowy jakby troszkę no...stracił na atrakcyjności. Kasan chały nie oferuje, ale też zdecydowanie nie kusi się na jakiś kopernikański przewrót w post-rocku. Na całe szczęście Niemców, grają oni na tyle przyjemnie, że raczej nie grozi im z mojej strony wycieczka do baru w trakcie ich perfomensu.
11. Khuda
Kolejny post-rock/metal/sludge'owy zespół, tym razem z Leeds w Anglii. Co tu dużo mówić - brytyjczycy nie powalają swoim graniem na ziemię, ale wykonują swoją mało oryginalną muzykę na tyle sprytnie i przekonywająco, że słuchanie ich to sama przyjemność i łatwo zapomnieć o lekkiej wtórności tego materiału. Tym samym trafiają do mojej kieszonki z napisem „obiecujący wykonawcy”, i mam nadzieję, że ich koncert zaliczę do tych bardziej udanych na asy.
12. Kylesa
Sludge'owy korzeń, rock'n'rollowy drive i progresywno-psychodeliczne odchyły – czego chcieć więcej? Chwytliwych melodii? Po co, są świetne, grube riffy. Czystych wokali? Nie no, to nie ta bajka. Może odrobiny blastów czy double basu na perkusji? Po co, i tak brzmi mocno i soczyście. Zastępując Electric Wizard podpadli mi troszku, pospołu z Shrinebuilder ale po przesłuchaniu „Static Tensions”, gdy tylko zebrałem szczękę z podłogi, doszedłem do wniosku, że jakoś wytrzymam do następnego gigu EW.
13. Mouth of the Architect
Spośród całej stawki tegorocznego Asymmetry Festu MotA sprawia mi najwięcej kłopotów, ponieważ za nic nie potrafię się zdecydować co o nich sądzić. Czasem nie jestem w stanie „łyknąć” za jednym podejściem całego „Quietly”, innym razem z kolei nie mam z tym najmniejszych problemów. Są chwile, kiedy mam wrażenie, że to nudne smęty, zero oryginalności i bieda, że aż piszczy – są też takie, kiedy ten sam album MotA potrafi do mnie przemówić i zainteresować. Dlaczego tak się dzieje, nie wiem.
Ale jedno wiem na pewno – zdecydowanie nie jest to kapela wybitna. Mają oni naprawdę sporo dobrych pomysłów na granie, potrafią też zbudować dobry klimat, który przy odrobinie szczęścia potrafi mnie wciągnąć. Zdarza im się popełnić ciekawy riff, czy dodać kompozycji smaczku jakimiś elektronicznymi wstawkami, ale do absolutu jeszcze im daleko. Mam nadzieję, że koncert w Firleju rozwieje ostatecznie wszelkie moje wątpliwości na ich temat.
14. Shrinebuilder
Supergrupy zawsze stoją przed zadaniem sprostania super-oczekiwaniom fanów każdego z ich członków. Nie inaczej było w przypadku tego zespołu w którym każdy jeden z członków może robić jeśli nie za bożka, to co najmniej za świętego/proroka amerykańskiej, podziemnej sceny muzycznej. Na szczęście w tym przypadku koneserzy tego typu grania nie mogą za bardzo narzekać – nawet taki laik jak ja po kilku przesłuchaniach musiał ulec urokowi tego materiału. Powolne, kroczące i majestatyczne doomowe kawałki z nieco psychodeliczną, pulsującą motoryką budzą respekt i idealnie nadają się do bujania na koncercie. Może nie dostaliśmy materiału uber kultowego, ale i tak członkowie Shrinebuildera mogą bez wstydu położyć jego debiutancki krążek obok swoich największych dokonań – plamy na honorze nie będzie.
15. Tesseract
Od jakiegoś nastała moda na progresywno-techniczne granie, zainspirowane dokonaniami takich kapel jak Meshuggah, Cynic czy Strapping Young Lad. Owocem tego zainteresowania progmetalem jest oczywiście wysyp młodych kapel próbujących swoich sił w tym gatunku, wśród których znajdziemy zarówno twory wizjonerskie, jak i zwykłych naśladowców. Do której grupy należy Tesseract?
Pomimo przyjemnych, ciekawych kawałków mam wrażenie, że jednak do tej drugiej. Zespół nie wnosi niestety nic nowego do konwencji gatunku, zadowalając się graniem relatywnie prostych i chwytliwych kawałków, podobnych do dokonań innych młodych kapel. Tesseract słucha się bardzo przyjemnie, mają dobre riffy, interesujące aranżacje i dobrego wokalistę, którego czysty wokal wcale nie przeszkadza, jak mówią niektórzy, a wręcz dodaje muzyce skrzydeł. Niestety wszystko to już było, i mało w tym oryginalności, która jest tak potrzebna aby zespół mógł rozwinąć skrzydła i zaistnieć dla szerszych „mas”. Tesseract posiada wielki potencjał, ale niestety nie pożytkuje go w stu procentach zostając na razie „tylko” obiecującym średniakiem.
16. The Mount Fuji Doomjazz Corporation
Po pierwszym, pobieżnym obcowaniu z TMFDC, gdy służyło ono za podkład do spotkania ze znajomym, miałem nieco mieszane odczucia - muzyka wydawała się mało konkretna i nudnawa, tak jakby nic się w niej specjalnego nie działo. Na szczęście bardziej dogłębne spotkanie z płytą „Succubus” sam na sam sprawiło, że zmieniłem zdanie. Okazuje się bowiem, że i owszem – w tej muzyce mało się dzieje, ale to nie o to tutaj chodzi, żeby coś się działo. Jako soundtrack, tudzież improwizacja do filmu, muzyka ta powinna przede wszystkim budować odpowiedni klimat. I tak jest w istocie – atmosfera „Succubusa” jest gęsta niczym... no dobra, po prostu gęsta. Jest tutaj mrok, tajemnica, oniryczne dźwięki i lekka nuta grozy. Samotny wieczór w pustym, ciemnym mieszkaniu przy akompaniamencie TMFDC i z butelką wina musi być nie lada przeżyciem. A może i nawet materiałem na dobry film grozy?
17. Time to Burn
Francuzi w ostatnich latach pokazywali nie raz, że potrafią narobić hałasu i rozpierduchy na scenie. Time to Burn kontynuuje tę dobrą passę Francji do grania muzyki ekstremalnej. Ich opus magnum, album Is.Land to ciekawa synteza hardcore'u i post metalu. Uważny odbiorca tej muzyki nie ma szans na oparcie się tej urzekającej ścianie dźwięków wydobywających się z głośników, Znajdziemy tutaj zarówno potężne i agresywne nawałnice w których wokalista zdziera gardło do granic możliwości (raniąc przy tym nasze uszy) jak i spokojne, melancholijne pasaże okraszone tu i ówdzie sennym, czystym wokalem. Oczekuję brutalnego i poruszającego koncertu.
18. Yakuza
Metalowy zespół z klarnetem i saksofonem na pokładzie? Takie połączenie może oznaczać tylko jedno – dobre, progresywne granie. Z przytupem, ale i z nutą subtelności - i taka jest właśnie Yakuza. Kwartet z Chicago w kreatywny sposób łączy w całość ostre metalowe łojenie, czerpiące zarówno z death metalu jak i z hardcore'u, z psychodelicznymi pasażami w których to najczęściej wyżywa się saksofon i klarnet.
A więc John Coltrane i metal w jednym – czy to już absolut? No prawie, do ideału brakuje bowiem jeszcze riffów na poziomie starego Mastodona i lepiej nagranego wokalu – ale to już tylko drobnostki, które raczej nie wpłyną na odbiór ich występu w Firleju.
19. Year of No Light
Wciąż od moich dwóch przyjaciół zbieram ostre baty za krytykę „Nord” - debiutanckiego LP Francuzów – bo to przecież taka zajebista płyta, istny kosmos i absolut. No ja niestety widzę to nieco inaczej – kilka świetnych momentów, wiele średnich/typowych patentów post/sladż/whatever metalowych – i tyle. O dziwo jednak jako całość twórczość Panów z Bordeaux (jeśli mnie pamięć nie myli) wychodzi mimo wszystko obronną ręką.
Choć daleki jestem od klękania przed na kolana, to jednak jest to muzyka z która można spędzić kilka ciekawych i przyjemnych chwil. W związku z tym czekam z niecierpliwością na kolejne pełnometrażowe wydawnictwo od tej grupy, bo wierzę, że to czym się tak wiele osób zachwyciło przy okazji „Nord”, to tylko mało znaczący wierzchołek muzycznej góry lodowej. Obym się nie pomylił.
20. Zu
Nie od dziś wiadomo, że jazz to muzyka dekadencka, zepsuta i w ogóle be. Nawet czerwoni towarzysze w trosce o lud pracujący uprzejmie ostrzegali swych obywateli przed zagrożeniem jakie niesie ze sobą ta burżuazyjna muzyka dla bumelantów i kapitalistów. Ciekaw jestem wielce, co by powiedzieli gdyby poznali Zu. Włosi prezentują baaaardzo awangardowe podejście do tego gatunku które przekracza wszelkie granice gatunkowe. Ja, prosty człowiek znający jedynie dość klasyczne dokonania Johna Coltrane'a na jazzowym poletku, momentami wręcz nie ogarniam ich kakofoniczo-amelodyjnych dźwięków. Nie zmienia to faktu, że jako wielbiciel hałasu maści wszelakiej od razu poczułem słabość do muzyki włoskiego trio. Szkoda tylko, że biletu na 29 kwietnia brak.
-
- tol-eressea said...
-
- User
- 8 Mar 2010, 20:56
Bez bicia przyznaję, że z lineupu tegorocznego Asymmetry znałem wcześniej tylko Jesu, Mouth of the Architect i Year of no Light. Dlatego też większość zespołów opisałem "na gorąco" (oznaczone *).
*1. Altar of Plagues - muzycznie w niektórych fragmentach nawet niczego sobie, jednak wokalnie to zupełnie nie jest to, czego szukam w muzyce, jakoś tak bez pomysłu, albo tego pomysłu zwyczajnie nie rozumiem. Nie wgłębiam się też w teksty, bo nie chce mi się ich szukać. W tym wypadku niesłyszalność słów na minus. Ponadto sugerując się tagami na laście (raczej słabe zagranie) black metal -> nic co mnie interesuje.
*2. Black Shape of Nexus - na pewno lepiej przyswajalne dla mnie niż powyższe. Jest ciężko, jest wolno, jednak zbyt monotonnie. W trakcie słuchania mam wrażenie, że za chwilę nastąpi coś kluczowego, co jednak nie następuje. Niemniej nie skreślam do końca tego zespołu.
3. Bong-Ra – muzyka jakiej wcześniej nie znałem, a która to namieszała mi pozytywnie w głowie. W szczególności 42-47 sekunda 666 Mph, jak dla mnie fragment magiczny. No i później ta gitara. Z Bikini bandits wg mnie na wzmiankę zasługuje jeszcze Dub Murderer.
Reszta kawałków do posłuchania, 2-3 mogą mierzić dodatkami wokalnymi. Przed koncertem w kwietniu muszę przyswoić jeszcze starsze nagrania.
*4. Comity - włączyłem i wyłączyłem. 2min wystarczyły. Wokal przypominał jak dla mnie dźwięk dławienia się. Teraz jak przewinąłem to można by napisać, że nie uwiera instrumentalnie.
*5. Dark Castle – jakoś ostatnio (na przykładach Black Cobry i Big Business) zastanawiało mnie jak to możliwe, że dwie osoby mogą osiągnąć taki dźwięk. Teraz nagle doznaję Dark Castle z kobietą na wokalu i gitarze. Stawiam więc pytanie: jak oni to robią? Ktoś może odpowiedzieć – trzeba zobaczyć na żywo. Ja odpowiem: ok.
6. Drumcorps - w życiu nie przypuszczałem, że cybergrind/grindcore może mi się spodobać. A jednak. Pokazując ludziom co będzie mi dane posłuchać na żywo nikt nie wytrzymał całego utworu. Aaron nie dość, że robi taką muzykę to zachwyca jeszcze kawałkami z zupełnie innej beczki, chociażby Half Silver.
*7. Esoteric - pierwsze przesłuchanie - pierwsze spostrzeżenie: wokal growlowy, którego nie dzierżę. Muzycznie daje radę. To wszystko, w sumie podobnie do Comity.
*8. Helen Money - od początku asymmetrowego shoutboxa wzmianka o Helen Money pojawiła się chyba największą ilość razy, dlatego też biję się w pierś, że posłuchałem dopiero teraz. I tak jak przypuszczałem - nie dało rady przewidzieć co to będzie za muzyka. Tym lepiej, kiedy okazuje się, że jest to mieszanka nieszablonowego, bardzo ciekawego i wymagającego grania. Wiolonczela nigdy nie brzmiała tak dobrze. Szacunek dla tej Pani.
*9. Jesu - pamiętam, że robiłem kiedyś atak na ten zespół i z powodów, których nie pamiętam ten atak się nie udał. Do odświeżenia.
*10. Kasan - świetnie koi po Comity. Raczej nic poza tym i raczej dam sobie spokój z dalszym słuchaniem.
*11. Khuda - bardziej energiczne niż Kasan, w sumie przypomina mi trochę takie cięższe 65daysofstatic -> źle nie jest.
12. Kylesa - tutaj nie wiem za bardzo co napisać. Większość ludzi zachwala, ja nie jestem jeszcze przekonany do końca. Czegoś mi tu brakuje albo czegoś jest za dużo. Z drugiej strony podwójny drumset na koncercie powywraca ludziom w głowach - co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości.
13. Mouth of the Architect - dla mnie Quietly jest w porządku. Ciężki, ciekawy, równy album. Nigdy dosyć takiego grania.
14. Shrinebuilder - album nagrany moim zdaniem od niechcenia (wyrażenie ‘bez polotu’ było już chyba użyte), nie wnosi nic nowego. Jednak dla wiadomego składu (szczególnie dla Pana Cisnerosa i Crovera) na żywo można by napisać np. parę zdań na temat lineupu tegorocznego Asymmetry.
*15. Tesseract - nie ma w tej muzyce czegoś, czego już gdzieś nie słyszałem. Kolejna sprawa: po co tyle tego piskliwego przeciągania wokalu? Kto posłucha 'Lament' z ich myspace'a ten zrozumie.
16. The Mount Fuji Doomjazz Corporation - coś za co szanuję i Jasona i Aarona. Skleić zupełnie różne dźwięki z sensem trzeba umieć i czuć. Jak dla mnie to tak mogłaby brzmieć muzyka ludzi z jakiejś zapomnianej osady spod ziemi albo z księżyca. Klimat w czystej formie. Szczególnie nie mogę się doczekać jak to będzie wyglądać z projekcją Elephant Mana, ale znowu nie jestem odosobniony w takim podejściu.
17. Time to Burn - praktycznie spodobało mi się od początku. Melodyczne, ciężkie granie, mocne wokale. Dużo jest tu znowu przeciągnięć, jednak w tym wypadku jednak na plus. Zmiany tempa dają na chwilę odpocząć, żeby później z nową mocą wejść w fazę niepokoju i buntu. Nayeli do polecenia dla każdego, Francuzi znowu się spisali.
*18. Yakuza - podoba mi się szczególnie muzycznie. Jest dużo zwrotów akcji, dużo ciekawych wstawek. Wokal nie przeszkadza. Dla mnie na plus.
19. Year of no Light - drugie odkrycie/życie po przeczytaniu wywiadu na asymmetrowym blogu. Traversée rządzi, Nord świetny. Bankowo warto usłyszeć na żywo
20. Zu - zespół wymagający cierpliwości. Carbon jest na pewno interesujący, mam nadzieję przyswoić resztę Carboniferous do koncertu.
'Think like a man of action, act like a man of thought.'
Henri Louis Bergson -
1. Altar Of Plagues
Moje dotychczasowe spotkania z blackiem opierały się głównie na śmianiu z Burzuma i innych umalowanych chłopa latających po lesie z grymasami na twarzy. A tu nagle AOP, które zdaje się mieć w sobie jakieś emocje i ma przesłanie ambitniejsze niż 'pal krzyż'. W dodatku zawiera w sobie postowe plumkania, co czyni kompozycje bardziej złożone.
Co warto ze sobą wziąć na koncert – cokolwiek, byleby w czarnym kolorze.
Czego lepiej nie brać – Biblii.
2. Black Shape Of Nexus
Wolno i ciężko - dwa słowa klucze jeśli chodzi o doom, które są całkiem nieźle wykorzystane przez chłopaków. Stężenie cierpienia w ich muzyce jest tak wysokie, że zdaje się to być soundtrack z gabinetu dentystycznego. A do tego wszystkiego chłopaki mają brody i całkiem fajny merch. Jedyne do czego można się dowalić, to że z Niemiec są, no ale to nie ich wina. Szkoda, że ich dopiero teraz poznałem, jednakże - dzięki Asy.
Co warto ze sobą wziąć - rozmówki polsko-niemieckie.
Czego lepiej nie brać – czegokolwiek, co mogołby ich jeszcze bardziej rozwścieczyć
3. Bong-Ra
Breakcore, nazwa gatunku brzmi całkiem nieźle, ale niestety (dla mnie) tylko nazwa. Domyślam się, że to coś dobrego z tych kręgów, ale nie znam podobnych klimatów i raczej nieprędko poznam ze względu na swoją twardgłowość.
Co warto ze sobą wziąć – okulary ochronne, by nie stracić oka w skutek uderzenia dreadem.
Czego lepiej nie brać – marihuany, bo zaraz Jason wyczuje i nam zjara.
4. Comity
Chaotycznie, szybko a i niekiedy zwolnią, z czym się wcześniej nie spotkałem w tym gatunku. Jak się słyszy taki zespół to od razu się ma w głowie ich występ na żywo. Jeszcze nie miałem okazji, ale jestem pewien, że panowie się troszkę spocą podczas swoich machań gitarami i trzepań czuprynką. Nie ma to jak połączyć ADHD z muzyką. Energia.
Co warto ze sobą wziąć – zapas Snickersów, co by energii nie zabrakło.
Czego lepiej nie brać – melisy, czy innych środków uspakajających i tak będą za słabe.
5. Dark Castle
Zespół o którym raz kiedyś nieśmiało wspomniałem na shoucie Asy z myślą, że i tak ten wpis zostanie olany. Pewnie i tak było, a zespół niezależnie od mojej opinii dołączył do składu. Można się zastanawiać długo nad tym, jak powinien brzmieć doom grany bez gitary basowej i z kobietą na wokalu, tylko po co się zastanawiać, gdy można posłuchać amerykańskiego duo. Tradycyjnie przestrojona w dół gitara nadrabia jakoś za bas, perkusja pyka przyjemnie i ciekawie, a wokal jest taki, że typowy PMS przy nim to pikuś.
Co warto ze sobą wziąć – kwiatka i syrop na gardło dla Stevie.
Czego lepiej nie brać – kastetu na Roba, spokojnie, oni nie są razem.
6. Drumcorps
Znów coś, o czym nie wiem, co napisać. Ciężko mi wysiedzieć przy jego typowych kawałkach, ale słuchając numerów współtworzonych z Animosity to jestem skłonny dać mu szansę (podobnie jeśli chodzi o cover Genghis Trona). O, gdyby zagrał na Asy razem z Animosity, to by było coś.
Co warto ze sobą wziąć – zatyczki do uszu, chyba będzie głośno.
Czego lepiej nie brać – kolegi słuchającego Metaliki, chyba że się chce zerwać tę znajomość.
7. Esoteric
Trudno podejść mi do tego zespołu. Z jednej strony są fajne elementy, a z drugiej to nuda straszna. Niestety nudy jest więcej, co odpycha. Zdecydowanie brak mi ciężaru. Może na żywo jakoś nadrobią.
Co warto ze sobą wziąć – jakąś ciekawą książkę.
Czego lepiej nie brać – myśli samobójczych, bo będzie bida.
8. Helen Money
Zawsze jak widzę przed muzykiem masę efektów, kostek, przesterów i delayów, to zaciekawiony słucham, jak zostały wykorzystane. Helen Money, mimo że kobieta, to całkiem nieźle sobie radzi z tą całą elektroniką i w magiczny sposób przekształca dźwięki ze swojej wiolonczeli tworząc co najmniej dobre kompozycje. Warto też wspomnieć, iż ma na swoim koncie już wiele kolaboracji z innymi artystami. Na Firlejowskiej scenie dojdzie do kolejnej, razem z MotA, czego rezultat bardzo mnie ciekawi.
Co warto ze sobą wziąć – trochę taśmy klejącej by powstrzymać szczękę od ciągłego opadania w podziwie.
Czego lepiej nie brać – nut Vivaldiego, to co się usłyszy raczej nie zabrzmi klasycznie.
9. Jesu
Oho, artysta budzący tutaj chyba najwięcej kontrowersji. Jedni są nim podjarani w kosmos, a drudzy uważają, że skończył się na Kill 'em All. A ja sobie stoję z boku i niczego nie oczekuję, jak będzie, to będzie. Sam Broaderick jest przykładem utraty jaj. Od Godflesha do bezosobowego pipczenia. Jeśli chodzi o same Jesu to z fajnego ciekawego postowego grania potrafił stać się maksymalnie wtóry i przewidywalny grając swoje kolędy. Czasem nawet fajnie jak we tle leci, szczególnie jak się Wielkanoc zbliża.
Co warto ze sobą wziąć – pisanki i czekoladowego zajączka.
Czego lepiej nie brać – koszulki Godflesha, chyba że chcemy ją przekazać Panu Robertowi.
10. Kasan
Kolejny niemiecki post-wynalazek. Praktycznie nie wprowadzają nic nowego, są wtórni i bla bla. Tylko czy wtórne granie, a za razem na poziomie to coś złego? Jak dla mnie nie, można szukać jakiś innowacyjnych zespołów, ale powielanie starych poczciwych i sprawdzonych schematów w efektywny sposób raczej zaspokaja moje muzyczne potrzeby. Jednak może ktoś zapytać czemu akurat oni? Ponoć niegrzecznie pytaniem na pytanie odpowiadać, ale na usta sama się ciśnie fraza "a czemu nie?". Zobaczymy jak na żywo będzie.
Co warto ze sobą wziąć – wszelkich znajomych, bo popularnością zespół nie grzeszy.
Czego lepiej nie brać – myśli, że zagrają coś niespodziewanego.
11. Khuda
Następny zespół fajnie grający, który potrafi czasem wplątać coś, czego raczej się nie spodziewaliśmy. Jednak po chwili słuchania aż się rzuca i uwiera brak jakichkolwiek innych instrumentów niż ta gitara i perkusja. No chłopaki, tak trudno się z Wami dogadać, że tylko we dwóch gracie? Wątpię, dodajcie chociaż bas (najlepiej bezprogowy, taki by mi do ich grania pasował), no i może jakieś klawisze. Jak na razie słuchając odnosi się wrażenie, że to jakaś wersja zawierająca tylko ścieżki gitary i perkusji, a szkoda bo chłopaki mają potencjał.
Co warto ze sobą wziąć – basistę...
Czego lepiej nie brać – któregoś z nich do innego zespołu, w pojedynkę to sobie chyba w ogóle rady ten drugi nie da.
12. Kylesa
A tu z kolei zespół, który gdyby nie brak drugiego basu to mógłby reklamować kampanię Playa "ładujemy podwójnie". Tak, dwie perkusje, dwie gitary i samotny bas. Ciężko ich zaszufladkować do jakiegoś gatunku, bo grają bardzo zmiennie, wszystko zależy od albumu. A na ostatnim to pokazali na co ich stać. O ile się jakoś pomieszczą i dźwiękowiec nic nie zepsuje, to szykuje się niezłe szoł na Asy.
Co warto ze sobą wziąć – uśmiech nr. 6 i nie omieszkać go pokazać Laurze.
Czego lepiej nie brać – perkusji, trzecia się już nie pomieści.
13. Mouth Of The Architect
Dla mnie headliner, zespół który od dawna chciałem zobaczyć na żywo. Nie pamiętam kiedy ich poznałem (zdaje się, że jakoś pomiędzy Ties That Blind a Quietly), ale wiem, że od samego początku czymś mnie urzekli i do tej pory z chęcią do nich wracam. Ktoś mógłby rzec, że to kolejny post-metal. Możliwe, acz ja już mam w sobie coś takiego, że lubię też te rzekomo "niewybitne" zespoły. Może nie wprowadzają nic nowego, ale grają co najmniej solidnie i każdy ich album jest dobry, a niektóre jeszcze lepsze. Wszystkie składniki ich muzyki (gitary, bas, perkusja i klawisze) współgrają ze sobą wręcz idealnie. To oni wzbudzili we mnie uczucie, że jednak da się klawisze dobrze wkomponować do cięższego grania.
Co warto ze sobą wziąć – kilkutygodniowy zarost w postaci brody.
Czego lepiej nie brać – alkoholu do ust przed ich występem, bo szkoda być nietrzeźwym przy takim graniu.
14. Shrinebuilder
O, supergrupa i to chyba z najlepszymi nazwiskami w tym odłamie muzyki, ale co z tego? Ja jednak słucham muzyki, a nie nazwisk. A z supergrupami jest już taki problem, że oczekuje się od nich więcej, czasem zdarzą się takie, które spełnią te oczekiwania, jak np. Mad Season, ale zdarzą się też takie, które jednak zaistnieć nie powinny i do takich moim zdaniem należy Shrinebuilder. Nic nowego nie wprowadzają, ani też nie grają na wystarczająco dobrym poziomie. Fajnie będzie sobie przy nich zrobić zdjęcie, ale nic poza tym.
Co warto ze sobą wziąć – aparat, będzie szpan na fejsbuku.
Czego lepiej nie brać – koszulki Neurosis, takiego włażenia w dupę nawet Scott Kelly nie zniesie.
15. Tesseract
Może i nie przepadam za angolami, ale to nie jest jedyny powód by za nimi nie przepadać. Ich muzyka wydaje się mieć szkielet metalu w stylu Meshuggah a w około pojawiają się nieprzyjemne ości w postaci innych gatunków. Niestety to nie dla mnie, jeszcze jak słyszę te czyste wokale to już w ogóle. Jak dla mnie to najgorszy zespół z obstawy na Asy.
Co warto ze sobą wziąć – kanapki i im dać, bo chłopaki coś chude.
Czego lepiej nie brać – dupy spod firlejowego baru, by na salę koncertową wejść.
16. The Mount Fuji Doomjazz Corporation
Tak zwane alter ego The Kilimanjaro Darkjazz Ensemble, które brzmi równie fajnie i klimatycznie, a nawet jest lepsze, bo ma górę Fuji w nazwie. Aby było fajniej, to mają zaimprowizować coś do The Elephant Man. Fanem kina w prawdzie nie jestem, ale Lyncha wszyscy chwalą i chętnie bym obejrzał i odsłuchał takie połączenie.
Co warto ze sobą wziąć – popkorn.
Czego lepiej nie brać – okularów 3D, to stary film jest.
17. Time to Burn
Post-hardcore / metal z Francji, a do tego chłopaki są młodzi a co z tym idzie to tryskają energią. Łączą w sobie w całkiem sprawy sposób dynamiczne, energiczne granie z ciężarem. Jedyny mankament jest taki, że nie mają za dużo superhitów. Nayeli kosi, ale reszta jest w porównaniu tylko przyzwoita.
Co warto ze sobą wziąć – jakąś kasę na merch/płytki, bo warto ich wesprzeć.
Czego lepiej nie brać – fajnych ciuchów, bo nadchodzi czas by płonąć.
18. Yakuza
Zdarza się już na świecie tak, że ludzie mają dziwne pomysły, łączą rzeczy których nie powinni. Dla przykładu kiedyś ktoś wpadł na abstrakcyjny pomysł, aby na pizzę wrzucić ananasa, co zapewne w otoczeniu ej osoby wzbudziło tylko śmiech, ale okazało się być dobrym pomysłem. Podobnie niejaki Bruce Lamont wpadł na pomysł by do metalu wcisnąć instrumenty dęte. Każdy zdrowo myślący człowiek pomyślałby sobie jedynie "WTF?", a tu niespodzianka i taka kombinacja się sprawdziła. Różnica między pizzą z ananasem a Yakuzą jest dla mnie taka, że za pizzą w takiej opcji średnio przepadam, a za kwartetem z Chicago jak najbardziej. Grają mocno, agresywnie a niekiedy dość transowo wplatając w swoją muzykę elementy jazzu. Sam jestem ciekaw jak wyjdzie zabawa z klarnetem i gamą efektów na żywo.
Co warto ze sobą wziąć – flet, na którym się grało w podstawówce i się próbować czegoś nauczyć.
Czego nie brać – węża w wiklinowym koszyku, bo chyba nam spierdzieli.
19. Year of No Light
Francuskie postowe granie z dość wyraźnymi wpływami screamo. A jak dobrze wszyscy wiedzą, Francuzi to jednak w tym gatunku górują. Grają bardzo fajnie, czuć emocje w ich grze i mają dość różnorodne kawałki i melodyjniejsze i bardziej agresywne, wszystko jednak składa się w jedną kompozycję, całkiem przyjemne granie w okolicach post-metalu/post-hardcore'u. Chociaż ostatnio zmienili trochę swoje brzmienie za sprawą lekkich zmian w składzie i od tej pory nagrali jedynie split wraz z East of the Wall i Rosettą, na którym zaprezentowali dwa kawałki, a na nich cięższe granie. Poprzedni album - Nord - wydawał się jednak mieć więcej charakteru. Pożyjemy, usłyszymy (i zobaczymy na Firlejowskiej scenie).
Co warto ze sobą wziąć – jakieś ładne poroże i zgarnąć podpisy.
Czego lepiej nie brać – nadziei, że szybko skończą, bo będę prosił o bisy.
20. Zu
Kolejny zespół którego grania nie da się jednoznacznie określić i w tym przypadku jest to komplement. Idealnie pasuje do tego zespołu łatka ‘expermiental’, grają nietypowo w okolicach jazzu. Są z Włoch i podobnie jak w przypadku ich włoskich kolegów z Ufomammuta tworzą dość ciekawą psychodeliczną atmosferę. Ciężko jest przewidzieć , jaki dźwięk zaraz padnie. Dobry zespół na poszerzenie horyzontów, chyba każdy znajdzie w nim coś fajnego.
Co warto ze sobą wziąć – drugi bilet na 29. kwietnia i mi go wręczyć.
Czego lepiej nie brać – ich płyty po koncercie w celu słuchania przed snem, chyba że lubimy mieć abstrakcyjne sny.
Uff, wyrobiłem się, już się bałem. Dobrze, że Tomek przedłużył, bo się chociaż rano wyspałem. :D
-
- music_saves_me said...
-
- User
- 8 Mar 2010, 22:48
Niewspółmierność, nieproporcjonalność, przekór. Zatem otwarta księga, czy zamknięty zbiór nowelek? Otwarta księga, do której wpisano wiele (nie)konkretnych znaczeń i pojęć... Ale jednak asymetrycznie powinno być. I chyba jest. Dwadzieścia rozdziałów, z których żaden sobie nie równy, ale jednocześnie nie ujmujący pozostałym. Asymetria na dwadzieścia sposobów, według Asymmetry Festival II.
1.ALTAR Of PLAGUES
Świeci nad nimi gwiazda promienna, pięcioramienna. Czy odwrócona jest, czy nie? Black Metal to ponoć, choć wersje są dwie.
Jedna mówi, że instrumentalne tremolo i skrzekliwy, demoniczny growl nie mogą współistnieć ze sobą bez powyższej etykiety. Ja jednak widzę tutaj więcej zaleciałości post-rocka. Tak powinien brzmieć współczesny metal, który niekoniecznie chce być uważany za stricte eksperymentalny. Bierze co dobre z wybranych gatunków i miksuje to w nową jakość. Altar Of Plagues dobrze wiedzą co skąd brać i jak to zgrać. Stąd to często ogromne tempo i mroczny skrzek, ale współgrające z doomowym ciężarem i pozwalające sobie na rozbudowane gitarowe odjazdy oraz ambientowe zabarwienie. Klimatyczny efekt słyszalny na debiucie uznaję za fenomenalny.
2.BLACK SHAPE Of NEXUS
Down-Tempo/Down-Tempo/Down-Tempo
Już od I Wojny Światowej Niemcy starają się podbić sąsiadów w sposób błyskawiczny i bezwzględny. B-SoN może stanowić przedłużenie idei Planu Schlieffena w linii prostej. Ich sposobem na szybkie unicestwienie jest drążenie przeciwnika muzyką wściekłą i surową, a jednocześnie powolną i trawiącą każdą cząstkę mózgu. Asymetria w ich wykonaniu jest czysta i prosta, albowiem swym ciężarem i opieszałością podbili moje serce z prędkością światła.
3.BONG-RA
Marksizujący postmoderniści, zieloni, antyglobaliści, rozbrojeniowcy i pacyfiści, antyimperialiści, antykapitaliści, ekolodzy, orędownicy pokoju i nawet (a co) sataniści. Wszyscy oni znajdą coś dla siebie na naszym festiwalu. Jednym z głównych sprawców duchowego połączenia międzyludzkiego niech będzie ten uroczy Holender, mój osobisty mistrz mashupu. Pozornie nic ciekawego - ot, jeden z mikserów jakich wielu. Wystarczy jednak pozwolić mu wybrzmieć przez 48min45sek, aby z tłumu smutnych metali tanecznym krokiem wypląsali na parkiet z uśmiechem ukryci rastamani, grindcorowcy, dubstepowcy, noisowcy, trashowcy, a nawet krypto hip-hopowcy czy electroboye.
4.COMITY
Poproszę to co tamten pan, ale z przyprawami.
Na pierwszy rzut oka dostajemy to już jedliśmy wczoraj i przedwczoraj. Grzebiąc widelcem w głębokim talerzu odnajduję kawałki połamanej perkusji, skrawki agresji, ciągnący się krzykliwy wokal, posiekane zmiany tempa, a wszystko zalane energetykiem z puszki. ‘Ileż można!?’ zapyta większość. Zjawisko to jednak interesujące, siedzące bowiem w bardzo trudnym do ugotowania gatunku. Chwytają mnie za serce wszelkie około-mathowe dania. Na tyle ich polubiłem, że w dokładnym przeżuwaniu zacząłem doszukiwać się ziarenek przypraw, których z początku nie czuć. I wiecie co? Znalazłem.
5.DARK CASTLE
W pewnym ciemnym ciemnym zamku żyła piękna piękna dziewczyna. Ta piękna piękna dziewczyna miała czarująco czarującego faceta. Jako zgrana zgrana para założyli zacny zacny zespół. Bajka, którą co wieczór opowiadam sobie na dobranoc. Ona krzyczy, On rytm nadaje. On używa pałeczek, Ona woli bezpośrednio ręką. Uzupełniają się i wymieniają. Para to agresywna i magiczna, bardzo urzekająca i godna podziwu. Duet o swoistym uroku i kamiennej twarzy, w tym psycho świecie. Będą żyli długo i szczęśliwie.
6.DRUMCORPS
Co jest sztuką, jakiej nie potrafi większość elektronicznych wykonawców? Miksować graną w danej chwili przez siebie muzykę. I to miksować nie byle jak. Zapętlić, uciąć, wkleić, powielić potrafiłbym pewnie i ja. Niewprawny słuchacz mógłby się pomylić, iż to cały sztab Panów (tudzież Pań) odpowiada za to co płynie z głośników. Moc i wielowarstwowość godna ekstremalnego zespołu. A to tylko chłopak z gitarą i paroma gałkami.
7.ESOTERIC
Miałem sen, że pewnego dnia w mrocznych lasach Yorkshire członkowie diabelskiego klanu Esoteric będą mogli zaznać spokoju. Od kilkunastu lat, każdej nocy muszą dawać upust bólowi, jaki wypełnia ich życie. Przerażające wrzaski i dźwięki okultystycznych rytuałów przeszywają mroczne knieje w poszukiwaniu drogi, która przyniesie ulgę. Mistyczne zabiegi na niewiele się zdają, a błękitna energia zdaje się omijać Ich z daleka. Nie wiadomo kiedy wszystko się skończy. Jedno jest pewne – Ci, którzy byli świadkami demonicznych obrzędów, nigdy nie zapomną tego widoku, a ich życie już nie będzie takie jak przedtem.
8.HELEN MONEY
Helen potwierdza frazę, iż kobiety to pistolety. Z rozmiaru tych smukłych i nie hałaśliwych, z tłumikiem. Słuchając jej gry, na myśl przychodzi mi amerykańskie kino drogi. Stone mógłby ją wkleić do soundtracków swoich najlepszych filmów z lat ’90, i nikt by się nie obraził. Ja płyty z jej OST nigdy z samochodu nie wyjmę.
9.JESU
O postaci Broadricka powiedziano już chyba wszystko. Mam wrażenie, że muzyk wyruszył w swoistą podróż, która pełna refleksji, ma ukierunkować jego pogląd na świat zarówno materialny, jak i duchowy. Osobista pielgrzymka pełna jest zwrotów i zawirowań. Wychodząc z niemalże piekła, z każdą kolejną płytą szedł w kierunku lodowej północy. Czasem targany przez pokusy, jednak nigdy się nie poddał całkowicie w swej misji i na obecnym etapie jest już raczej pewne, że bliżej mu do skandynawskiego chłodu niż rozpalonego podziemia. Chociaż nie wszyscy się zgadzają z wyborem Justina, to we Wrocławiu na pewno zostanie przywitany przez takich jak on Poszukiwaczy i shoegaze fanów.
10.KASAN
Chyba tak naprawdę pierwszy zespół, który mnie nie poruszył w tegorocznym line-upie (przynajmniej na tym etapie zestawienia). Gitary są, nawet ściana dźwięku się znajdzie. Ale wszystko takie, że niestety kapcie nie spadają. Chociaż ‘Revenge Of The Giant Spacefrog’ robi duże wrażenie i mam nadzieję jednak nie zawieść się na żywo.
11.KHUDA
Mam często wrażenie, że znakiem charakterystycznym pierwszej dekady XXI wieku stał się wysyp zespołów o profilu muzcznym składających się z dwóch osobników. Prościej – duo. Zadziwiające jak różnorodne efekty można osiągnąć mając na scenie za kolegę wyłącznie perkusistę bądź gitarzystę. Autor takiej koncepcji nie przewidział jednak możliwości, jakoby każdy taki zespół był rewelacyjny. Co na początku mogło być innowacyjne i zaciekawiające, teraz często jest zjadaniem ogona wcześniej powstałych projektów. Niestety, zapełnić ciszę też trzeba potrafić.
12.KYLESA
Według pewnej teorii w sztuce istnieje sinusoida, która reguluje okresy innowacyjne i takie, gdy się nawiązuje do czegoś co już było. W tym drugim odchyleniu najważniejsze jest, aby inspirując się, nadać nową świeżość i być może stworzyć coś, czemu się kiedyś nada przedrostek post- ? Z zadowoleniem stwierdzam, że niektórym się udaje. Malarstwo, fotografia, film... także i tak bardzo interesującej nas muzyki to dotyczy. Z czegoś prymitywnego, w dzisiejszym rozumieniu, wykreować jakość, która posiądzie współczesny charakter i prędko się nie znudzi – oby więcej artystów próbowało, bo widać, że to możliwe.
13.MOUTH OF THE ARCHITECT
Wiele osób porównuje zespoły do tuz gatunku, zarzucając im wtórność. Ciekawe, że ile zarzutów, tyle nazw tychże tuz się pojawia. Skoro każdy przyrównuje do czegoś innego, a ma na myśli ten sam kierunek, to czy w takim razie tuzy także nie są wtórne? Dywagacjom może nie być końca, a wniosków się i tak nie wyciągnie. Może poza takim, że bez sensu jest marudzić. Jeśli coś jest dobre samo w sobie, to nie szukać dziury w całym, bo pachnie mi to szukaniem haka na siłę. A przecie okazuje się w końcu, że tak naprawdę to co krytykowane i tak się podoba. Bo jest dobre, więc czemu marudzić?
14.SHRINEBUILDER
Historia pokazuje, że kolosy, choć wielkie i mocne, zwykle upadały i znikały bez śladu. Warto pamietać, że co wysokie – łatwe do zburzenia, a drużyna pełna gwiazd wcale nie jest nie-do-pokonania. Gdy do kręcenia obrazu angażuje się wielu wyrafinowanych twórców, efekt nigdy nie będzie powalający. Analogicznych przykładów doszukać się można wszędzie i we wszystkim. Aczkolwiek popatrzeć choć przez chwilę na Zeusa w Olimpii, przepuścić bramkę ze wspólnej akcji Pele z Dejną, czy też podać rękę Scottowi Kelly pijącemu piwo z Dalem Croverem – może być bezcenne.
15.TESSERACT
Obawiam się, że ktoś wyrwał tę kartkę z mojego kajeciku i nie mam co przepisać.
16.THE MOUNT FUJI DOOMJAZZ CORPORATION
Popularne w ostatnich czasach stało się tworzenie przez muzyków własnej dźwiękowej epopei, która współgra i przeplata się z opowieścią obrazową, zwykle rzutowaną na ścianę. Bardzo wiele projektów świetnie radzi sobie z konceptem, często całkowicie zmieniajac sposób odbioru przez widza danego obrazu. W końcu dźwięk stanowi połowę fizycznych bodźców wysyłanych do odbiorcy. Widzieliście Człowieka Słonia? Ciarki mnie przechodzą na myśl, że zgrzytliwe saksofony mogą podkręcić dramatyczny klimat, który i bez nich był przeszywający.
17.TIME TO BURN
Podziwiam artystów, którzy nie są szablonowi, i przemycając wiele różnych od siebie patentów potrafią osiągnąć spójny efekt. Najlepiej gdy, jest on jeszcze z polotem, ale nie można zbyt wiele wymagać od każdego. Wyobraźcie sobie zatem zespół, który potrafi w jednym utworze rozszarpać z mocą i prędkością zwinnej pumy, a po chwili zrobić lekki manewr i delikatnym dryfem wysłać w progresywny wir, który wyrzuca i pozostawia w miejscu tak nieokreślonym, że chce się przejechać jeszcze raz. Powtórna przejażdżka nie wiele zmienia. Jeszcze raz, i wciąż w tym samym miejscu. Za każdym razem emocjonalnie łechtani, ale na końcu wypluci i bez sił pozostawieni. TTB to grupa-wampir energetyczny. Aczkolwiek ja z tym wampirem jeszcze porozmawiam.
18.YAKUZA
Kolejna asymetria na asymmetrycznym festiwalu. Klasyczny jazzman z pewną obawą poda dłoń klasycznemu hardcorowcowi, a i ten z dezaprobatą spojrzy na pierwszego. Są jednak chwile magiczne, gdy dochodzi do porozumienia, i wtedy można wykreować coś ponadczasowego i wbrew konwencjom. Jazzz i corrre. Jazzcore – coś co może zachęcić ojca do metalu, jak i syna do jazzu. Podczas rozmowy okazuje się, że ich światopoglądy wcale nie są tak od siebie odległe. Gdy już siedzą obok siebie na kanapie i patrzą razem w jeden punkt, dochodzą do nowej postawy i wzajemnej inspiracji. Punktuje to chęcią uderzenia jeszcze dalej. Seria japońskich kryminałów, kilka wykładów Lamy Ole. Nowa jakość onieśmiela jednego i drugiego. Czas wyjść do ludzi, pokazywać i nauczać. Dajmy się poddać naukom, a na pewno nie pożałujemy.
19.YEAR Of NO LIGHT
Francuska reprezentacja nie raz ostro namieszała w różnych miejscach i sytuacjach. Chociaż przechodziła wzloty i upadki, to jednak zawsze się jakoś odbijała na publice. Na naszym festiwalu YONL jest jednym z frankofońskich zawodników, tym na który czeka spora garstka odbiorców. Solidny post-metal z elementami screamo, choć nie mieszający wiele w gatunku.
20.ZU
Jazz lubi kolaborować. W tym przypadku na scenie pojawi się trzech facetów w zdartych trampkach i punkowych koszulkach. Włosi to absolutna bomba energetyczna i pewniak widowiskowy. Zauroczyli czymś Mike’a Pattona, łyknęli nieco Coltrane’a z kostkami noisu zamiast lodu. Na pewno dadzą ostrego kopa każdemu kto się zbliży. Ja wiem, że będę blisko.
Edited by music_saves_me on 8 Mar 2010, 23:03 -
ALTAR OF PLAGUES
W języku islandzkim istnieje jedno słowo określające promienie słoneczne wychodzące zza chmur - Sólstafir.
Spacerując ongiś uliczkami Reykjaviku, zobaczyłem postać, którą znałem z 2D. Nie był to omam, i jak się okazało
po konfrontacji, faktycznie był to członek bandu Sólstafir, przepięknego post black metalowego zespołu, z którym
wywiad upstrzony fotografiami rok wcześniej czytałem. Już tydzień później doświadzyłem jednego z najgłębszych koncertów...
Ujmująca agresja uwikłana łzami szczęścia obcowania dźwiękiem.
Tak, jest w tym pełnia Księżyca, jest smak pierwszych słodyczy, jest gorycz zawodu i piękno postępującej depresji.
Nic nie pomyliłem. Irlandia czy Islandia... muzyczne współrzędne geograficzne nie mają tutaj racjonalnego prawa... [bynajmniej
o islandzkich można długo...]
A jeśli utwór trwajacy kilkanaście minut niespodzewanie kończy się, jakby urywa, pragniesz więcej... to świadectwo
uwielbienia.
Być może w przyszłości doświadcze A Forest Of Stars, być może.
Black Shape Of Nexus
Tutaj skupić się będzie można bardziej. Jeśli choćby na chwile zapomnimy się, zamyślilmy, odpłyniemy z zamkniętymi oczyma, mam pewność, iż nie
zgubimy tempa ;) Ot taki już to gatunek. Będzie to dobry koncert, mało odkrywczy, ale przyjemny. Wyśrodkowanie Jesu/Esoteric. Gumowe kręgi szyjne wskazane.
Bong-Ra
Pierwsza myśl kołacząca się w głowie to: niesamowity koncert w małym ciasnym klubie, bądź ogromna scena w podobnej wielkości hali. W żadnym w owych miejsc
Bong - Ra nie czuł by się zagubiony.
comity
Lakoniczne zapoznanie sie z owym graniem nie moze byc kompetentne w
niniejszej wypowiedzi, lecz wiem jedno: bardzo koncertowa żywiołowa muzyka. Nie
miał bym sił słuchać ich ot tak, ale wersja koncertowa bedzie dla mnie
smakowita. A teraz pozostaje trzymac się postanowienia : nie kupowac CD po
gigu. Nie kupowc CD po gigu, nie kupowac CD po gigu...
P.S. Wyczekuję szaleńmstwa a'la Moja Adrenalina :)
chociaż ;) jak ich słuchałem ostatnio, radość dźwięków nie
opuszczała mnie.
Myślę, iż to będzie koncert wart fotografowania ;-)
Dark Castle
...czy na opinie wpływa moja słabość do wszelakich ruin a już tym
bardziej zamków? A kogo to właściwie interesuje ;)
Oczywiście, osoba kobiety ma tutaj duży wpływ, nie ma się co oszukiwac
drodzy Panowie.
Podoba mi się ta wersja posępnego slugde, bardzo. Mniejsza ze samą
muzyką(jakże mi odpowiadającą)...
Nie potrzebuje tutaj ladnej linii melodycznej, wykwintnych riffów.
Odpowiada mi taka forma, jaką prezentują.
Oby wytrwali w swej europejskiej trasie koncertowej!
DRUMCORPSE
wydaje mi sie, iż musze zmienic swe upodobanie do pełnego, bądź
powiedziawszy stosowniej :
żywego instrumentarium. Na początek wspomoge się snusem, aby przebrnąć
gładko. Z chęcią
zapoznam się koncertowo z tym gatunkiem, gdyż audio niekoniecznie podoba
mi się. Cieszy mnie urozmaicenie. Czy jesto to kult, czy może nie,
przyznaje, iż nie wiem.
Ale dowiem się, i to będzie poznawczym elementem kolejnych odmian chaosu muzycznego.
Esoteric
Na minionym Hole In The Sky Bergen Metal Fest zakupiłem ich”Subsconscious…” Od tej chwili nie umiem oderwać się od nich, jak i nie umiałem w przeszłości. Przyjemna jest ich swoista taperka do lektury dzieł J.P. Sartre, czy też zamyśleń przy Wojaczku. Każdy utwór opatrzeć można esejem emocji, czułości z jaką drażni nas rzeczywistość.
Helen Money
Juz czas jakiś temu śledziłem na myspace wiolonczelowe poczynania owej kobiety, ale w jaki spoósb na nią trafiłem... nie mam pojęcia. Bardzo chętnie przypatrze się przecieranemu włosiu, będę wodził za palcami maszerującymi niespokojnie po strunach a potem ponownie powróce do nagrań (już audio)by nie partaczyć dźwięków unetowionych. Kameralna eksplozja.
Jesu
Jesu to moja stara porastająca mchem miłość.
„Odskoczyłem od stołu w półmroku skamlania
Do odrapanego rogu pokoju
Odskoczyłem od rogu ku sufitowi
Chcąc uchwycić żarówkę
Powiekami
Piszę po omacku
Z dawnym przyzwyczajeniem”
Taka to właśnie miłość.
KASAN
Jestem wybredny muzycznie. Im głębiej w czeluściach muzycznych, tym więcej oczekujemy, tym więcej Muzyka oczekuje od Nas. Znam pobieżnie, poznam lepiej a do tego świadomie. Może i jest odczucie pewnej wtórności, lecz koncertowo sprawdzi się, oj sprawdzi. Tak jak nie poznałem koncertowego wcielenia kilku podobnych gatunkowo zespołów. Gratuluję ambicji.
Khuda
Szczerze pisząc, nie podoba mi się podobnie jak Constans. Ale przy koncercie Constans zeszłego roku w Krakowie oniemiałem, więc myślę ( a owszem, zdarza mi się), iż pobujam się przyjemnie wyczekując rozwinięcia. I tak za każdym utworem.
Skromnie mówiąc: i tak są przystępniejsi w swej przynależności gatunkowej niźli Tides…
Kylesa
Doceniam, lecz odczuwam pewien niedosyt w dynamice i rozbudzeniu melodyjnym.
Bardzo energicznie, fotografowie będą ucieszeni. Jednak w takowej dynamice nie gustuje.
Fajni są do piwa i miło będzie się wspominać świetny gig.
Mouth of the Architect
Konotacje personalne z Russian Circles są jak dla mnie odczuwalne i pozwalają brnąć w przyszłe wydawnictwa z optymizmem. Potrzeba typowego grania, obycia scenicznego, tej pewności gatunkowej i dressingu rozpoznawalnego, czytelnego. Można porównywać, gdyż tak jest prościej, albo wręcz przeciwnie. Ponoć, im zdanie bardziej własne, tym… Uwielbiam wikłać muzykę w kadrach, jaki ten będzie, jeszcze nie wiem, ale interesujący.
Shrinebuilder
Radość słuchania. Owe słowa pierwsze przetransportowano we mnie i dostarczono na opuszki. Pamiętam jak walkman zniszczył mi taśmę Black Sabbath „Sabotage” i jak niedawno przy przeprowadzce znalazłem zaginioną „welcome to sky valley”. Shrinebuilder to takowa esencja grania z pasją, z którą i ja ich słucham.
TesseracT
Zapoznam się z Ich poczynaniami, to jest pewne. Na tą chwilę nie są mi znani, stąd nie wymyślę nic mając w tle otwartego myspace’a. Oby zaskoczyli.
The Mount Fuji Doomjazz Corporation
To mój faworyt grania duszą i po zażyciu. Zawsze będę myślał o TMFDC jako o taperce do filmu noir z głębokiego undergroundu. Swego czasu przekonany byłem, iż to jest główny projekt, a nie poboczny, ale czy ma to znacznie…
Pragnę ich doświadczyć równie jak Esoteric. Pragnę zamknąć oczy, a kadry filmu udczuwac jedynie światłem przebijającym powieki.
Pragnę by było to coś więcej niźli poznański koncert TKDE.
Time to Burn
Odróżniam wokal, ale muzycznie hmmm. Jak w wielu przypadkach pragnę zaskoczyć się koncertowo.
Yakuza
To faworyt kilku osób, z które miał okazje poznać w kilku dziwnych miejscach Wrocławia. Dziwna sprawa z tymi ludźmi jak i tą muzyką. Wciąż mnie odstręcza. Ale i ciekawi.
Year of No Ligot
Doszukuję się swoistej nietuzinkowości i szczerości muzyki. Doszukuję się czegoś, czego mogę nie odnaleźć, ale wolę się zaskoczyć. Bardzo duży plus za pomysły, ale jak się sprawdzą koncertowo?
Zu
Jazz?!
Nie umiem napisać nic. Własnie wróciłem z pokazu filmu „ niemy film o muzyce” po którym Rob Mazurek zaimprowizował ae swymi kompanami COŚ przepięknie szczerego!
-
- Scatologik said...
-
- User
- 8 Mar 2010, 23:14
-
- ola666 said...
-
- User
- 9 Mar 2010, 15:35
OGŁOSZENIE WYNIKÓW KONKURSU
Dziękujemy wszystkim za nadesłanie zgłoszeń. Tym, którzy nie wygrali również, ponieważ, jak już wiecie, Wasze opinie są dla nas na wagę złota.
Kilkoro z Was popisało się pomysłowością. Co, jak widać, spodobało się firlejowemu jury:-)
WYNIKI
1). Karnet Asymmetry Festival dla jednej osoby na dni 30.04 - 02.05 wędruje do:
Majter_bdg . GRATULACJE! Z tym Panem się jeszcze skontaktujemy ;-)
2). 5 pojedynczych wejściówek na atrakcyjny, koncertowy weekend w Firleju, który odbędzie się w dniach 12/13/14.03. Podczas weekendu wystąpią:
12/03: Mouse On The Keys + Rekombinacja + GPP + Wojtek Cichoń
13/03: BiszOerKay + DJ Paulo, Osete, Cruz + Zioło, Elabs Crew
14/03: Corruption + Carnal + Lostbone + Headup
Otrzymują:
buszuuu
Keenesh
Magness__
ravenspark
xM6x
3). 2 pojedyncze bilety na koncert Merzbow 21.05.2010 w Firleju idą do:
Karpacz
music_saves_me
4). 2 pojedyncze bilety na koncert Otto von Schirach + Shitmat 18.03.2010 w Firleju.
stachu_grot
giga-B
Mamy nadzieję że się cieszycie:-)
W sprawie szczegółów, odezwę się mailowo.
GRATULACJE!
There's no love in fear. Staring down the hole again. Hands upon my back again. Survival is my only friend. Terrified of what may come. Just remember I will always love you, even as I tear your fucking throat away. But it will end no other way.
Anonymous users may not post messages. Please log in or create an account to post in the forums.

KONKURS // OPINIE NA TEMAT ZESPOŁÓW ASYMMETRY II